Być mamą, być tatą

(Nie)zły plan na życie

Usłyszane w kolejce:

– Wie pani, mam dwóch synów. Jeden jest lekarzem, a drugi prawnikiem. Mnie to zawdzięczają, tak ich pokierowałem. Chciałem, żeby wyszli na ludzi. Dużo to nas kosztowało, zanim stanęli na nogi: studia, staże, aplikacje. Trochę im się nie chciało, ale żona i ja pilnowaliśmy…

– Jak im się układa?

– Zawodowo są świetnie ustawieni. Z pieniędzmi wprost nie wiedzą, co robić. Ale obaj są nieszczęśliwi, życie układa im się jakoś krzywo… Nie lubią swojej pracy.

– A sprawy osobiste?

– Ech, szkoda gadać…

Jakie to trudne: od samego początku przyjąć dziecko jako odrębną istotę; owszem – pochodzącą z nas, lecz przecież obdarzoną wewnętrzną autonomią i przeznaczoną do tego, aby stopniowo się usamodzielniać, coraz bardziej żyć na własny rachunek, mieć swój świat, a w końcu odejść od mamy i taty. Jaka to pokusa – otulić dziecko kokonem (nad)opiekuńczości, zasłonić przed niebezpieczeństwami, których jeszcze nie jest świadome.

Ambicje rodziców

I tak rodzice wytyczają dziecku ścieżkę „kariery”. Od najmłodszych lat wtłaczają je w kierat, na który składają się: kółka zainteresowań, języki, sporty, konie, żagle, balet, korepetycje, popołudniowa szkoła muzyczna. Nieustanny pośpiech od rana do wieczora. „Czy wszystkie lekcje odrobione? No to szybko spać!”. „Co? Dostałeś tylko czwórkę z plusem? A czemu nie piątkę?”. Nie ma mowy o dłuższej rozmowie, przytuleniu, zwierzeniach, beztroskich zabawach i wygłupach. Szybko, szybko – trzeba wyprzedzić innych uczestników tego wyścigu! Tu nie ma miejsca na rozterki, wahania, niepowodzenia. Ma być sukces i już!

Pokusa realizowania swoich – często niespełnionych – ambicji rękami dziecka. Pokusa leczenia własnych kompleksów poprzez kreowanie jego „świetlanej” przyszłości. Ciężki grzech, popełniany w imię miłości rodzicielskiej, tyle że chorej, spaczonej…

Klapki z oczu!

Żebyśmy dobrze się zrozumieli, Czytelniku: to nie jest głos przeciwko lekarzom, prawnikom, wykształceniu, dobrym zarobkom, znajomości kilku języków, graniu na instrumentach czy umiejętności sterowania żaglówką. To raczej przestroga, by nie zapomnieć o sprawach fundamentalnych. Dziecko nie jest twoją własnością. Jest ci powierzone tylko na jakiś czas. Kiedyś odejdzie w dorosłe życie, a ty masz je do tego jak najlepiej przygotować. To od ciebie zależy, na co postawisz, jaki horyzont przed nim zarysujesz. Możesz mu założyć na oczy klapki, by widziało tylko pieniądze, karierę i konsumpcję jako szczyt swoich marzeń. Nie łudź się jednak: człowieka nie da się tym zaspokoić ani oszukać, bo jest stworzony do wyższych rzeczy.

Pokochaj życie

Możesz jednak ukazać mu cele – i drogi ich osiągnięcia – które zaspokoją jego najgłębsze pragnienia: by umiało przyjmować i okazywać miłość Bogu oraz drugiemu człowiekowi; by widziało i szanowało w każdym jego godność; by odkrywało i rozwijało te talenty, które rzeczywiście ma, a nie te, które ty sobie ubzdurałeś; by umiało się przyjaźnić; by dostrzegało piękno świata; by umiało cieszyć się życiem, wytrwale przyjmować przeciwności, dzielnie rozwiązywać problemy, nie rozpaczać z powodu cierpienia i śmierci.

Jeśli się nauczy, kwestia zawodu stanie się drugorzędna. Powiem więcej: jeśli osiągnie taką wewnętrzną dojrzałość, niech zostanie – koniecznie! – lekarzem, prawnikiem, księdzem, politykiem, biznesmenem, nauczycielem! Takich właśnie potrzebujemy! Uczestników wyścigu szczurów, lekarzy i prawników z pokolenia na pokolenie, wciągniętych do branży dzięki rodzinnym koneksjom, ale wyzutych z elementarnych wartości, mamy już wystarczająco wielu…

Artykuł ukazał się w magazynie „Tak Rodzinie”

Photo credit: Foter.com

O autorze

Beata i Tomasz Strużanowscy

Małżeństwo od 22 lat, rodzice 19-letniej Zuzi i 12-letniego Jasia, pełnią posługę pary krajowej Domowego Kościoła - rodzinnej gałęzi Ruchu Światło-Życie (www.dk.oaza.pl)

Leave a Reply

%d bloggers like this: