Wiara

A Służebnica śpiewa

Hiperapokryficzna i czysto hipotetyczna wizja Wcielenia

 Za mało.

Za mało czasu dał nam w tym roku kalendarz liturgiczny, każąc tego samego dnia, a dokładnie dwudziestego czwartego grudnia, dwa tysiące lat po Wcieleniu czytać i rozważać teksty sobie zarówno odległe, jak i bliskie. Jeśliby udać się w Wigilię na wieczorną Mszę niedzielną,  a następnie na Pasterkę, można by doznać małego szoku. Adwent tak rozpędził się na drodze ku Narodzeniu, że ledwo wyhamował. Z impetem wpadł na Stajenkę – mizerną, cichą i lichą.

Zbyt wiele.

Zbyt wiele treści i wymowy tych dwóch dni; zdaje się, że niemożliwe było poświęcenie ich tekstom liturgicznym wystarczającej ilości czasu i oddanie się lekturze Verbi Dei.  Niestety, przygotowania do wieczerzy wigilijnej nie przewidują czasu na egzegezę ani nawet krztę rozważania w sercu. Czy zatem przeżywamy Święta dobrze?

Wszyscy wiemy, że przykłady czerpie się od świętych. A ich Królowa, mimo trudnej sytuacji i okoliczności narodzenia Mesjasza, zachowywała wszystkie słowa i rozważała je w sercu. Jak to możliwe? Wbrew cisnącemu się na usta wyobrażeniu Maryi u żłóbka, bujającej myślami w obłokach, trzeba zdać sobie sprawę, że jest Ona także Sedes sapientiae i Virgo Prudentissima, ale przede wszystkim niewiastą z krwi i kości. Nie jest i  nie była lekkoduchem, cukierkową Madonną z pyzatymi policzkami. To ta sama Matka. Stabat Mater – Alma Redemptoris Mater. Stabat Mater Dolorosa, iuxta Crucem lacrimosa. Ta sama Matka. Przyzwyczailiśmy się do uśmiechniętej Świętej Rodziny adorującej Dzieciątko. Czy nikt nie słyszy już cichego łkania Matris Dolorosae? Nikt nie zauważa stroskanej twarzy świętego Józefa, ocierającego pot z czoła po gorączkowym poszukiwaniu gospody i dramacie odrzucenia?

Za mało, zbyt wiele – zatem dla katolika w sam raz! Właśnie od słowa „zbyt” zaczyna się zadanie – misja chrześcijanina. Zadanie pracy nad sobą. Przykład tego widzimy w Ewangelii w słowach samego Jezusa: Pozdrawiacie swoich przyjaciół – czyż i poganie tego nie czynią? (por. Mt 5, 46-48). W chrześcijaństwie nie ma miejsca na przeciętność, na bycie tak trochę wierzącym, lub bycie katolikiem, ale…, jak i na minimalne spalanie siebie dla Boga i bliźnich. Chrystus wymaga więcej niż wystarczające. Jest ambitnym Nauczycielem, który wymaga od swoich uczniów egzaminu z życia, zdanego z wyróżnieniem, a nie tylko cudem „zaliczonego”. Wszelkich pomocy naukowych i tak cudownie udziela. Skąd ten wymóg radykalizmu, fundamentalnej, wielkiej decyzji, od której zależą rzeczy wielkie? Odpowiedź daje sam Jezus: Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą (Łk 12, 48).

I chociaż cieszymy się już obecnością Emmanuela wśród nas, napełnieni radością Epifanii pochylmy się nad tekstem Ewangelii. Spróbujmy przedłużyć refleksję nad Niepokalaną,  studium nad trzecim Aktorem Wcielenia. Jakże zrozumiały staje się przedwieczny zamysł Mądrości Bożej, która postanowiła Towarzysza Maryi spod Krzyża postawić właśnie tam, na Kalwarii, Oblubieńcowi oszczędzając widoku cierpiącego Syna. Jakaś przedziwna i jasna zarazem logika tkwiła w planie Najwyższego, który nie postawił Jana w dramacie Świętej Rodziny. Tę próbę musiał przejść Józef. Józef Najmężniejszy. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby snuć rozważanie na temat okoliczności Wcielenia Słowa, rozmyślanie o hipotetycznej
i hiperapokryficznej  sytuacji, w której wszystko nabiera nowego znaczenia.

Pomyślmy…

Czy Ewangelista mógłby wspomnieć o spisie ludności przeprowadzonym przez Cezara Augusta tylko dla urozmaicenia formy swojej opowieści? Stałoby to w sprzeczności nie tylko z nieco lakonicznym stylem synoptyków, a szczególnie Łukasza – lekarza, nie mistyka wzorem Jana – obserwatora licznych cudów uzdrowień, będącego pod ogromnym wrażeniem mocy objawiającej się w Mesjaszu, ale również z obecnością nadprzyrodzonego wątku, wątku głównego Dzieła Odkupienia. To osadzenie w czasie Wcielenia, umiejscowienie go w konkretnym miejscu kalendarza i zaznaczenie zbieżności narodzin Króla królów ze spisem „całego świata” zarządzonym przez człowieka, który chciał być Bogiem, uświadamia nam realizm przesłania Nowonarodzonego. To nie Człowiek, który chce kreować się na Boga, to nie Bóg, który stara się być bardziej ludzki. Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg – Człowiek, równy Ojcu i Duchowi w bóstwie, a nam w człowieczeństwie. Bóg nieograniczony czasem, który nieustannie i wiecznie wypowiada Słowo, trwając w niepojętej tajemnicy Trójcy wkracza w czas i de facto ogranicza się czasem. Przyjmuje ciało człowieka – istoty najmniejszej i najlichszej spośród stworzeń posiadających duszę nieśmiertelną i intelekt.

Bóg jest tak wielki, że może stać się mały. Bóg jest tak potężny, że może stać się słaby i wyjść nam naprzeciw jako bezbronne dziecko, abyśmy mogli Go pokochać. Bóg jest tak dobry, że zrezygnował ze swej Boskiej świetności; zszedł do stajenki, abyśmy mogli Go odnaleźć i by
w ten sposób  Jego dobroć dotknęła również nas, udzieliła się nam i dalej przez nas się rozchodziła. To jest Boże Narodzenie: „Tyś Synem moim, Ja Ciebie dziś zrodziłem”. Bóg stał się jednym z nas, abyśmy mogli być z Nim, stać się do Niego podobni. Na swój znak wybrał Dziecko w żłóbku: taki jest On. W ten sposób uczymy się Go poznawać. Nad każdym dzieckiem lśni coś z blasku promienia tego „dziś”, tej bliskości Boga, którą musimy kochać
i której musimy się poddać – nad każdym dzieckiem, nawet jeszcze nienarodzonym.
(Benedykt XVI w czasie Pasterki w Watykanie w 2005 roku).

Powróćmy do Józefa i naszej hipotetycznej hiperapokryficznej sytuacji. Ewangelista Łukasz podaje nam, że Józef udał się z poślubioną sobie brzemienną Maryją do swojego rodzinnego miasta, Betlejem, aby dać się zapisać. Już kilka zdań później znajdujemy informację o tym, że nie było dla nich miejsca w gospodzie. Przywykliśmy do jasełkowego przedstawienia Rodziny pukającej do drzwi obcych domostw i tułającej się po mieście. Lecz mowa tu
o „gospodzie”, tak jakby Łukasz chciał wskazać na pewną konkretną gospodę w ziemi rodzinnej Józefa. Sprawa dramatu rodzinnego Rodziny Boga wydaje się być coraz jaśniejsza, tym bardziej, że na horyzoncie nie widać jeszcze happy endu. Józef stoi przed trudnym wyborem. Jeśli jego rodzina wypiera się brzemiennej Maryi, On postanawia wybrać służbę Dzieciątku i Matce, choćby w nienawiści całego świata. Znakomity to uczeń Chrystusa, który przed Jego Narodzeniem naśladował Go. Właściwie rozpoznał swoich, braci, siostry i  matkę (por. Mt 12, 48). Męski zmysł organizacyjny wskazuje mu Grotę Narodzenia, Grotę Wcielenia, Prześwietny Pałac Króla, który właśnie na to się narodził i na to przyszedł na świat, aby dać świadectwo Prawdzie (por. J 18, 37).

 Gdy tak w zadumie trwali

Na żłóbek spoglądali

Monstrancja jaśniała

A z nią grota cała

Światłością świata

Co miażdży Goliata

Dom Chleba otrzymał

Lecz nie zatrzymał

Chleba Aniołów

I tylko wołów

Spojrzenie pobożne

I Królów wielmożne

Każdy przeżywa:

Hostyja Żywa!

Witaj, o Jezu,

Synu Maryi!

Tyś jest Bóg Prawdziwy

W żłobie osobliwy

Amen.

 Wcielenie, choć osadzone w czasie ok. 5 roku przed Chrystusem (błąd w liczeniu sięgający średniowiecza), trwa nieprzerwanie, tak jak nieustanne wypowiadanie przez Boga Ojca Słowa Przedwiecznego i tworzenie Relacji Miłości – Tej Osobowej Relacji, którą jest sam Duch Święty. Kościół zaś idzie przez wieki z nieustannym śpiewem Aniołów na ustach w liturgii Mszy – trwa ciągłe

                                       Sanctus…

                                                   Sanctus…

                                                             Sanctus…

I nawet tu wątek boleści ma swoje miejsce – czysty głos chórów niebieskich Święty… przeplata się z dzikimi okrzykami tłumu, który w Wielkim Tygodniu ma wołać…

Właśnie, co będzie wołać? I co będzie rozważać w swoim sercu Maryja?

Symeon… Teraz o Panie… Światłość na oświecenie pogan… Hosanna!!!

Miecz boleści…

Zbyt wiele.

A Służebnica śpiewa.

Posłuchajcie…

 

O autorze

Marcin Madej

Marcin Madej

Marcin Madej (ur. 6 marca 2001) – uczeń kieleckiego Nazaretu, organista akademickiego kościoła Św. Jana Pawła II; zainteresowania: muzyka klasyczna, historia, język łaciński i… ciasta z cukierni naprzeciwko katedry kieleckiej; początkujący kompozytor utworów sakralnych, głównie na organy lub/i chór.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: