Wychowanie

Alfabet Mamy z DD: C jak czas

Czas, obok akceptacji, jest źródłem największej rodzicielskiej frustracji, wymieszanej z piekącym poczuciem winy oraz całkiem sporą dawką tęsknoty za dawnymi, dobrymi czasami bezdzietności. Pamiętam, że jako młoda mama, borykająca się z problemem równowagi życiowej pomiędzy mną jako mamą a mną jako osobą oraz, rzecz jasna, przygnieciona tym nieszczęsnym poczuciem winy, że poświęcam dzieciom zbyt mało czasu, a ten czas, który oddaję, jest kiepskiej jakości, rzucany im jak jakiś ochłap, przeczytałam w miesięczniku „Dziecko” (pod cudowną, nieodżałowaną redakcją Justyny Dąbrowskiej) wywiad z jednym z polskich znanych psychoterapeutów; był to bodajże Wojciech Eichelberger. Z całego mądrego wywiadu zapamiętałam właśnie wypowiedź odnośnie czasu z dzieckiem; otóż pan Eichelberger powiedział rzecz genialną w swojej prostocie: traktuj czas z dzieckiem jako swój czas. Kiedy robicie coś razem, spacerujecie, oglądacie, czytacie – nie traktuj tego jako pańszczyzny; jako czegoś, co właśnie tracisz – ale właśnie jako swój czas, swoją zabawę, swój relaks.

Wow! Ta krótka wypowiedź zerwała moje kajdany i zmieniła życie; ze zmęczonej, sfrustrowanej macierzyńskimi obowiązkami kobiety, zamieniłam się w mamę, która po prostu jest ze swoimi dziećmi. Zrozumiałam, że nie mogę tkwić w takiej schizofrenii, w jaką się sama wpędziłam; nie ma podziału na mnie jako mamę i mnie jako osobę, jestem jednością. Jestem mamą, żyję jako mama, odpoczywam jako mama, bawię się jako mama i pracuję jako mama. Oczywiście, macierzyństwo zmienia się wraz z dziećmi i zmienia się sposób spędzania z nimi czasu, ale jest jedna stała w tej zmienności: czas z dziećmi, niezależnie od ich wieku i potrzeb nie ma być poświęceniem siebie, okupionym poczuciem straty, ale dokonaniem wyboru (w pełnej wolności) w którym dziecko jest najważniejsze, wyboru pełnego miłości i radości dawania. Ten wybór nie oznacza bezustannego czuwania, aby natychmiast zareagować na każdą, nawet najmniejszą potrzebę dziecka; nie oznacza też, że twoje oczy mają nieustannie być utkwione w tym słodkim, rozkosznym centrum wszechświata i okolic, jakim jest twój synek albo córeczka.

W którąś niedzielę na mszy świętej u ojców Dominikanów Mama widziała taki obrazek: w ławce obok nas stanęła mama z córeczką; mama, obleczona w macierzyński mundurek (dżinsy, trampki, obszerna bluza z kapturem), objuczona plecakiem zawierającym niezbędny dzieciowy ekwipunek, czyli picie, jedzenie, zabawki, książeczki. Skąd znam zawartość plecaka? Otóż mama, przycupnięta na klęczniku ławki, tuż obok swojej córeczki, nie odrywała (dosłownie!!!) od niej wzroku – „oto jak oczy sług są zwrócone na ręce ich panów, jak oczy służącej na ręce jej pani” – i bezustannie proponowała jej albo chrupki, albo picie, albo misia albo książeczkę z obrazkami. Nie mówimy tutaj o rocznym maluchu, ale o trzy- czy nawet czteroletniej podrośniętej dziewczynce, która nawet nie miała szansy odczuć jakiegoś braku (pragnienia czy głodu) czy choćby rozejrzeć się samodzielnie w miejscu, do którego mama ją przyprowadziła. Nie chodzi nam o takie drapieżne poddaństwo, ale o wspólne tworzenie, wspólne poznawanie, osiąganie jakiegoś celu. Kiedy razem budujemy domek na drzewie, ubieramy choinkę, rozmawiamy o tym, co dla nas ważne, razem pieczemy ciastka, posypując mąką blat i podłogę w kuchni albo razem rozkręcamy silniczek, żeby sprawdzić, co jest w środku, to nasz czas, nasze zaangażowanie mówią dzieciom, ile są warte. Właśnie stąd dzieci dowiadują się nie tylko tego, ile są warte dla nas, ale także ile są warte w ogóle, jako ludzie, dla świata, dla Boga. Nasz czas, nasza uwaga są dla nich fundamentem poczucia własnej wartości.

Jednakowoż, obok tego czasu razem, musimy – Mama to powtarza w co drugim wpisie, ale co tam – zapewnić dzieciom czas bez nas; czas, w którym będzie miejsce na samotność i nudę; na nieskrępowaną wyobraźnię – a także na święty spokój od wścibskich dorosłych. Jeśli zostawimy dziecko jego aktywnościom (chociażby leżeniu na dywanie do góry brzuchem) i zajmiemy się własnymi sprawami, dziecko nie wpadnie od tego w chorobę sierocą, natomiast zyska szansę na odkrycie samego siebie i tego, co je tak naprawdę interesuje. Mama pamięta wywiad z Davidem Attenborough, w którym sławny biolog przyznał, że gdyby był dzieckiem w dwudziestym pierwszym wieku, nigdy nie zostałby przyrodnikiem, tak wielka jest skala lęku rodziców o dzieci. Dzieci są nadmiernie chronione przed „dzikimi zwierzętami” typu owady, gady czy płazy, dlatego nie mają okazji się z nimi zaprzyjaźnić, albo chociaż oswoić. Dawniej dzieci znosiły z wypraw stosy żab i zaskrońców; przyprowadzały bezpańskie koty i leczyły ranne wiewiórki i ptaki. Natura i przyroda były zwyczajnym miejscem zabaw, a nie odświętnym kierunkiem wakacyjnych wyjazdów.  Dziecko nie zainteresuje się żywą przyrodą, jeśli tylko będzie o niej czytało w szkolnych podręcznikach. To może najsmutniejsze zjawisko naszych czasów – oderwanie dzieci od beztroskiej zabawy na łonie natury, nieskrepowanej upływającym czasem.

Mamie przychodzi do głowy jeszcze inne niezbyt wesołe zjawisko związane z szaleńczym zagospodarowywaniem czasu – coraz rzadziej widzi się dzisiaj ludzi pogrążonych we własnych myślach, obserwujących innych ludzi czy rozmawiających z nieznajomym w pociągu albo w poczekalni u lekarza. Z reguły większość – bez względu na wiek (no, może poza naprawdę starszymi osobami) zajęta jest przeglądaniem mediów społecznościowych, wysyłaniem wiadomości lub słuchaniem muzyki. Mama o tym pisze, bo sama grzeszna i pełna winy. Powróćmy do marnowania czasu na rozmyślaniach – to jest naprawdę ważny element budowania naszej psychiki, naszej tożsamości, naszego rozwoju. Pozwala nam doświadczyć pewnych uczuć, podejmować refleksję nad sobą i sytuacjami, które nas dotknęły. Bardzo ważne jest, aby poświęcić czas sobie i po prostu pobyć ze swoimi myślami, uczuciami czy emocjami. Jak wiadomo, nic tak nie sprzyja rozmyślaniom, jak praca fizyczna – pranie, prasowanie, gotowanie, pielenie ogródka. Ręce są zajęte, a głowa buja w obłokach.  Ekologia człowieka – także dziecka – polega między innymi na uwolnieniu czasu z okowów napiętych terminów i obowiązków.  Czas dla nas, czas dla dzieci, czas dla innych, czas dla Boga. Czas. Jedyne dobro, jakie naprawdę mamy na własność. Ciekawe, że tak trudno jest nad nim zapanować.

Photo by Mpho Mojapelo on Unsplash

O autorze

Katarzyna Głowacka

Katarzyna Głowacka

Mama piątki dzieci, babcia jednego wnuka; z zawodu doradca rodzinny, z upodobania blogerka (Mama w dużym brązowym domu) oraz nałogowa czytelniczka. Mieszka z rodziną w podwarszawskim Józefowie.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: