Wiara

„Bądźcie pozdrowieni za samotność i niezwykłość waszych dróg…”

Człowiek jest istotą społeczną – do takiego wniosku doszedł niegdyś Arystoteles. Myślę, że nikt o zdrowych zmysłach nie jest w stanie obalić tego twierdzenia. W końcu wszyscy, w mniejszym lub większym stopniu, potrzebujemy rodziny, przyjaciół, ale w pierwszej kolejności innych ludzi. Każdy pewnie przeżył w życiu kiedyś taki moment, kiedy szczerze pragnął, żeby wszyscy go zostawili w spokoju, tak aby w samotności mógł kontemplować swój żal i rozgoryczenie. Prędzej czy później jednak taka sfrustrowana osoba przełamywała swój opór i powracała na łono społeczeństwa. Prawda jest taka, że nie potrafimy żyć bez innych ludzi.

Chrześcijanie to także ludzie, choć czasami można odnieść wrażenie, że pochodzimy z innej planety. Mamy inne priorytety, inną wizję postrzegania świata, inaczej żyjemy, wierzymy w to, co na pierwszy rzut oka może wydać się głupie i nierealne. Ale jesteśmy ludźmi i potrzebujemy towarzystwa. Chrześcijaństwo w sporej mierze opiera się na wzajemnym wspieraniu się, pomocy i wspólnocie. Jednakże istnieje taka jedna płaszczyzna, w której nie możemy pozwolić by towarzyskość i zamiłowanie do poświęcania całego swojego czasu przyjaciołom zdominowały nasze odczucia. Jest to przestrzeń osobistej relacji z Bogiem. Każdy w głębi serca rozmawia z Bogiem sam. Owszem, czasami może nas łączyć wspólnota pragnień, jednakże takie przypadki są rzadkie. Uważam, że aby nasza modlitwa była szczera i poważna, musi płynąć z głębi naszego serca. A głębi naszego serca nie da się osiągnąć znajdując się w towarzystwie przyjaciół, nawet jeżeli są oni chrześcijanami.

Człowiek ma tendencję do wcielania się w różne role, aby zaimponować lub zrobić wrażenie na innych. Przed Bogiem nie musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Przed Bogiem możemy stanąć w prawdzie. Do mnie szczególnie trafia porównanie szczerej modlitwy, do sytuacji, w której aktor przygotowujący się wytrwale do jakiejś roli niemalże stopił się z bohaterem, którego odgrywa, wystąpił na scenie, dając z siebie wszystko i wreszcie może zrzucić maskę. Może być sobą i nie musi więcej udawać. Dla mnie czymś takim powinna być relacja z Bogiem.

Podczas ostatniego oazowego spotkania tematem przewodnim spotkania, w którym uczestniczyłem, była Boża Miłość. Animatorka prowadząca spotkanie umiejętnie wskazywała poszczególne aspekty i cechy Ją charakteryzujące, a wnioski przez nas osiągnięte były naprawdę interesujące. W międzyczasie dotarliśmy do cechy, o której często zapominamy rozpatrując zagadnienie Bożej Miłości. Jest to jej nieograniczoność. Niepojętość. Niemożliwość Jej zrozumienia i ujęcia Jej w jakiekolwiek ramy. Jej potęga i umiejętność przemieniania ludzkich serc. Istnieje wiele przykładów, w których z łatwością możemy dostrzec Jej działanie. Najsłynniejszym i najbardziej oczywistym jest, rzecz jasna, śmierć Jezusa na krzyżu. Trochę mniej dosadny, ale równie wartościowy przykład, stanowi naw
rócenie Szawła, prześladowcy gotowego skazywać chrześcijan na śmierć, który później został Apostołem Narodów.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Szaweł dostąpił nawrócenia podczas podróży. Każdy chrześcijanin w pewnym sensie jest w podróży. Ostatecznie to, co ziemskie, kiedyś przeminie. Podróżujemy przez krainę, gdzie wszystko jest niedoskonałe. I podczas tej podróży, to my wybieramy szlak. Łudzimy się, że mamy wpływ na ostateczny cel, do którego zmierzamy. Ostatecznym celem jest zbawienie lub potępienie. Nie ma drogi pośredniej. Od nas zależy jedynie wybór drogi.

Jaka jest droga, którą kroczy przez życie chrześcijanin? W mojej ocenie, taka jak napomknąłem w tytule: samotna i niezwykła. Samotna, dlatego że idziemy przez życie sami, a nasi bliscy i przyjaciele są swego rodzaju głosem zza ściany. Niezwykła, dlatego że idziemy, będąc pewnymi, co, a właściwie Kto, czeka nas na końcu drogi.

Na koniec jeszcze taka myśl, jaka pojawiła się u mnie ostatnio, kiedy jak zwykle próbowałem zasnąć i jak zwykle setki różnych dziwnych pomysłów nachodziło mnie z różnych stron. Bóg jest wszędzie, prawda? Może działać na nieskończenie wiele sposobów. Może przemawiać do nas przez ludzi, których poznajemy, przez Pismo Święte, lub też przez piękno natury. Teoretycznie, bardziej prawdopodobne jest, że Bóg przemówi do nas w odludnym, odciętym od świata miejscu, jak np. w Bieszczadach, aniżeli w pełnym ludzi centrum miasta. Tylko że to jest tylko teoria. Bóg równie dobrze może wystawić nas na próbę i milczeć, kiedy jesteśmy gotowi by go wysłuchać, jak i w chwili, gdy mamy wszystkiego dosyć, świat nas irytuje i najchętniej zamknęlibyśmy się w sobie, przyjść do nas, pocieszyć, obdarować niespodziewanym szczęściem i pozwolić nam poczuć Jego bliskość.

Bóg jest dla nas tajemnicą; właśnie dlatego wzbudza w nas taką fascynację.

Photo credit: Stuck in Customs via Foter.com / CC BY-NC-SA

O autorze

Bartłomiej Witeszczak

Bartłomiej Witeszczak

Prawie dziewiętnastolatek. Autoironiczny wrażliwiec, ze sporym dystansem do siebie i własnej twórczości. Filozof z powołania (miłośnik Kierkegaarda), obserwator życia społecznego z zamiłowania. Świadomy katolik. Kocha wolność (i uważa ją za największą z wartości), góry, muzykę progresywną i swoją wspólnotę. Nie znosi ignorancji i pustosłowia. Wierzy w zapomniane wartości, dostrzega sens tam, gdzie inni go nie widzą, nieustannie szuka. I wędruje przez noc. Autor bloga Wędrując przez noc

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: