Wiara

Biedny Brat Bonifacy (XI)

Ludzie listy piszą… zwykłe, polecone. A listonosz mozoli się, by doręczyć wszystko na czas. I tak oto pojawił się list w naszej redakcji. Pani Redaktor wrzuciła go do przegródki z imieniem i nazwiskiem, a po pewnym czasie ktoś (nieprzypadkowo z tym właśnie imieniem i nazwiskiem) otworzył list i zaczął czytać:

Szanowni Państwo! Moje pytanie dotyczy cyklu tekstów pt. Biedny Brat Bonifacy. Z Ojcem Alojzym nie miałem problemów, ale w tym wypadku jestem zaniepokojony. Bo niby jeden brat, ale tak naprawdę nie tylko on pojawia się w roli głównej. Sam nie wiem, kogo uznawać za protagonistę cyklu: tytułowego Bońka (tak o nim mówię, bo uważam to zdrobnienie za słodkie), a może księdza proboszcza? Albo kanonika, który ostatnio wymądrza się i nie pozwala innym dojść do głosu? Czyżby cały cykl należało czytać jako kryptoaluzję trynitarną? Że niby to w pewnej małej parafii duszpasterzuje trzech kapłanów. Proszę o odpowiedź, bym nie musiał dalej żyć w niepokoju. Hieronim Niepokój

Przeczytałem, skrzywiłem się i odpisałem.

Ludzie listy piszą… zwykłe, polecone. A listonosz mozoli się, by doręczyć wszystko na czas. Drogi Panie Hieronimie… Kto pyta, nie błądzi, ale też trzeba stawiać pytania odpowiedniej osobie. Co prawda jestem autorem, ale też po części czuję się czytelnikiem. Tak, tak, ze smutkiem stwierdzam, iż moi bohaterowie dokonali abordażu i przestali się przejmować pierwotnym planem, w którym tytułowy Bonifacy jest postacią pozytywną, drugi bohater to ciemny typ, trzeci zaś jest swego rodzaju szarą eminencją. Wszystko się rozpadło i pojawił się nowy porządek. Bonifacy nie jest już rycerzem bez skazy, proboszcz przestał być irytującym urzędasem w sutannie, a kanonik wyszedł z roli słodkiego staruszka, który zasłania się sklerozą, gdy nie ma ochoty na konwersację. Taki był plan, a tu… taka plama!

W moim mniemaniu sytuacja „na dziś” (choć nie wiadomo, w jakim kierunku podąży historia trzech muszkieterów w sutannach), wygląda następująco:

– Ksiądz Kanonik to ktoś pomiędzy Knabitem a Badenim. Niby emeryt, ale nowoczesny. Mógłby trzech neoprezbiterów przeskoczyć i czterech kardynałów zapędzić w kozi róg. Całe życie czytał brewiarz, odmawiał różaniec, ale też słuchał ludzi. I myślał. Za łaską Bożą jest, kim jest! W oczach świata to tylko miły staruszek, ale uważny obserwator dostrzeże w nim lampę, która świeci i wskazuje innym drogę. Kanonik to naprawdę pobożny kapłan.

– Brat Bonifacy jest skomplikowaną osobistością. Z jednej strony gorliwy katecheta. Zawsze przygotowany, gdy ma wygłaszać homilię. Znawca teologii i psychologii. „Nadzieja biskupa i całej diecezji”. Prawie jak ksiądz Groser w powieściach Grzegorczyka. Albo nie. Ale z drugiej strony, niestety, mitoman, megaloman i melancholik. Chociaż niegroźny. Tak przynajmniej twierdzi Janek Grątkiewicz. A dla pełnego obrazu dodajmy, iż Panie z Rady Parafialnej mówią o nim (o Bonifacym, nie o Janku): „Ach, to taki cudowny ksiądz. Nasz kanonik w młodości był bardzo do niego podobny”.

– I wreszcie ten trzeci: Ksiądz Proboszcz! Niby „władca” parafii, ale w naszych felietonach nieoczekiwanie w defensywie. Można by nawet pomyśleć, że nie panuje nad sytuacją. Nic podobnego! Proboszcz to intrygująca postać. W młodości podobno zrobił dwa doktoraty, o których skromnie milczy. A kiedy ktoś mu to wypomina, zaczyna marudzić: Święty Józef Sebastian Pelczar zrobił dwa doktoraty w trzy lata, a ja musiałem trudzić się aż cztery. I dodaje: A nawet gdybym miał pięć doktoratów, i jeszcze odkrył nieznaną planetę, poleciał tam i nakręcił film, za który dostanę Oscara, to dalej nie dorównam Pelczarowi. On jest wielkoludem, a ja krasnoludkiem! Oczywiście w wymiarze duchowym!

Tak mawiał od czasu do czasu nasz proboszcz, który był krasnoludkiem, chociaż dość wyrośniętym. Tak mówił – i tak myślał, bowiem był człowiekiem skromnym. A nawet troszkę pokornym, ale w tej pokorze wolał nazywać się „skromnym”, żeby nie ulec pokusie pychy. Bo to przecież najgorsza pokusa. Otóż Proboszcz uważał, i słusznie, że nawet gdyby zdobył Mont Everest i Kilimandżaro, nawet gdyby wygrał rajd Paryż-Dakar i Tour de France, albo stał się Einsteinem, Edisonem i Umberto Eco – i tak w encyklopedii nie przeskoczy biskupa Pelczara! Nigdy nie wyprzedzi Świętego z Przemyśla. Bo w alfabecie zawsze pierwszy jest Pelczar, potem Ojciec Pio, ksiądz Popiełuszko, a dopiero po nich Proboszcz Wojciech Porzuczek!

Szanowny Panie Hieronimie, cóż mogę odpowiedzieć? Ludzie listy piszą… zwykłe, polecone. A listonosz mozoli się, by doręczyć wszystko na czas. Takie życie! Życie, w którym nie idzie o to, które miejsce w rankingu pseudowielkości zajmiemy, ale o to, by wpisać się w Księgę życia. W księgę mądrości Boga, który jest (por. Wj 3, 14), a my tylko parą jesteśmy (por. Jk 4, 14).

Tak napisałem, ale po chwili skreśliłem ostatnie zdanie. I zacząłem od nowa: Najważniejsze, by wpisać się w Księgę życia. W księgę mądrości Boga, który jest, a my tylko parą jesteśmy. Liściem na wietrze, który spada na ziemię.

 

 

O autorze

ks. Stefan Radziszewski

ks. Stefan Radziszewski

Urodzony w 1971 r., dr hab. teologii, dr nauk humanistycznych, prefekt kieleckiego Nazaretu; miłośnik św. Brygidy Szwedzkiej i jej Tajemnicy szczęścia oraz Żółtego zeszytu św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Czciciel s. Wandy od Aniołów.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: