Wiara

Biedny Brat Bonifacy (XIII)

Biedny Brat Bonifacy mozolił się nad komputerem. Przygotować katechezę o Trójcy Świętej to nie lada sprawa, na szczęście Bonifacy znalazł 10 tekstów o tajemnicy Trójcy, więc teraz skrzętnie przepisywał (drukarka padła, nasz dzielny katecheta musiał wrócić w dawne wieki skryptoriów). I właśnie na tej zbożnej czynności zdybał go Ksiądz Kanonik.

– A cóż to Brat taki zapracowany?

– Się pisze katechezę o Trójcy. Tajemnica w dziesięciu słowach: św. Augustyn, św. Atanazy, św. Cyprian, Hipolit Rzymski, Tertulian, Dionizy Aleksandryjski, św. Kolumban, św. Grzegorz Cudotwórca, św. Faustyna i Maria Valtorta. Wszyscy oni mieli coś do powiedzenia o dogmacie, którego nie sposób pojąć.

– Bo też dogmaty nie są, by je pojąć, ale aby przyjąć – do swego życia. Idziemy po rozum do głowy i po miłość do serca, a to nie jest jakaś wielka teologia, ale iskierka łaski Bożej, której żaden kubeł pomyj tego świata nie jest straszny, burknął Ksiądz Kanonik, który ogólnie burczał i fukał. I z byle powodu.

I być może rozpoczęłaby się długa konwersacja teologiczna, gdyby nie telefon… po którym Brat Bonifacy posmutniał.

– Cóż to Brat tak posmutniał, jak bogaty młodzieniec z wczorajszej Ewangelii? – zagaił Ksiądz Kanonik. Niby z troską spoglądał na młodego mnicha, ale w oczach zapaliły mu się złośliwe iskierki. – Czyżby dzwonili z kurii…?

– No tak, jutro spotkanie duszpasterzy młodzieży, a przecież ja mam w szkole cztery godziny. I w dodatku katecheza o Trójcy Świętej! Nici z wyjazdu…

Następnego dnia o świcie Bonifacy wyjechał do kurii, a na lekcji religii zjawił się Nasz Dzielny Kanonik. Młodzież przerażona biegała po korytarzu – widok kapłana w sutannie, z marsową miną, jakby prorok Eliasz powrócił z obłoków, by zwiastował apokalipsę, wywołał w szkole niemało poruszenie. Czyżby ktoś zamówił egzorcyzmy? Ten staroświecki księżulo na pewno nie nadawał się do prowadzenia zajęć we współczesnym koledżu.

– Niechaj Waćpanna usiądzie. A makijaż poprawia się na przerwie, powiedział z groźną miną. Ale po chwili uśmiechnął się i dodał: Wyglądasz jak bohaterka „Trzynastu powodów”.

Matylda wyraźnie dezorientowana, co zdarza się jej raz na dziesięć lat, popatrzyła na staruszka:

– Ogląda Ksiądz Netflixa!

– Owszem, odparł wyraźnie ożywiony katecheta, a w tajemnicy powiem, że od czasu do czasu piszę dla nich scenariusze. Ostatnio na castingu poznałem Mela Gibsona, razem kręcimy rzecz o ostatnim Mohikaninie, który zostaje piratem z Karaibów i wyrusza w poszukiwaniu zaginionej arki. Coś w stylu „Noego” Darrena Aronofskyego.

Matylda usiadła (a właściwie coś, co zostało z dawnej Matyldy klapnęło na krzesło), a w klasie nastała grobowa cisza.

– Ale kit! Dlaczego Ksiądz opowiada nam takie bzdury???

W powietrzu unosiło się coś nieokreślonego, jakby niewidzialny feniks zaśmiał się i zniknął, chociaż kawałek jego uśmiechu został na oknie, spoza którego łypał na uczniów Gibson. Mel Gibson. Udający Charliego Chaplina. Udającego Jamesa Bonda.

– Ktoś powiedział, że dzisiejsza młodzież nie stawia już pytań o prawdę, o zbawienie, o Boga, że to jej nie interesuje! Zamiast tego zajmujecie byle ściemą, im bardziej żałosna i głupia, tym bardziej jara! A Pismo mówi, żeby z głupim gadać głupio, bo inaczej nie da rady. Więc sorry, ja tu tylko na zastępstwie. Brat Bonifacy prosił, żebym Wam powiedział coś o tajemnicy Trójcy Świętej, ale… chyba nie mam ochoty.

W powietrzu zamajaczył Nicolas Cage z „Miasta Aniołów”, Robocop ścigał jakiegoś sklonowanego Rambo, a mieszkańcy nieoczekiwanie „Miasta ślepców” odzyskiwali wzrok.

I wówczas wydarzył się cud:

9 czerwca 2018 roku Nikodem, który nic nie mówił od wybuchu bomby atomowej w Nagasaki – czyli od 9 sierpnia 1945 – przemówił.

Wolno.

Dobitnie.

Patrząc prosto w oczy Księdza Kanonika.

– Niech Ksiądz opowie nam o Trójcy Świętej. W tym cholernym Matriksie nikt nam nie mówi o Bogu –  –  –  –

Bóg stał się tematem tabu.

Wolno gadać byle bzdury o wszystkim, byle tylko milczeć o Nim.

Mów nam o Bogu, jaki jest, czy naprawdę nas kocha, czy daje zbawienie w tym swoim niebie, czy w ogóle istnieje? Czy my jeszcze istniejemy…!

Słowa Nikodema popłynęły w stronę katechety jak stado młodych delfinów. Obijały się od ścian klasy, zostawiając tajemnicze znaki, jakieś starożytne hieroglify, wśród których raz po raz ukazywały się twarze ludzi, zwierzęta i drzewa, kontury lądów i mórz, mapy nieznanych królestw. Za oknem w szaleńczym tempie mijały wiosny, lata i zimy. Jakiś zabłąkany dinozaur ziewnął, a potem zaczął z przejęciem sznurować zieloną wstążką swoje seledynowe bucięta.

– Zapiszcie temat: DE TRINITATE – zaczął wzruszonym głosem Nasz Wzruszony Kanonik. – Wszystko zaczyna się na obozie harcerskim. Czterdzieści osób ma spędzić ze sobą dwa tygodnie. Wśród nich jest pewien inteligentny osobnik imieniem… Nikodem.

O autorze

ks. Stefan Radziszewski

ks. Stefan Radziszewski

Urodzony w 1971 r., dr hab. teologii, dr nauk humanistycznych, prefekt kieleckiego Nazaretu; miłośnik św. Brygidy Szwedzkiej i jej Tajemnicy szczęścia oraz Żółtego zeszytu św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Czciciel s. Wandy od Aniołów.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: