Podróże i zwiedzanie

Błękitny ląd

„Cudze chwalicie, swego nie znacie. Sami nie wiecie, co posiadacie”. Podróżujemy po wszystkich kontynentach w poszukiwaniach lądu dającego inspirację. Przeoczamy klejnot na własnej ziemi.

W dzieciństwie często wyjeżdżaliśmy z rodzicami nad morze, do Kołobrzegu lub w okolice Ustki, znałam i kochałam Bałtyk szczerym sercem. Do niezwykłego miejsca trafiłam jednak dużo później.

Kilkanaście lat temu jadąc z koleżanką do Karwii, przed Władysławowem zobaczyłam pasek zasnutego oparami lądu uciekającego na prawo. Oglądałam mapę Polski pewnie tysiące razy i niby miałam świadomość, że ów dziwny twór się tam znajduje, ale nigdy wcześniej nie przyciągnął on mojej uwagi, aż do tamtej chwili. Tonął w lazurowej poświacie, było w nim coś absolutnie niepowtarzalnego i owianego tajemnicą. To ziemia utkana z mgły. Obiecałam sobie wtedy, że odwiedzę to miejsce. Na spełnienie tej obietnicy najdziwniejszy półwysep świata musiał jeszcze chwilę poczekać.

Kilka dni temu, pomknęłam ku Północy w swojej corocznej pielgrzymce szlakiem szczęśliwych wspomnień podziwiając ziemię, która o tej najpiękniejszej porze stroi się w kolorowe fatałaszki. W tym czasie, kiedy wszystkie żywioły pokornieją lubię wybrać się z odwiedzinami do jednego z moich najbliższych przyjaciół. Najpierw się sobą pozachwycamy, potem wysłuchamy nawzajem swoich nowych opowieści, a w końcu już tylko oboje patrzymy ku Niebu, Bałtyk i ja. Od dawna mamy swoje ulubione, czarowne miejsce spotkań, zwane przeze mnie błękitnym lądem.

Kolejka na Półwysep Helski rusza z Gdyni, mija z wolna Rumię i Redę, by za Puckiem zatoczyć dość gwałtowny wiraż i oczom podróżnego ukazać raptem Zatokę Pucką w całej jej krasie. Woda wyrasta przed nami znienacka i wraz z nią eteryczna wstęga gruntu na przeciwległym brzegu skąpana w łagodnym świetle wydobywającym z niej całą paletę barw, od syberyjskiej zieleni, przez rozmaite odmiany niebieskości: kobalty, ultramaryny, szafiry, lazury, turkusy, aż po majestatyczne sine fiolety i gołębie szarości. Jednym słowem, ukazuje się naszym oczom kraina ze snu. Brak mi słów, by opisać w pełni uczucie spokojnej, radosnej ekscytacji rodzące się w duszy człowieka na ten widok. Jest to stan podobny do mieszanki emocji dziecka, które doczekało się wyjścia do lunaparku, nastolatka pogrążonego w lekturze fantastycznej baśni i starego człowieka, wracającego po latach w rodzinne strony. Kilka minut później kolejka zatrzymuje się w we Władysławowie. Ruszając z władysławowskiej stacji pociąg zaczyna skręcać ku wschodowi  i mamy przed sobą już nie tylko zatokę, ale i pełne morze po lewo. Uśmiech wypływa mi na usta na samo wspomnienie tej chwili, mimo że właśnie tu przebywam.

Pierwsza mijana stacja to Chałupy. Ze wszystkich pięciu miejscowości na Helu jest, jak dla mnie, zdecydowanie najmniej pociągająca, bo zaanektowana przez „złotą młodzież” w rozmaitym wieku, cechującą się silnym instynktem stadnym zakładającym też wyjątkowo intensywny imperatyw współzawodnictwa na grubość portfeli.

Kolejny przystanek, to Kuźnica, jedyna w swoim rodzaju wieś licząca całe 250m szerokości. Stojąc na peronie możemy podziwiać tak malownicze wody zatoki, jak i morski bezkres jednocześnie. Robi to piorunujące wrażenie. Dla amatorów niezwykłości, to idealny wybór na odpoczynek.

Następna w kolejności jest najwieksza ze wszystkich Jastarnia, królowa letniego wypoczynku, bajecznie obfitująca w biznes pamiątkarski. Ocierająca się dość solidnie o tandetę mnogość sklepików z piłkami, figurkami, breloczkami i kaszubską porcelaną, wielość smażalni, wędzarni, kawiarni, budek z lodami i małych piwnych barów, tworzy wespół z portem, molem, szkołami surfingu, rybackimi chatami, szerokimi plażami i kościołem parafialnym utrzymanym w charakterze marynistycznym klimat starych kurortów, których próżno szukać już na polskim wybrzeżu. Nie znajdziemy tu sieciowych restauracji ani sklepów, nie kłują w oczy reklamy, a komercja, mimo wspomnianej odpustowości centralnej części tej gminy, nie wdziera się bezczelnie do naszej intymności. Królują tu piasek, woda, fale, szum, obezwładniający zapach wybrzeża, ciepła bryza i głęboko przenikające poczucie odpoczynku, oddzielenie od świata trosk, niepowodzeń i wyzwań. Jakby sam Bóg osłaniał to miejsce rękoma przez wszelkimi prądami niosącymi złe wspomnienia.

Wspólnota parafialna jest tu naprawdę niezwykła. Bezpretensjonalna, szczera, pełna prostej i głebokiej wiary. Kilka dni temu miałam okazję uczestniczyć w mszy z chrztem niemowlaczka. Młodzi rodzice usłyszeli od proboszcza, że stanowią dla swojego dziecka bramę do Ewangelii. Cały Kościół był niezwykle zaangażowany przyjmowaniem w swój poczet nowego małego członka, Doroty Marii. Był to ten rodzaj szacunku i radości, których, niestety, próżno szukać w dużych miastach. Przyszło mi wtedy do głowy, że na takich ludziach Polska jest zbudowana, a takich wspólnot nie da się ot tak po prostu zdechrystianizować. Niedługo po mszy udałam się na obiad do pobliskiej jadłodajni „Pod św. Michałem”. To jedno z moich ulubionych miejsc stołówkowych.

Jastarnia ma jeszcze jeden plus, spośród wszystkich helskich miejscowości jest najtańsza. Koszt noclegów w dobrych warunkach i wyżywienia naprawdę mocno się opłaca. Dla przykładu, 300g rano złowionej flądry można w smażalni skonsumować za około 10zł etc.etc.etc.

Niedaleko za Jastarnią rozciąga się mniejsza i droższa Jurata. Bardzo ją lubię ze względu na jej leśne położenie, część wypoczynkowa jest jednak na tyle mała, że w ciągu pobytu na Helu wystarczą mi tam jedne odwiedziny. Jurata, nazwana tak od imienia córki króla mórz, ma niepowtarzalny klimat starego przedwojennego kurortu, którym zresztą była. To miejsce wakacyjnych spotkań śmietanki towarzyskiej IIRP. Molo Mestwina, butiki z wyższej półki, resortowe hotele, wszechobecny iglasty wonny las oraz Międzymorze, czyli kilkusetmetrowy deptak pełen knajpek, łączący zatokę z morzem to najbardziej charakterystyczne wizytówki tego miejsca. Obecnie Jurata jest często odwiedzana przez establishment szukający bardziej wypoczynku niż imprez. Z bytnościami w Juracie kojarzy mi się powracający żal, że ludzkość nie wymyśliła do tej pory patentu na robienie „zdjęć” zapachom, bo bodaj nic nie pachnie tak, jak mieszanka słonego powietrza, wodorostów, rozgrzanego piasku, iglaków, porastających wydmy krzewów i czerwcowych dzikich róż przy wejściu na juracką plażę. Aromat godny Nieba. Z Jastarni do Juraty można spokojnie iść spacerem przez las, po drodze natyka się człowiek to na rogasia, to na sarenkę, nie boją się spokojnych osób.

10 kilometrów dalej Polska się kończy, bądź zaczyna, jak kto woli. Jest to jednak nie byle jakie zakończenie, rybacki port i miasteczko Hel, to ikona miejsc, o których mówią szanty i morskie opowieści. Dziewiętnastowieczne puby i bary, rybny handel, fokarium, czyli ośrodek badawczy Uniwersytetu Gdańskiego pracujący nad ochroną polskich fok i morświnów, latarnia morska i nade wszystko nieopisanie piękny cypel, z którego obserwować można Bałtyk wlewający się do zatoki, to obrazy, których nie sposób wymazać z pamięci. Cypel obchodzić można plażą lub bardzo wygodnym pomostem ciągnącym się wokół jakieś kilkadziesiąt centymetrów powyżej wydmy. Hel, ze wszystkimi swoimi osobliwościami, to jeden z najniezwyklejszych widoków na planecie Ziemia.

To, co charakterystyczne dla całego półwyspu, to gra barw. Nie wiem, ile ich tysięcy można zobaczyć kiedy słońce chyli się ku zachodowi. Bursztyny, żółcienie, oranże, seledyny, turkusy, szmaragdy, błękity, lawendy, granaty, szarości, fiolety, blade i głębokie róże, beże… wszystkie w setkach natężeń i odcieni. Wiatr tańczący we włosach i muskający twarz. Sine, lazurowe, łososiowe i liliowe cienie na piasku, płuca pełne morskich aromatów oraz szmer historii, które Bałtyk sączy nam do ucha. Wszystko to stanowi kwintesencję trwania tu, poza czasem, w tajemniczej przestrzeni u progu Raju.

Mam pamiątkowy breloczek z Jastarni, na którym wypisane jest, jakże adekwatne, motto tej krainy, cytat ze Stanisława Jachowicza:
„Cudze chwalicie, swego nie znacie. Sami nie wiecie, co posiadacie”. Podróżujemy po wszystkich kontynentach w poszukiwaniach lądu dającego inspirację. Przeoczamy klejnot na własnej ziemi.

Photo credit: snake.eyes via Modern Interior / CC BY-NC-ND

O autorze

Ola Jakubiak

Ola Jakubiak

Kompulsywna obserwatorka zajęta nieustanną analizą rzeczywistości, być może nie do końca bezstronna wobec rozmaitych ideologicznych i politycznych nurtów, bowiem nierozerwalnie związana z kulturą chrześcijańską. Fascynatka filozofii, teologii, polityki i publicystyki a nade wszystko miłośniczka i obrończyni życia w każdym wymiarze.
Uwielbia naturalną dietę, baśnie i spacery po plaży.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: