Przygotowanie do małżeństwa

Kim chcę dla Niej być?

Jeżeli jednak spotkam taką, która się rumieni i jąka, tak jest nieśmiała, i potrzebne są jej dary, aby się nauczyła uśmiechać, bo oznaczają dla niej świeży wiatr od morza, a nie świadectwo podboju, stanę się dla niej drogą przynoszącą wyzwolenie. Ani siebie nie upokorzę tą miłością, ani jej. Będę dokoła niej jak przestrzeń, a w niej – jak czas”.

Któregoś dnia, być może przyjdzie mi na niego poczekać długo, a być może będzie miał on miejsce w niedalekiej przyszłości, spotkam Tę Jedyną. W naszym pierwszym spotkaniu nie będzie wiele romantyzmu, przynajmniej na pierwszy rzut oka. To nie okoliczności przyrody sprawią, że ów poranek, popołudnie lub wieczór zapamiętamy na zawsze. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie będą to również słowa. Słowa łatwo ulatują z wiatrem, w mgnieniu oka giną zatopione w potoku wykrzyknień, metafor i przekleństw obcych ludzi lub w odmętach ludzkiej pamięci. Tym, co niezauważalnie pchnie nas ku sobie i delikatnie zmieni bieg naszych codziennych dróg, tylko po to, by już na zawsze odmienić nasz los, nie będzie potrzeba akceptacji albo potrzeba zaspokojenia samotności.

Nawiasem mówiąc to okropne, co czynią ludzie, którzy wchodzą w związki wyłącznie dlatego, żeby nie być samotnym. Robią sobie i w równej mierze tej drugiej osobie, ogromną krzywdę. Nie do końca jestem w stanie zrozumieć ich podejście, szczególnie uwzględniwszy fakt, że takie związki prędzej czy zmieniają się w nieznośny dla obu stron koszmar i w efekcie najczęściej z hukiem się rozpadają.

Natkniemy się na siebie pośród szarej codzienności, wśród szumu paplających ludzi, hałasu pojazdów, przy zachmurzonym niebie, schowanym słońcu lub bezgwiezdnym niebie. Natkniemy się na siebie, kiedy większość zmęczonych przechodniów spoglądać będzie na otaczający ich świat tępym wzrokiem, w myślach rozkosznie wyciągając się na wygodnym łóżku, zapominając o pracy, szkole i domowych obowiązkach.

Jedynie my będziemy rozglądać się dookoła i patrzeć tam, gdzie nikt nie ma odwagi zatrzymać wzroku na dłużej. I w którymś momencie odnajdziemy siebie wśród tego zgiełku i tłumu, odejdziemy na bok i głęboko, przenikliwie, spojrzymy sobie w oczy.

Oczy są zwierciadłem duszy.

Odnajdziemy w nich dokładnie to, za czym wcześniej tak tęskniliśmy. Ja – ciepło i bliskość, radość i smutek, rozwagę i szaleństwo, piękno i talent, ona – nie jestem pewien, co znajdzie we mnie, lecz wiem, że dzięki temu będzie szczęśliwa.

Lecz przede wszystkim znajdziemy siebie; ja Ją, ona Mnie. Dwie dusze, dwie komety, dwie gwiazdy, dwa nagłe porywy wichru, dwa promienie słońca w chłodny zimowy dzień, splecione ze sobą nieodgadnionymi wyrokami Przedwiecznego.

Zanim jednak osiągniemy pełnię, szczyt, doskonałość, ideał, będziemy siebie odkrywać. Powoli, nieśpiesznie. Bez gwałtowności, bez przymusu. Nie na siłę.

„I powiem jej: „Nie śpiesz się, żeby mnie poznać: nie ma we mnie nic, co dałoby się pojąć. Jestem przestrzenią i czasem albo stawaniem się”. Jeżeli potrzebuje mnie tak, jak ziarno potrzebuje ziemi, żeby się stać drzewem, nie stłumię wzrostu ograniczając ją”.

Będę obok Niej, ale nie dla samej przyjemności bycia obok Niej; będę obok Niej po to, aby wesprzeć ją mym ramieniem, otrzeć jej łzy i obronić przed smokiem. Ale także po to, aby w pełni uświadomiła sobie kim jest, jak jest i dlaczego jest na tym świecie.

Będę dla niej czasem i przestrzenią, będę dla niej drogą. Będę dla niej żyzną ziemią. Będę dla niej orłem, który wyniesie ją ponad chmury, aby stamtąd ujrzała doliny, górskie łańcuchy i gwiazdy.

Nie będę jej ubóstwiał pustym ubóstwieniem, nie będę krzyczał z zachwytu na jej widok, nie będę opiewał pieśnią jej piękna, próbując zapewnić jej w ten sposób nieśmiertelność.

„Ale i nie będę jej czcił dla niej samej. Chwycę ją twardo w szpony miłości. Moje uczucie będzie dla niej jak orzeł o potężnych skrzydłach. I wcale nie mnie zobaczy z wysoka, ale poprzez mnie doliny i górskie łańcuchy, gwiazdy i bogów”.

Jeżeli upadnie, podniosę ją. Jeżeli upadnie drugi raz, także ją podniosę. I trzeci, i czwarty, i setny, i tysięczny. Wejdę w najgorsze bagno, narażę się na pośmiewisko i kpinę, poranię sobie łokcie i kolana, przeleję własną krew. Dam się zhańbić, pozwolę się upokorzyć, nie zaprotestuję, gdy będą mnie dotkliwie i wymyślnie ranić; słowami, gestami i czynami.

Wszystko w Jej imię, w imię Prawdy oraz w imię Miłości.

A na końcu wspólnie powędrujemy ku łąkom o świcie.

„Bo nie chodzi tu wcale o mnie. Ja jestem tylko tym, który cię niesie. I nie chodzi też o ciebie: ty jesteś tylko ścieżką prowadzącą ku łąkom o świcie. Nie chodzi o nas: jesteśmy razem przejściem ku Bogu, który na krótki czas obiera nasze pokolenie i posługuje się nim”.

***
Autorem cytatów jest Antoine de Saint-Exupery

Photo credit: Geoff Livingston via StoolsFair / CC BY-NC-SA

O autorze

Bartłomiej Witeszczak

Bartłomiej Witeszczak

Prawie dziewiętnastolatek. Autoironiczny wrażliwiec, ze sporym dystansem do siebie i własnej twórczości. Filozof z powołania (miłośnik Kierkegaarda), obserwator życia społecznego z zamiłowania. Świadomy katolik. Kocha wolność (i uważa ją za największą z wartości), góry, muzykę progresywną i swoją wspólnotę. Nie znosi ignorancji i pustosłowia. Wierzy w zapomniane wartości, dostrzega sens tam, gdzie inni go nie widzą, nieustannie szuka. I wędruje przez noc. Autor bloga Wędrując przez noc

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: