Świadectwa

Ciche błogosławieństwo banału

Długo się zbierałem, by napisać reportaż podsumowujący pielgrzymkę do Santiago de Compostela, którą odbyłem na przełomie sierpnia i września tego roku. Chciałem stworzyć długi, niesamowity, pełen głębokich refleksji tekst, wypełnić go szczególikami i anegdotami, precyzyjnie oddać klimat wędrówki i opisać nieprzebrane bogactwo Łaski spływającej na mnie w przeciągu tego miesiąca. I na początku szło mi całkiem nieźle. Miałem świetny pomysł, kilka pierwszych akapitów poszło jak z płatka i wydawało mi się, że bez problemu doprowadzę to do końca; że wyjdzie błyskotliwie, porywająco i efektownie, że to będzie reportaż, w którym wejdę na naprawdę wysoki poziom.

Jak wyszło? Najprościej mówiąc: nie wyszło kompletnie. Zaciąłem się po kolejnych kilkunastu akapitach, ostatni spisywałem prawie czterdzieści minut, a skończyło się tym, że skasowałem go w całości i zamknąłem laptopa. Kilka kolejnych dni biłem się z myślami, raz nawet siadłem ponownie do pisania, ale… Szybko uznałem, że to nie ma sensu. Spasowałem. Usiadłem na krześle, na spokojnie już, ze świadomością, że nic z tych moich ambitnych zamiarów nie wyjdzie i zadałem sobie kluczowe w tej całej sprawie pytania: Co ja tak naprawdę chciałbym opowiedzieć? Czy naprawdę przeżyłem coś tak nieprawdopodobnego, że muszę rozpisywać się nie wiadomo jak? O co tak naprawdę mi chodzi?

Zmierzyłem się z tymi pytaniami i właściwie już po chwili doskonale wiedziałem, czemu mój pierwotny zamiar z góry był skazany na porażkę. Chciałem wyolbrzymić doświadczenie w swojej istocie bardzo skromne i wcale nieroszczące sobie prawa do rozgłosu. Chciałem z patetycznym drżeniem, donośnym głosem opowiedzieć o ciszy łagodnego szmeru. Porwałem się na rzecz absolutnie bezsensowną; dopiero klęska ugrzęźnięcia w niemocy twórczej pozwoliła mi to sobie uświadomić.

Teraz, jeżeli miałbym komukolwiek odpowiedzieć na klasyczne pytanie pt. No to jak to było tak właściwie na tej pielgrzymce do Santiago? odrzekłbym, że było po prostu normalnie. Zwyczajnie. Czy może nawet wręcz – to chyba słowo kluczowe w przypadku tego sprawozdania –  banalnie. Oczywiście, wiele rzeczy zachwyciło mnie na przestrzeni tego miesiąca. Cudowne widoki, interesujące spotkania z innymi pielgrzymami, sam smak drogi, każdego dnia spędzanego w innym miejscu, w innym czasie, w innej rzeczywistości, odnajdywanie  Boga w ciszy kolejnych kroków, lekcje pokory, pełne wdzięczności znużenie. I mnóstwo innych, całe mnóstwo sytuacji, nieopisane bogactwo rozmaitych wydarzeń i doświadczeń. Wszystko to jednak samo w sobie nie miałoby większego sensu dla mnie, jeżeli nie zostałoby osadzone w konkretnym kontekście. W wypadku mojej pielgrzymki do Santiago de Compostela tym kontekstem okazała się banalność.

Banalność? – ktoś zapyta. To słowo bez wątpienia kojarzy się niezbyt pozytywnie. Sądzę jednak, że odzwierciedla ono najlepiej to, o co mi chodzi.
Bo przeżycia, myśli, refleksje, postanowienia, doświadczenia – wszystko to, co złożyło się na całokształt tej duchowej pielgrzymiej rzeczywistości – nie stanowiło dla mnie żadnej nowości. Nie przeżyłem oświecenia, nie wpadłem na genialny pomysł, dzięki któremu po powrocie zacznę żyć jak nigdy wcześniej. Nie przewartościowałem ani nie przenicowałem swojego patrzenia na świat. Krótko mówiąc: nie było fajerwerków; nie napotkałem przez te prawie czterdzieści dni niczego, czego bym wcześniej nie wiedział, z czego bym nie zdawał sobie sprawy.

Dlaczego więc określam ten „banał” mianem błogosławionego? Bo takiego ugruntowania, przypomnienia, namacalnego zetknięcia się z tymi wszystkimi prawdami wiary potrzebowałem. Bo one same choć ze swej natury niezmienne, to inaczej są przez nas są postrzegane z perspektywy wygodnej kanapy, a inaczej z perspektywy drogi. Najprostszy przykład: Golgota. Jak łatwo jest o niej zapomnieć pośród codziennych obowiązków, bezwiednej krzątaniny, terminów, zobowiązań i własnych problemów? W końcu jest tyle rzeczy na głowie. Wejście w tę mistyczną rzeczywistość często przekracza nasze siły. Natomiast pielgrzymując praktycznie cały czas do niej powracasz. Kiedy żar się leje z nieba, gdy mokniesz, gdy doskwiera ci nuda. W każdej chwili, na każdym kroku prawdy wiary przenikają ten świat drogi przez ciebie przemierzanej.

I nie ma w tym cuda-wianków. Idziesz, po prostu idziesz. I Bóg się Tobą opiekuje, posyła Ci porozumiewawcze spojrzenia poprzez kolejne wydarzenia, doświadcza i daje ukojenie. Uczysz się Mu ufać i idziesz. Jest banał, prosta pielgrzymia rzeczywistość. Coś przekąsić. Znaleźć mszę świętą w okolicy i uczestniczyć w niej. Zaplanować kolejny dzień. Wyspać się. iść dalej. Proste. Banał.

A gdy docierasz do celu, modlisz się żarliwie u grobu Apostoła lub siedzisz naprzeciw oceanu rozciągającego się po horyzont na końcu świata, już nie potrzebujesz niczego; Twoja dusza przebywa w Bogu spokojna, niczym dziecko śpiące potulnie w kołysce. Warto wędrować miesiąc dla krótkiej chwili takiego pełnego pokoju zanurzenia się w Bogu.

Warto wędrować dla cichego błogosławieństwa banału.

O autorze

Bartłomiej Witeszczak

Bartłomiej Witeszczak

Prawie dziewiętnastolatek. Autoironiczny wrażliwiec, ze sporym dystansem do siebie i własnej twórczości. Filozof z powołania (miłośnik Kierkegaarda), obserwator życia społecznego z zamiłowania. Świadomy katolik. Kocha wolność (i uważa ją za największą z wartości), góry, muzykę progresywną i swoją wspólnotę. Nie znosi ignorancji i pustosłowia. Wierzy w zapomniane wartości, dostrzega sens tam, gdzie inni go nie widzą, nieustannie szuka. I wędruje przez noc. Autor bloga Wędrując przez noc

1 Komentarz

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: