Wiara

Córka Króla, czyli opowieść o moim Ojcu

Obojętnie, jak wierzymy. Nie ma znaczenia, jak Go nazywamy. Jeśli poszukujemy – znajdziemy na pewno, damy się znaleźć, odkryć, poznawać. Jeśli szukamy prawdziwie, całym życiem.

Czy nie ma znaczenia? Dla Niego nie ma. Dla nas może mieć kluczowe znaczenie… Niezależnie od wyznawanej przez nas religii, niezależnie od przyjmowanego obrządku, to dla nas znaczenie ma relacja z Bogiem. Codzienne, żmudne, czasem trudne budowanie tej relacji. Przecież jeśli kogoś kochasz prawdziwie, do szaleństwa, to nie pozwolisz sobie na zerwanie kontaktu.  Choćby się waliło i paliło, choćby na waszej drodze stawały przeciwności nie do przejścia, nie odejdziesz. Cały czas będziesz mieć przed oczami, że przecież kochasz. Kochasz, a miłość musi się spełnić. Jeśli wchodzisz w relację z Bogiem, czerpiesz miłość, której nie da się opisać. Uczestniczysz w miłości pełnej, absolutnej. Jak zerwać taką przyjaźń? Nie da się. Nie zerwiesz. Będziesz drążyć coraz bardziej, szukać coraz głębiej, będziesz dawać i przyjmować. Nauczysz się tego, nawet jeśli dziś jeszcze nie umiesz. Nawet w najtrudniejszych momentach życia pozostanie ci świadomość, że nie jesteś i już nigdy nie będziesz sam.

Mój ziemski ojciec nie spłodził mnie, nie mam jego genów, nie odziedziczyłam po nim biologii. Po ogromnie ciężkich przeżyciach, po wojennych i powojennych ranach duszy i ciała, po trudnym doświadczeniu wdowieństwa i po stracie jedynego syna, pozostał sam. Resztę najbliższej rodziny pochłonęła albo druga wojna światowa (akcja Inteligencja) albo śmiertelne choroby. Pozostał sam, zawsze pokorny, zawsze cierpliwy, jak Hiob w obliczu swojej straty. Odmawiając Ojcze nasz, zawsze po słowach „bądź wola Twoja” dodawał od siebie: „którą zawsze przyjmę w pokorze” – i właśnie tak było. Każdy krzyż przyjmował z uśmiechem na ustach. Wszystko, co przeciętnego człowieka załamałoby totalnie, rozłożyło na łopatki, dla niego było kolejną sprawą do przyjęcia. I przyjmował: dobre i złe przyjmował zawsze tak samo pokornie. Obserwowałam w niemym zachwycie tę niezwykłą świętość dnia codziennego. Dziękowałam i nadal dziękuję Bogu, że ten wyjątkowy człowiek, kilkukrotnie osierocony, odarty ze wszystkiego, co było mu najbliższe, najdroższe, miał siłę i chęć obdarzyć mnie swoim uczuciem. Właśnie mnie! Spotkało mnie wyjątkowe wyróżnienie. Do końca życia powtarzał: zakochałem się w tobie. Tadeusz. Mój Tadeusz, podopieczny Judy Tadeusza, patrona najtrudniejszych spraw.

To właśnie dzięki niemu nauczyłam się sercem patrzeć na Krzyż i powtarzać: zakochałam się w Tobie. Nie wiem, czy znalazłabym drogę do Niebieskiego Ojca, nie dorastając w ramionach Ziemskiego Ojca. Mojego opiekuna, który wybrał mnie miłością. Dzięki niemu nie boję się Miłości. Jestem w końcu, jak każda z nas, córką Króla.

 

 

O autorze

Marta Cynkier

Marta Cynkier

Z wykształcenia politolog, z zamiłowania dziennikarka, z zawodu urzędniczka.
Grodziszczanka z urodzenia i wyboru. Kobieta wierząca, działaczka społeczna, ale przede wszystkim – córka w stanie spoczynku, wnuczka i siostrzenica.
Interesuje się zdrowiem publicznym, prawem spółdzielczym i pomocą społeczną. Przybrana córka nieżyjącego już weterana powstania warszawskiego. W wolnych chwilach czyta wszystko, co wpadnie jej w ręce. Lubi nutki i literki. Debiutowała w 2005 r. na Turnieju Jednego Wiersza „Srebrna Szyszka” w Międzyborowie.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: