Małżeństwo

Czy jest życie po ślubie (1)

Przyrzekliśmy sobie w obecności świadków, obsypano nas ryżem, wypuściliśmy gołębie, zatańczyliśmy pierwszy taniec. Teraz suknia i garnitur wiszą już w szafie, magiczny ślubny kurz i brokat opada. A w nas i naszym związku chyba nic się nie zmieniło… A może zmieniło się wszystko?

Baśń się kończy, książę zmienia się w żabę

Bajki i komedie romantyczne wpoiły nam, że ślub to koniec przygody. Do tej pory bohater i bohaterka musieli pokonywać przeszkody, upewniać się na różne sposoby o swoim uczuciu, zmierzyć się z ludźmi przeciwnymi ich związkowi. Teraz pozostało już tylko „długo i szczęśliwie”, a przecież jesteśmy dorośli i wiemy, że życie nie jest takie proste.

W dodatku małżeństwo kojarzy się z obowiązkami. I nie chodzi tu tylko o spłacanie kredytu na mieszkanie, wyprowadzanie psa, mycie okien przed Wielkanocą, ani nawet o cały szereg niedogodności, które się wiążą z posiadaniem dzieci. Istnieje przecież coś takiego jak obowiązek małżeński. A więc nawet sfera seksualna nie pozostaje nienaruszona; to co wcześniej mogło być jedną z największych zalet życia w parze staje się towarem reglamentowanym lub przysługą oddawaną z przymusu. W ten oto sposób życie traci barwy, pasję i romantyzm, zostaje tylko rutyna i dni podobne jeden do drugiego jak krople jesiennego deszczu.

Poza tym wiadomo przecież, że mąż to albo damski bokser, albo pantoflarz, albo całkowicie pochłania go praca. Natomiast żona w większości przypadków jest trzęsącą wszystkimi i wszystkim dookoła herod-babą lub zaniedbaną kurą domową bez pomysłu na siebie. Ewentualnie wiecznie się poświęcającą, cierpiącą w znaczącym milczeniu męczennicą.

Nikt nie chce stać się kimś takim. Nikt nie chce, żeby najbliższa mu osoba się taka stała.
Jak to możliwe, że ludzi i ich związek zmienia na gorsze taka krótka ceremonia, te parę słów w uroczystej oprawie?

Początek nowej przygody

To oczywiste, że ślub jest końcem pewnej przygody. Przygodę tę nazywamy zalotami. Zaloty mają ogromny urok; wiążą się z emocjonalnym hajem, niepewnością, która nadaje relacji specyficzną dynamikę. Czy naprawdę mu się podobam? Czy ona na pewno mnie chce? Raz jesteśmy przekonani, że już nigdy się nie rozstaniemy, a znów kiedy indziej płaczemy długo w noc szepcząc w poduszkę to już nie ma sensu… Dodajmy do tego bolesne rozstania i tęsknotę, gdy nie można stale przebywać z ukochanym człowiekiem, dodajmy nie zawsze przychylne rodziny i znajomych, dodajmy zakodowane gdzieś z tyłu głowy przekonanie, że trzeba się partnerowi prezentować z jak najlepszej strony – to wyjaśnia, dlaczego ten okres w życiu ma swój słodko-gorzki czar.

Ale zarazem łatwo pojąć, że nie da się w ten sposób funkcjonować na stałe – a przynajmniej że będzie to pochłaniało wiele, za wiele zasobów. Bo ileż można żyć na emocjonalnej huśtawce, ile można walczyć o swoją miłość. Przychodzi czas, gdy warto podjąć decyzję; jednak trzeba to robić z pełną świadomością jej konsekwencji.
„Że cię nie opuszczę aż do śmierci”. To mocne słowa, ale wciąż tylko słowa; jeśli nie idzie za nimi decyzja, że będę pracować nad sobą i walczyć o ten związek aż do końca, jeśli zabraknie konsekwencji w tej pracy i walce – nie na wiele się zdadzą.

Zaloty się kończą, bo kończy się niepewność. A co z przygodą? Stabilizacja umożliwia podjęcie wyzwań z zewnątrz. Do tej pory bardzo dużo energii poświęcaliśmy wewnętrznej dynamice związku; małżeńska rutyna jest zbawienna o tyle, o ile pozwala na wydatkowanie zasobów w inny sposób. Zarazem jako para jesteśmy silniejsi i bardziej kompetentni niż pojedynczo. Tak więc po ślubie rozpoczyna się druga przygoda: może być nią budowa domu, narodziny dzieci, tworzenie własnej firmy, a nawet podróż dookoła świata. W żadnej z tych rzeczy małżeństwo nas nie ogranicza – wręcz przeciwnie. Jak to leciało? Początkiem dla nas ten ślubny happy end…

Obowiązki? Oczywiście, że ich nie zabraknie; takie po prostu jest życie, nie tylko w małżeństwie. Jeśli ktoś tego nie rozumie, prawdopodobnie nie jest jeszcze gotowy na ślub. Jednak obowiązki nie muszą być nieznośnym ciężarem odbierającym radość życia. Oczywiście bywa, że jesteśmy nimi znudzeni, zmęczeni, wyczerpani, ale dopóki widzimy w nich sens, będą czymś więcej niż tylko udręką: mianowicie drogą do celu, którym może być szczęśliwa rodzina, ale także dom na Maderze (podobno panuje tam cudowny klimat).

Ludzie nie stają się kimś innym w ciągu jednej nocy

Bywa oczywiście tak, że człowiek dobrze się maskuje w okresie zalotów. Uprzejmy facet, nie zdarza mu się nadużyć alkoholu w obecności wybranki i zawsze traktuje ją z rewerencją. Albo taki co wszem i wobec ogłasza, że jego to się ludzie słuchają. Słodka i uległa dziewczyna, wydaje się, że w ogóle nie ma swojego zdania. Albo ta o niezwykłej kulturze i obyciu, zawsze świeży manicure, ułożone włosy i szpilki.

A po ślubie, gdy zamieszkają razem, okazuje się, że wydawałoby się dobrze wychowany pan upija się nader często, a potem tłucze swoją żonę, kozak nie potrafi niczego samodzielnie załatwić, miła panienka zmienia się w jędzę, a ta zadbana – w kopciuszka bez zainteresowań.

To bardzo smutne przypadki, ale na szczęście dość rzadkie – zwłaszcza w naszej epoce, w której ślub nie jest aż tak istotny dla społeczeństwa jak sto czy dwieście lat temu. Zwłaszcza mężczyznom nie opłaca się udawać tylko dla papierka, bo już nie jest on potrzebny, by zamieszkać z kobietą bez konsekwencji w postaci ostracyzmu. Więc jeśli udają, to raczej do chwili wspólnego zamieszkania (bo potem i tak wszystko zazwyczaj wychodzi na jaw).

Tak czy owak ludzie nie stają się kimś innym w ciągu jednej nocy. Jeśli mąż bije żonę po ślubie, przed ślubem pewnie nieraz ścisnął ją mocniej za ramię albo popchnął. Jeśli żona po ślubie przechodzi w tryb jędzowaty, zdarzyło się jej pewnie pokazać co potrafi i przedtem. Pewność siebie była zbyt głośno wyrażana by być prawdziwą, a zainteresowaniom zawsze brakowało głębi.

O autorze

Kinga Lubańska

Kinga Lubańska

Mam na imię Kinga. To zdrobnienie od germańskiego Kunegunda, które tłumaczone jest jako „walcząca o swój ród” lub „bojowniczka rodu”. Kocham swoje imię, nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego; cenię rodzinę jako konkretną grupę społeczną, którą współtworzę, ale także jako instytucję, i jestem gotowa bronić jej zawsze i wszędzie.

Jestem katoliczką i Polką, a także pielęgniarką i żoną lekarza, najlepszego mężczyzny na świecie. Chciałabym mieć dużo dzieci i uczyć je w domu. Na razie nie mam dzieci, więc pracuję, prowadzę dom, noszę sukienki, układam zdjęcia w rodzinnych albumach i piszę komentarze w internecie.
Prowadzę blog Bojowniczka .

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: