Edukacja

Czym jest edukacja domowa?

Skąd to pytanie?

Definicje są bardzo ważne: definiowanie umożliwia dyskusję. Na przykład takie pojęcie jak miłość: trudno ją zdefiniować, ale dopóki przynajmniej nie spróbujemy, będziemy się kłócić w nieskończoność, czy w ogóle istnieje i jak można ją wyrażać.

Podobnie z edukacją domową. Potrzebna jest definicja; i ta ogólna, i osobista. Definicja pozwala zrozumieć innym ludziom – czytelnikom, zwolennikom, oponentom, tym którzy doradzają i którzy szukają rady – jakie założenia przyjmujemy wypowiadając się na temat ED. To ułatwia, a czasem w ogóle umożliwia dyskusję.

ED w polskim prawie

W polskim prawie oświatowym edukacja domowa jest definiowana jako spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą. Widzimy tu więc dwie ważne składowe:

  1. Obowiązek szkolny – wszystkie dzieci w Polsce mu podlegają; z tego powodu „klasyczny” (jeśli tak to można nazwać) unschooling jest w Polsce niemożliwy. Na obowiązek ten składają się konkretne wymagania, a mianowicie realizacja podstawy programowej (ogłaszanej przez MEN), której opanowanie przez dziecko jest dorocznie kontrolowane za pomocą egzaminów. Egzaminy organizuje szkoła, publiczna bądź prywatna. Z tego wynika kolejne uwarunkowanie: dziecko w ED musi być zapisane do szkoły. Nieuzyskanie zaliczenia klasy wiąże się z automatycznym cofnięciem zgody na ED.

(Inaczej mówiąc: polskie dziecko musi opanować treści wyznaczone przez urzędników MEN, w szkole czy też poza nią, ale musi. No chyba że przekibluje w pierwszej klasie do osiemnastki. Jak się ma taki przymus do wolności myśli i słowa – to już temat na osobny wpis.)

  1. Spełnianie obowiązku poza szkołą. Oznacza to, że odpowiedzialność za realizację podstawy programowej przejmuje rodzic lub opiekun dziecka, który z kolei może wykonywać to zadanie sam albo zlecić je dziadkom, guwernantce, korepetytorom, szkole demokratycznej – lub nawet pozostawić samemu dziecku (ostatnie rozwiązanie nie należy w wyższych klasach do rzadkości). Inaczej mówiąc: ED nie oznacza, że rodzic musi zastąpić wszystkich nauczycieli – od anglisty począwszy, a na wuefiście skończywszy – jest wiele innych rozwiązań.

ED niejedno ma imię

ED może wyglądać naprawdę różnie, w zależności od celów, wartości i zasad przyjmowanych przez daną rodzinę. Natomiast wszystkie te wizje łączy wolność w doborze metod wychowawczych i dydaktycznych oraz treści, z którymi zapoznaje się dziecko (ta ostatnia ograniczana przez obowiązek realizacji podstawy programowej).

Można więc prowadzić ED w godzinach od-do, można też nie przywiązywać wagi do ram czasowych; można trzymać się podręczników albo ich unikać; można kierować się ideą unschoolingu lub ściśle kontrolować edukację dziecka; można blisko współpracować ze szkołą albo przyjeżdżać do niej tylko na egzaminy. I tak dalej. W pewnym sensie każdy sposób, który zapewnia realizację założonych celów, jest dobry.

Czym więc jest ED dla mnie?

Tak jak już pisałam, ED to dla mnie styl życia. Wyobrażam tu sobie rodzinę wielodzietną, której członkowie większość czasu spędzają razem: dzieci na ED, rodzice zatrudnieni blisko miejsca zamieszkania lub pracujący z domu. Dzieci włączają się w obowiązki domowe, pomagają przy opiece nad młodszym rodzeństwem, współpracują i bawią się ze sobą, interesują się pracą zarobkową rodziców. Rodzice biorą pełną odpowiedzialność za wychowanie i edukację dzieci, mogą jednak sięgać po pomoc rodziny, znajomych, korepetytorów, harcerstwa lub innych ludzi i instytucji. Do każdego z dzieci podchodzi się w sposób indywidualny, biorąc pod uwagę jego temperament, uzdolnienia i pasje; w miarę dojrzewania każde z nich staje się coraz bardziej decyzyjne we własnych sprawach. Samopoczucie każdego z członków rodziny jest ważne, a zdanie szanowane i brane pod uwagę.

Tak naprawdę bardziej tu chodzi o wychowanie niż o edukację, a ja chciałabym wychować swoje dziecko na człowieka:

  • zdrowego fizycznie i psychicznie (pomijając okoliczności na które nie ma się wpływu),
  • wykorzystującego swój intelektualny potencjał,
  • pożytecznego dla społeczeństwa,
  • samodzielnego (zarówno jeśli chodzi o wybór światopoglądu, jak i zaradność życiową, podejmowanie ważnych decyzji oraz utrzymywanie się),
  • ale przede wszystkim nawiązującego i podtrzymującego pełne szacunku i miłości relacje z samym sobą, innymi ludźmi i Bogiem.

ED to środowisko, które zapewnia dobry start

Dobre relacje są priorytetem, poza tym warunkują rozwój we wszystkich innych obszarach. Dlatego w „moim” ED chodzi o to, by dzieci dorastały w otoczeniu ludzi, którzy je kochają, szanują i wyznają te same wartości, o zapewnienie dobrych wzorców, o nasiąkanie atmosferą domu rodzinnego i niejako „ładowanie baterii” na czas dorosłości. A przy tym również o naukę samodzielności i obowiązkowości, co wbrew pozorom nie tylko nie stoi w sprzeczności z „pluszowością” środowiska rodzinnego, ale wręcz wpisuje się idealnie w jego funkcjonowanie, zwłaszcza tam, gdzie dzieci jest dużo.

Może to dla kogoś paradoksalne, ale postawienie na pierwszym miejscu relacji z dzieckiem i staranie się o zaspokojenie jego potrzeb często skutkuje lepszym wykształceniem. Ale to też jest temat na osobny wpis.

Czy takie ED jest dla każdej rodziny? Moim zdaniem by zdecydować się na ten lub podobny styl życia trzeba spełnić trzy warunki: cała rodzina musi go chcieć i godzić się na związane z nim ograniczenia, a rodzice muszą być gotowi na spędzanie większości czasu z dziećmi i zdolni do zapewnienia im dobrej atmosfery i wzorców. Wykształcenie rodziców i sytuacja finansowa mają tu dużo mniejsze znaczenie.

Nie zapominajmy jednak, że moja wizja nie jest jedynym sposobem na ED. (Choć nie jest też oderwana od rzeczywistości – znam rodziny, które prowadzą ED w bardzo podobnym stylu do opisanego przeze mnie, z powodzeniem i fantastycznymi efektami.) Ale tak naprawdę każdy musi zadać sobie pytanie, dlaczego chce homeschoolingu i jak ma go zamiar realizować. Nie ma i nie może być uniwersalnej recepty – ponieważ każda rodzina jest jedyna w swoim rodzaju; a także dlatego, że ED zakłada wolność i związaną z nią odpowiedzialność.

O autorze

Kinga Lubańska

Kinga Lubańska

Mam na imię Kinga. To zdrobnienie od germańskiego Kunegunda, które tłumaczone jest jako „walcząca o swój ród” lub „bojowniczka rodu”. Kocham swoje imię, nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego; cenię rodzinę jako konkretną grupę społeczną, którą współtworzę, ale także jako instytucję, i jestem gotowa bronić jej zawsze i wszędzie.

Jestem katoliczką i Polką, a także pielęgniarką i żoną lekarza, najlepszego mężczyzny na świecie. Chciałabym mieć dużo dzieci i uczyć je w domu. Na razie nie mam dzieci, więc pracuję, prowadzę dom, noszę sukienki, układam zdjęcia w rodzinnych albumach i piszę komentarze w internecie.
Prowadzę blog Bojowniczka .

4 komentarze

  • Z całym szacunkiem, ale lepiej by było, gdyby na temat edukowania i wychowywania dzieci wypowiadała się jednak osoba, która te dzieci ma.

    • Z całym szacunkiem, ale proszę przeczytać początek. Wyraźnie pisze, że artykuł napisany jest przez absolwentke ED, co samo przez się mówi jasno, że Pani ma świadomość tego, co pisze. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: