Pro-life

Duszy krzyk

Rozmawiałam niedawno z kobietą, która na wstępie powiedziała mi z przekąsem „Podziwiam odwagę chodzących na marsze pro-life”. W drugim zdaniu stwierdziła, że na takie marsze chadzają starsi mężczyźni, którzy śmieją wypowiadać się na temat prawa do życia. Po tym zdaniu domyśliłam się, które kanały telewizyjne ogląda moja rozmówczyni, bo pewnie gdyby przełączyła telewizor na inny, to zobaczyłaby idące w marszu rodziny mało i wielodzietne, młodych ludzi, dzieci zdrowe i dzieci niepełnosprawne. Byliby tam i starsi panowie wraz ze starszymi paniami, którzy jednak większości na marszach nie stanowią, co nie znaczy, że nie mają prawa za życiem optować, tym bardziej kiedy obok aborcji proponowanej ich nienarodzonym niepełnosprawnym wnukom im samym proponuje się eutanazję. W obu przypadkach oczywiście tylko i wyłącznie z pobudek humanitarnych – aby ukrócić cierpienie. Przełączając kanał TV lub będąc na ulicy moja rozmówczyni zobaczyłaby to, co ja widzę, kiedy w takim marszu idę.

Wraz z koleżanką wdałyśmy się z panią w dłuższą rozmowę. Zaciekawiła nas jej postawa i to tym bardziej, że spotkałyśmy się w kościele po Mszy świętej, w której wszystkie trzy uczestniczyłyśmy. Okazało się, że kilka lat temu na świat przyszło najmłodsze dziecko kobiety obciążone zespołem Downa. I zupełnie inaczej niż przedstawia to spot przygotowany na Światowy Dzień Zespołu Downa nie wystarcza, że może się tulić, mówić że kocha, czytać i pisać, chodzić do szkoły, przyjaźnić się i być szczęśliwe. Wbrew temu co zapewnia spot to nie uczyniło jego mamy szczęśliwą. Raczej bardzo zawiedzioną miernymi perspektywami dziecka i bardzo nieszczęśliwą, że w ich dobrze wykształconej i ambitnej rodzinie pojawił się ktoś taki. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?! – usłyszałam krzyk jej duszy. Dlaczego stało się tak, że takie nieszczęście dotknęło właśnie ich rodzinę? Dlaczego rodzic dziecka niepełnosprawnego musi przejść drogę przez mękę, żeby czegokolwiek się dowiedzieć i cokolwiek dla swojego dziecka uprosić? Dlaczego tylko organizacje zrzeszające rodziców z podobnymi problemami wykazują zrozumienie, a wszędzie obija się o mur obojętności i nieczułości, nawet u księdza? Dlaczego Bóg jej to zrobił?!

Skończyłam właśnie czytać najnowszą książkę Doroty Łosiewicz „Życie jest cudem”, która jest wielką apoteozą życia i to każdego życia, również takiego, jakie dzisiejszy świat odrzuca, jakie by najchętniej „humanitarnie” zakończył – dzieci terminalnie chorych i z wadami genetycznymi oraz starych schorowanych osób. Wśród spisanych przez Dorotę historii niejedna dotyczy dziecka z zespołem Downa. Nikt – czy wierzy w Boga, czy nie wierzy – nie skacze pod sufit z radości, kiedy dowiaduje się o chorobie córki czy syna, którego narodzin oczekuje. Co jednak sprawia, że w przeciwieństwie do mojej rozmówczyni, przedstawieni w książce ludzie – zarówno kobiety jak i mężczyźni – pokonali drogę od lęku, zawodu, głębokiego smutku do szczęścia i dumy? Co pozwoliło im zaakceptować dziecko, mimo niezrozumienia otoczenia i często mało wspierającej postawy lekarzy oraz wszelkich trudności, z jakimi muszą się zmagać rodzice niepełnosprawnych dzieci? W odpowiedzi pozwolę sobie zacytować jednego z bohaterów książki: „Ona będzie taka na jaką ją wychowamy. (…) Może i ma zespół Downa. Ale nam się nie urodził zespół Downa, tylko urodziło się dziecko. Moja córka. To, jaka będzie Zosia, zależy nie tylko od niej, ale i od nas. Jeśli założymy, że będzie gorsza czy głupsza od innych, to tak będzie. Jeśli będziemy ją z całych sił kochać i wychowywać jak inne dzieci, to na pewno część jej ułomności wynikających z genetyki uda się wyeliminować. Każde dziecko potrzebuje być po prostu, w miarę możliwości, normalnie traktowane i otaczane miłością. A te dzieci są wyjątkowo otwarte i uczuciowe.” Po prostu Mikołajowi i Katarzynie (dodam w nawiasie, że dobrze wykształconym mieszkańcom Warszawy) urodziła się córka, a nie zespół Downa, kolejne w rodzinie dziecko, a nie dopust Boży, a oni uznali, że mają wpływ na jakość jej życia i że mogą sobie coś wzajemnie ofiarować.

Czasami w życiu nasze wspaniałe, wznoszone latami budowle przez jedno wydarzenie popadają w ruinę. Czy to Pan Bóg je kruszy dopuszczając coś zdawałoby się niedopuszczalnego, czy też są tak podatne na upadek, bo sami ludzie nie zapewnili im odpowiednich fundamentów? Czytałam kiedyś, że badania wykazują, iż ludzie, którzy potrafią stawić czoła przeciwnościom i są gotowi zmodyfikować swój plan na życie, uznają się za szczęśliwych i to pomimo wielkich przeciwności, z jakim przyszło im się zmierzyć. Rzeczywistość niejednokrotnie weryfikuje nasze zamiary i okraja marzenia, a jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydaje się zaadoptować do nowej sytuacji i pójść dalej. Jest to nie lada wyczynem i dla niewierzących i dla wierzących, ale dodaje sił i rodzi poczucie spełnienia. Mam nadzieję, że książka Doroty Łosiewicz trafi kiedyś do rąk mojej rozmówczyni i wraz ze wsparciem jakie powinna otrzymać w swoim Kościele, pozwoli jej odwrócić wzrok od lansowanych obecnie wzorców, które mając ułatwić życie, nie dają prawdziwych odpowiedzi i czynią człowieka tym bardziej nieszczęśliwym. Mam nadzieję, że dane jej będzie dostrzec w pojawieniu się najmłodszego synka szansy na doświadczenie wielkiej miłości i szczęścia jakie może dać dziecko z zespołem Downa, o czym często świadczą rodzice takich dzieci.

Dorota Łosiewicz, Życie jest cudem, Kraków 2017

Foto: Kadr z filmu Dear Future Mom

O autorze

Marta Dzbeńska-Karpińska

Marta Dzbeńska-Karpińska

Z wykształcenia politolog i manager, z wyboru fotograf i dziennikarz. Autorka książki i wystawy „Matki: mężne czy szalone?” Współpracuje z miesięcznikiem „Tak rodzinie”. Żona i mama trójki dzieci. Fanka czarno-białej fotografii analogowej. Bardzo lubi ludzi, spacery i muzykę, a niekiedy także gotowanie.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: