Społeczeństwo

Dziękuję, Małgorzato!

Spotkania z ludźmi… bywają różne.
Ludzie też bywają różni. Normalka, jak to się mówi.
Czasem jednak zdarza się coś, co – wyglądając na normę – absolutnie od niej odbiega i sprawia, że z oczu spadają klapki. Wiecie, jaki świat potrafi być piękny?

Spotkała Małgorzatę przypadkiem.

S. nie wierzyła w przypadki, ale naprawdę nikt niczego nie planował. Nikt – z wyjątkiem Tego, Który Wie Wszystko. S. miała taką swoją, niewinną, małą manierę stwarzania imion. Nazywała za pomocą kilku wyrazów, pisanych z wielkiej litery. Było wiadomo, o co chodzi. Taka jej nieszkodliwa przypadłość. Nazwane stwarzało pozory, że jest oswojone. A S. lubiła mieć wszystko pod kontrolą, na wszystko mieć oko i zawsze być w gotowości. „Niezniszczalna” – mówili ludzie. „Twarda babka” – nazywali ją bliscy. Nie słuchała nikogo. Robiła to, co uważała za słuszne i co trzeba było zrobić. Ale po jej rodzinnym miasteczku krążyła plotka, że robi strasznie dużo szumu, a pożytku z niej nie ma żadnego. Nie miało dla niej znaczenia, że ten szum robiło kilka osób, które same zajmowały się tylko sobą. Nie miało znaczenia – do czasu. Któregoś dnia – S. poddała się. Zaczęła żyć z dnia na dzień. Byle jak. Byle jak jadła. Byle jak spała. Zaczęła chorować. Straciła pracę.
Załamanie przyszło właściwie nagle, choć można się było tego spodziewać. Przestała wychodzić z domu i uśmiechać się do ludzi. Przestała robić cokolwiek dla siebie, uciekając w tysiące zajęć bez większego sensu. Niby coś jeszcze w niej się tliło, ale to był bardziej dogasający płomyk niż światełko nadziei.
I wtedy spotkała Małgorzatę. Kobieta jak wszystkie inne, a już na pewno – jak setki innych. Pozornie podobna, bo zadbana, uprzejma, ze starannym makijażem i szczerym uśmiechem. Ale S. myślała raczej o tym,  czy uśmiech Małgorzaty na pewno może być szczery? Czy to możliwe, żeby spełniać swoje marzenia?
Bo Małgorzata cały czas mówiła, że trzeba dużo chcieć od życia i trzeba brać je w swoje ręce. S. tego nie umiała. Jej życie było nijakie, miałkie i nikomu niepotrzebne. Tak o nim myślała. Nie umiała się cieszyć z niczego, a każde dobre słowo kierowane w jej stronę odbierała jako kpinę i atak. Chowała się wtedy do swojej skorupy i udawała, że nie istnieje. Każdy przychylny gest traktowała jak zamach na jej wolność, poza tym uważała, że jak ktoś mówi coś dobrego do niej, to na pewno nie robi tego bezinteresownie.

Małgorzata była tego zaprzeczeniem.

Mówiła dużo dobrych słów i ani nie oczekiwała podziękowań, ani o nic nie prosiła. Czasem poprosiła o kawę albo wodę. Ale to było wszystko.
S. nie rozumiała, jak to możliwe. I któregoś dnia poprosiła o chwilę rozmowy.
Była na siebie zła, ale nic na to już nie mogła poradzić. Podeszła do Małgorzaty i, nie patrząc jej w oczy, poprosiła. Była zdumiona, że nie usłyszała odmowy.
Kiedy zostały same w dużej, surowej sali galerii, nie wiedziała, co powiedzieć. Bała się kolejnego odrzucenia, ale za wszelką cenę grała zimną, twardą i niewrażliwą. Okładała się w myślach pięściami za tamtą chwilę słabości. „Po co mi to było, przecież ja nie mam nic do powiedzenia” – tłukło się w jej głowie.
Z tamtej rozmowy nie pamięta właściwie nic. Tylko uśmiech Małgorzaty, jej duże, ciepłe oczy, uważne spojrzenie i dotyk dłoni, którą nagle poczuła na swojej ręce. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie miała wtedy ochoty, aby uniknąć dotyku i schować rękę do kieszeni. A potem Małgorzata ją przytuliła. I to był koniec tej twardej, zimnej i niewrażliwej S. Kłopot polegał na tym, że nie było w zamian niczego innego. Znikła ona – i pozostała pustka.

Droga do domu okazała się za krótka, żeby ukryć łzy, które uparcie nie chciały przestać płynąć po jej twarzy. W domu tylko tapczan i poduszka, zamknięte drzwi od pokoju i zaciśnięte powieki, udające głęboki sen. Chciała być sama. Nie widzieć nikogo. Z nikim nie rozmawiać.

Ciąg wydarzeń, pozornie przypadkowych, a nie mogła przestać o tym myśleć. Jakieś spotkanie, jakaś rozmowa, jakieś słowa, spojrzenia, gesty. Nie rozumiała. Nie umiała tego przyjąć, bo była przyzwyczajona, że zawsze, wszędzie – wiedziała o wszystkim i wszystko mieściło się jej w głowie. Buntowała się, bo tym razem wszystko było inne i nieznane, więc – musiało być nieprzyjazne.

Nie umiała odnaleźć się w tej zupełnie nowej dla niej sytuacji. Jak mała łódka na środku oceanu. Wprawdzie bardzo spokojnego i pod rozpogodzonym niebem, ale przecież mógł przyjść sztorm, mogła zapaść noc, mogły pojawić się rekiny.
Jeszcze wtedy S. nie rozumiała, że największym jej wrogiem są jej własne uprzedzenia, jej kompleksy, jej brak wiary w siebie.
Na drodze jej życia pojawiła się Małgorzata i wszystko stanęło na głowie. Nie od razu. Ale nic nie było takie samo i nic nie oznaczało tego samego.

Tamtego wieczoru, pierwszy raz od wielu miesięcy, klęknęła do pacierza. Nie odmawiała żadnych wyuczonych formułek, modlitw, aktów. Klęczała przed małym, drewnianym krzyżykiem, a po jej twarzy długo płynęły łzy. Nie miała ochoty wstawać z kolan. Było jej tak dobrze.

Spotkań z Małgorzatą było jeszcze kilka. Po każdym z nich S. ze zdumieniem odnajdowała w sobie maleńkie ziarenka nadziei, okruszki światła, nasionka prawdy. Niezgrabnie brała je w ręce i próbowała uczyć się z nimi żyć i je przyjmować. Bardzo długo uczyła się  budzić w swoim sercu wdzięczność i nie napełniać go lękiem i niepokojem. Jeszcze nieświadomie przywoływała demony przeszłości, jeszcze była trochę nieufna, jeszcze nie umiała patrzeć i iść przed siebie. Dreptała w miejscu nie rozumiejąc za dużo, ale zawsze potem zjawiała się Małgorzata i S. próbowała jeszcze raz i od nowa ufać, nie podawać się, być dla siebie łagodnym i dawać sobie prawo do słabości.

Jak jest teraz? Chyba normalnie. Ale to „normalnie” jest zupełnie inne niż tamto „normalnie”, zanim spotkała Małgorzatę. Z każdym dniem jest piękniej, jaśniej, radośniej.

Bo…
 spotkania z ludźmi… bywają różne.
Ludzie też bywają różni. Normalka, jak to się mówi.
Czasem jednak zdarza się coś, co – wyglądając na normę – absolutnie od niej odbiega i sprawia, że z oczu spadają klapki. Wiecie, jaki świat potrafi być piękny?

 

fot. Marcin Piotr Oleksa

O autorze

Dorota Szczepańska

Dorota Szczepańska

Z wykształcenia i zamiłowania polonistka i pedagog, z pasją teatralną. Pracuje z dziećmi i młodzieżą, ale bardzo lubi też pracować dla niepełnosprawnych. W wolnych chwilach zajmuje się quillingiem i decoupage`em. Robi różańce z nasion łzawicy i kłokoczki. Bardzo dużo czyta. Coraz więcej pisze. Wolontariusz i pracownik biblioteczny.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: