Edukacja

Homeschooling czy edukacja domowa – pół żartem, pół serio…

Okiem polonisty – tradycjonalisty

Z punktu widzenia polonisty oczywistym jest, że homeschooling jest nie do przyjęcia, tym bardziej, że mamy polską nazwę tego zjawiska, jaką jest edukacja domowa. Już widzę oburzenie niektórych czytelników, że znowu autorka czepia się słów. Ano czepia się, bo jest świadoma, że słowa tworzą rzeczywistość… i trzeba o nie walczyć. A ponadto poloniści szczególnie są wrażliwi na słowa, choć nie tylko oni, więc warto nad słowami czasami się pochylić.

Rodzic – nauczyciel języka polskiego

Rodzice edukujący domowo są dla swoich dzieci również nauczycielami, także języka polskiego. Dlatego powinni szczególną uwagę zwracać na język, jakim posługują się oni i ich dzieci. I nie chodzi tylko o wulgaryzmy, czy poprawność stylistyczno-składniową, ale również o czystość języka i umiejętność posługiwania się nim bez zbędnych zapożyczeń.

Bez szacunku dla języka ojczystego, trudno będzie budować szacunek dla kraju, jego tradycji i jego historii. Musimy dbać o nasz język polski, bo któż będzie o niego zabiegał, jak nie my, Polacy? Unia Europejska za nas tego na pewno nie zrobi.

Dlaczego nie homeschooling?

Po pierwsze dlatego, że jest to wyraz zapożyczony z języka obcego, który posiada polski odpowiednik, a więc stosowanie go nie ma uzasadnienia. Po drugie dlatego, że nawiązuje on do sztucznej organizacji zwanej szkołą. Pobawmy się w dosłowne tłumaczenie wyrazu homeschooling…

Homeschool, czyli domowe stado

O ile wyraz home (dom, ognisko domowe) nie budzi sprzeciwu, gdyż jego tłumaczenie jest proste i nie jest wieloznaczne, o tyle schooling jest już bardziej problematyczne. Schooling znaczy szkolenie, wyszkolenie, przeszkolenie. Zatem homeschooling moglibyśmy dosłownie przetłumaczyć, jako domowe szkolenie, wyszkolenie lub przeszkolenie. Czy tego właśnie chcą rodzice decydujący się na uczenie własnych dzieci? Oczywiście, że nie!

Samo school również nie jest jednoznaczne. Słowo to oznacza szkołę, uczelnię, ale również stado i ławicę ryb. Nie trzeba być wybitnym zoologiem, by wiedzieć, czym charakteryzuje się stado i ławica . Z pewnością rodzice nie chcieliby, aby ich dziecko zachowywało się jak jedna z wielu ryb w ławicy.

Dosłowne tłumaczenie a rzeczywistość

Słowa tworzą rzeczywistość… Czy przyglądając się dzisiejszej szkole (ang. school) nie mamy wrażenia, że podobna ona jest czasami do stada lub ławicy ryb? Wystarczy przyjść do jakiejkolwiek szkoły tuż przed dzwonkiem na przerwę. Najpierw ogarnia nas przeogromna cisza i nagle… Dzwonek! Drzwi otwierają się i stado wybiega na korytarz. Młodsze dzieci, niczym sardynki bezpieczne w swej ławicy, trzymają się razem, by uniknąć potrąceń i kuksańców ze strony uczniów ze starszych klas.

Czy rzeczywiście potrzebujemy takich wyrazów jak homeschooling? Wybierajmy polskie terminy do określania otaczającej nas polskiej rzeczywistości. No, chyba, że dobrze nam w ławicy nowomowy i nie zależy nam na tym, jakim językiem będą posługiwać się nasze dzieci.

Photo credit: Simon Shek / Foter / CC BY

O autorze

Magdalena Waleszczyńska

Magdalena Waleszczyńska

nauczycielka języka polskiego i etyki, pedagog specjalny, propagatorka i realizatorka edukacji domowej, współpracuje z miesięcznikiem "Moja Rodzina", prowadzi stronę www.waleszczynska.pl, właścicielka sklepu Aptekanatury24.pl. Prywatnie szczęśliwa żona i mama trójki dzieci.

8 komentarzy

  • Jak łatwo zauważyć, ja należę do frakcji tych, co zanieczyszczają język, ale szczerze mówiąc robię to z pełną świadomością. Język jest konstrukcją żywą, nieuchwytną, a jego używanie ma też przynosić radość. Posługuję się polszczyzną – śmiem twierdzić – swobodnie, i częścią tej swobody jest używanie zapożyczeń, wtrącanie neologizmów, wyrazów obcojęzycznych (niekoniecznie tylko angielskich), parafrazy i luźne skojarzenia.
    Co z tego, że można powiedzieć „w internecie nic nie ginie”, albo „użytkownicy globalnej sieci wszystko zapamiętają”, skoro sto razy zgrabniej brzmi fraza „screenshots manent”?
    Określenia „homeschooling” używam zamiennie z „edukacja domowa” i szczerze mówiąc wolę to pierwsze, ponieważ „edukacja domowa” brzmi nieznośnie pompatycznie. Tak naprawdę nie ma w języku polskim trafnego i „swobodnego” słowa na to zjawisko, my najczęściej mówimy po prostu „uczymy się w domu”. Co też nie do końca jest trafne, bo uczymy sie również poza domem.

    Ale jakoś chyba nie jest to największe z moich zmartwień – czy dzieci zasmiecą swój wokabularzyk złym słowem „homeschooling”.

  • Profesor Bańko powiedział kiedyś zapytany o zapożyczenia z języków obcych, ze mamy ustawę o ochronie języka polskiego i wynikałoby
    stąd, że języka polskiego trzeba dziś bronić, tak samo jak w okresie
    zaborów. Przed kim jednak Polacy mają go bronić? Przed samymi sobą? Pyta profesor.

    Zgadzam się z profesorem, zgadzam się z autorką.

    Nie zgadzam się z pełną stanowczością z Marceliną, która, o zgrozo (!) stwierdza, że zanieczyszcza język ze świadomością. O czym to ma świadczyć? O „inteligencji”? Raczej nie. Tu bardziej pasowałoby słowo „ignorancja”.

    Polecam jeszcze raz (zakładam, że jest znany dramat, choć może jestem zbyt dużym optymistą) przestudiować „Wesele” Wyspiańskiego i zastanowić się, czy nie bierzemy udziału w chocholim tańcu…

    • Panie Grzegorzu, z całym szacunkiem, ale to jest wyjeżdżanie z armatą na wróbla – zarówno artykuł, jak i Pańskie jeremiady w komentarzu. Pan Zagłoba też zanieczyszczał język. Dziad prymitywny i ignorant, co mawiał „…nie masz takowych terminów, z których by się viribus unitis i przy Boskich auxiliach podnieść nie można”. Owszem, o urodę języka należy dbać. Owszem, dzieciom należy zaszczepiać umiłowanie polszczyzny, ale największy urok naszego języka leży w jego giętkości. Nie należałam i należeć nie będę do nadgorliwców, którzy szlafrok nazwą podomką, a krawat zwisem męskim.
      Tak swoją drogą, czy naprawdę sądzi Pan, iż człowiek, który dopuszcza użycie obcojęzycznego słowa na określenie jakiegoś zjawiska automatycznie jest ignorantem, który „Wesela” nie czytał? Jak widać – purysta językowy niekoniecznie jest dżentelmenem. I niekoniecznie wie, że Wyspiański zbierał straszne cięgi za wtrącanie zwrotów gwarowych i – tak tak – paskudzenie języka.

      • „Wyspiański zbierał straszne cięgi za wtrącanie zwrotów
        gwarowych” – gwara jest odmianą języka polskiego i o gwarę tak samo trzeba dbać,
        by nie zaginęła. I puryści gwary nie nazwaliby chwastem językowym.

        „Zagłoba też
        zanieczyszczał język” – a to już nie wiem z jakiej interpretacji Pani
        wytrzasnęła! Zagłoba w żartach
        stosuje rubaszne zwroty sarmackie i potoczne sformułowania łacińskie, ale
        łacina, starożytna Grecja, Rzym i Biblia są fundamentem kultury europejskiej (i
        od tego chciano się odciąć wymyślając zwroty nowomowy typu zwis męski, podgardle
        dziecięce). Amerykanizmy nie są „korzeniami” naszej kultury. Myli Pani zupełnie
        pojęcia i świadczy to naprawdę o Pani niewiedzy.

        Porównuje się Pani swój język do języka Zagłoby? Ma Pani wysoką samoocenę.

        Czytam Pani komentarze i dostrzegam, że dotknął Panią ten
        tekst. I słusznie. Warto się nad nim zastanowić i nad swoim podejściem do
        języka polskiego.

        • Panie Grzegorzu, ponieważ usilnie próbuje mnie Pan obrazić, to chyba daruję sobie dyskusję. Gdyby zechciał Pan przestać się przez chwilę nadymać, to moglibyśmy rozmawiać o zapożyczeniach, o makaronizmach, o obcym pochodzeniu wielu polskich wyrazów i o żywej strukturze języka. Ale jeśli woli się Pan przezywać i zarzucać rozmówcy na przemian ignorancję i zadufanie, to odpuśćmy.
          I co z tego, że Pańskie słowa będą wzorowe pod względem stylistycznym, jeśli sprawią komuś przykrość?
          Co do Zagłoby – a właściwie Paska, gdyż jak świetnie Pan wie, Sienkiewicz zapożyczał z niego całe zdania – w Pańskim rozumieniu zanieczyszczał on język polski, używając obcych zwrotów, których odpowiedniki istnieją w języku polskim, a do tego odmieniał je według zasad polskiej gramatyki.
          A cała awantura poszła o to, że nie uważam używania słowa „homeschooling” za zbrodnię na polszczyźnie. Byl czas, że zapożyczaliśmy z łaciny, potem z francuskiego, gwara śląska czy poznańska jest pełna „śmieci” niemieckich, teraz przyszła moda na angielski. Chciał nie chciał, to jest lingua latina współczesności. Nie jestem entuzjastką korpomowy w jej radykalnej odsłonie (kołczować, mam dedlajn na wtorek itd.), ale schamienie i zubożenie języka ma mnóstwo przyczyn, nie tylko anglikanizmy.
          A tekst mnie dotknął, ponieważ nie lubię, kiedy się mi imputuje rzeczy nieprawdziwe, a zupełnie nie mam poczucia, że nazywając nasze dzieci „homeschoolersami” każę im oto płynąć ławicą przez ściek współczesnej mowy. No litości.

          • Coś łatwo Panią dotknąć Pani Marcelino. Uważa Pani, że tekst Panią obraża, ja z Panią się chcę skłócić. Świat nie kręci się wokół nas, chciałoby się rzec.

            A jeśli już Pani wspomniała o ławicy, to zwrócę Pani uwagę, że nie sama Pani napisała, że „edukacja domowa” nie jest trafnym określeniem na to, co Pani uprawia, a homeschooling Pani używa. Czy nie powinna ta nazwa Pani tez nie odpowiadać? Może powinna Pani bardziej być do niej krytyczna, niż do edukacji domowej (tu przynajmniej nie ma mowy o stadzie, czy ławicy ryb).

            Poza tym zwrócę Pani jeszcze jedną uwagę, tym razem nie językową a dotyczącą rozumienia tekstu. Czy nie zwróciła Pani uwagi, że tytuł brzmi „…pół żartem, pół serio”? Czy nie uważa Pani, że artykuł jest żartobliwym sposobem sugerowania poważnego problemu?

          • Jest taka śląska inwokacja: „Pónbóczku Świynty, trzimej mi to pyszczysko”. I chyba na tym poprzestanę.

          • Pani Marcelino, widzę, że jak prawdziwa kobieta, miesza Pani argumentację emocjonalną z merytoryczną. To typowo kobiece, więc proszę się nie przejmować i nie brać moich słów, jako atak na siebie. Pozdrawiam i życzę wielu przyjemności w zgłębianiu meandrów współczesnej polszczyzny i dbaniu o polskie gwary. Oby nie zanikły zupełnie.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: