Świadectwa

Jabłko dla Króla

Jako dziecko pilnie (tak, to był chyba rodzaj uczniowskiej pilności) chodziłam na majowe i różaniec. Starałam się nawet wyklęczeć całe nabożeństwo, żeby udowodnić sobie, a jeszcze bardziej koleżankom z podwórka czy z klasy, jaka jestem pobożna. Tyle że z takiego pilnego wyklękiwania to raczej ból kolan i kręgosłupa się brał, niż rzeczywista pobożność rosła. Potem w szkole średniej byłam nawet trzy razy na pieszej pielgrzymce do Częstochowy, ale o moim udziale w niej decydowały w gruncie rzeczy względy towarzyskie – tak spędzałam w wakacje czas z przyjaciółmi. Poza tym podobały mi się niektóre pieśni czy młodzieżowe piosenki maryjne. A jak czasem w środy zostawałam po mszy na nowennie do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, to lubiłam modlitwę na początek, ale potem miałam cichą nadzieję, że ksiądz zdecyduje się na „wersję skróconą” – i nie będzie czytał tych wszystkich wezwań. I tak w dorosłe życie weszłam niespecjalnie maryjna.

Ale kiedy miałam 20 lat, zostałam zaproszona, żeby 8 grudnia – w uroczystość Niepokalanego Poczęcia – oddać się Matce Bożej. Akt oddania miało poprzedzić dłuższe (chyba około trzymiesięczne) przygotowanie: czas poznawania Maryi i – nawet jeśli to dość „sztywne” słowa na określenie tego czegoś czułego, na co miałam nadzieję – budowania relacji z Nią. Byłam pełna dobrej woli, ale i pełna obaw. Bardzo chciałam dojrzeć do aktu oddania się Matce Bożej, ale też bałam się, że to się nie uda albo że – choć wiedziałam, że nic nie muszę – będę chciała zrobić to trochę na siłę. Ów czas przygotowania okazał się jednak niezwykły. Nie tylko poznawałam Maryję, to znaczy dowiadywałam się, co o Niej mówi teologia. Ale także – przede wszystkim! – czułam, że staje mi się Ona coraz bliższa. Trudno to opisać. Bo bliskość w relacji rodzi się jakoś tak nieuchwytnie. Poprzez proste słowa, drobne gesty, chwilowe olśnienia.

Ważną częścią przygotowania do aktu oddania było samodzielne jego napisanie. Żeby to, co powiem Maryi, było naprawdę moje własne. I im bliżej był 8 grudnia, tym bardziej treść mojego aktu dojrzewała, układała mi się w głowie i sercu. Aż ją spisałam. A potem 8 grudnia 1997 roku – dokładnie 20 lat temu – oddałam się Matce Bożej Miłosierdzia. Ten Jej wizerunek jest mi szczególnie bliski. Maryja z pochyloną głową, jakby zasłuchana czy nieśmiało zapraszająca, subtelna, w długim rozłożystym płaszczu, który delikatnie rozchyla rękoma. Czasem wyobrażam sobie, jak się chowam pod tym płaszczem, jak wrzucam tam wszystkie moje sprawy. Bo mam pewność, że i ja, i te wszystkie moje sprawy się tam zmieścimy. A Maryja mnie otula – i jest mi dobrze, i wiem, że nic nie może mi się stać. Że jestem strzeżona i taka… „zaopiekowana”. Od 20 lat co roku 8 grudnia odnawiam mój akt oddania. Wciąż w tych samych, dawno temu napisanych słowach.

Jak akt oddania się Matce Bożej wpłynął na moje życie? Tydzień później znalazłam się w szpitalu. Wkrótce stwierdzono, że jestem poważnie i nieuleczalnie chora. Moje życiowe plany legły w gruzach – i wszystko musiałam zacząć od początku. Brzmi dość dramatycznie i… spektakularnie, prawda? Czy myślę, że by do tego nie doszło, gdybym nie oddała się Maryi? Nie. Myślę raczej, że dzięki Jej opiece miałam siłę przez to przejść. Co więcej, choć moje życie ułożyło się inaczej, niż planowałam, a moja droga okazała się dosyć kręta i wymagająca, dziś – 20 lat później – jestem szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa. I nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne.

A moja maryjność dziś? Po prostu żyję pod opieką Maryi. W poczuciu, że Ona nieustannie nade mną czuwa. Że kiedy powierzam Jej moje sprawy, to będzie najlepiej, jak może być. Czuję się bezpiecznie. Z czasu przygotowania do aktu oddania być może najbardziej zapadł mi w pamięć taki obraz z Traktatu o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, którego autorem jest żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku św. Ludwik Maria Grignion de Monfort:

Wyobraźmy sobie wieśniaka, który chcąc zdobyć sobie przyjaźń i przychylność króla, idzie do królowej i ofiaruje jej jabłko, stanowiące cały jego dobytek, z prośbą, by je ofiarowała królowi. Królowa przyjmuje ten ubogi i nikły dar wieśniaka, a położywszy go na wielką, szczerozłotą tacę, ofiaruje go w jego imieniu królowi. Wówczas jabłko, samo w sobie prawie żadnej nieprzedstawiające wartości, byłoby przez wzgląd na złoty półmisek, a przede wszystkim na osobę, która je wręcza, podarunkiem godnym królewskiego majestatu.

Tak właśnie widzę moje modlitwy i wszystko, co ofiarowuję Bogu, kiedy robię to przez Maryję.

 

O autorze

Magdalena Cicha-Kłak

Magdalena Cicha-Kłak

Z wykształcenia – polonistka, z zawodu – redaktor wydawniczy, z konieczności – znawca amator zdrowej kuchni (od 20 lat choruje na stwardnienie rozsiane, które obecnie leczy głównie dietą). Przez krótki czas studiowała także teologię. Odbyła formację ignacjańską (ćwiczenia duchowne św. Ignacego) i na co dzień stara się żyć tą duchowością. Pasjonatka książek, haftu krzyżykowego i dobrego jedzenia. Żona i mama.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: