Rodzina

Każde nasze dziecko jest prezentem od Boga, jego zwycięstwem w naszym życiu

Iga Stolar-Łypczak: „Oto synowie są darem Pana…” (Ps 127). Wy macie pięć córek…

Nina Michalak: Cóż, mój mąż wciąż ma nadzieję na syna. Bóg obdarowuje nas córkami. Ma w tym jakiś plan. Każde nasze dziecko jest prezentem od Boga, Jego zwycięstwem w naszym życiu. Jest też znakiem obietnicy i nadzieją. Prezentem, gdyż jeszcze przed ślubem lekarz uprzedzał mnie, że mogę mieć kłopoty z płodnością spowodowane kobiecymi problemami zdrowotnymi. Naturalnie, dziś poza mną nikt tego nie pamięta, w końcu jakie problemy skoro „co rok to prorok”. A dla mnie każde dziecko jest prezentem. Jest też zwycięstwem, gdyż często dochodzę do wniosku, że tak „po mojemu” to już dzieci ilościowo wystarczy. Zwyczajnie boję się, że z większą gromadką sobie nie poradzę. Jednak Bóg daje dzieci hojnie, pomimo różnych moich lęków. A wraz z dziećmi daje radość, konieczność by się coraz więcej modlić, nadzieję, że nie opuszcza tych, którzy mu zaufali. Daje też dużo pracy, wymagającej rezygnacji z siebie, z własnego odpoczynku, „świętego spokoju”, wygody, luksusu. Szczególnie nawał tej pracy mnie czasem przeraża, ale w takich chwilach dobrze mi robi jak spojrzę na swoje życie na ziemi przez pryzmat życia wiecznego. To od razu stawia do pionu. W końcu czym jest kilka trudnych lat na ziemi w kontekście wiecznego życia w Niebie? To jak dziś wspominanie stłuczonego kolana w dzieciństwie.

Nawiązując zaś do sugerowanej w Psalmie płci, to ja zawsze chciałam mieć córki. (Jeśli będę potrafiła być mądrą teściową to każda z nich przyprowadzi mi pewnego dnia zięcia.) Niezwykłe też jest, jak bardzo są różne pomimo, że to siostry, z małą różnicą wieku.

Nasze relacje są bardzo bliskie, a ja mogę obserwować jak się uczą i rozwijają cały dzień, bo dziewczynki nie chodzą do szkoły, tylko uczą się w domu, ze mną, w trybie edukacji domowej. Bardzo dużo im zawdzięczam. Przede wszystkim spędzany z nimi czas to duża frajda, mają niezwykłe pomysły, ciekawe spostrzeżenia i obserwacje. Chętnie ze mną rozmawiają o wszystkim. Zadają tyle pytań, że wciąż muszę się dokształcać. By robić dla nich ładne rzeczy nauczyłam się szydełkować. Aby były silne i zdrowe uczę się zdrowo gotować. Muszę się teraz nauczyć szyć, robić na drutach. Chciałabym dla nich napisać książkę. Inspirują mnie do podejmowania nowych wyzwań. Jednocześnie dzieci to ogromna odpowiedzialność za ich rozwój, edukację, wzrost duchowy. Są więc też przyczyną mojej wewnętrznej dyscypliny oraz namysłu nad własnym postępowaniem, które przecież obserwują. A gdy gorączkują całą noc czuwam przy ich łóżku odmawiając różaniec albo koronkę do miłosierdzia, rozmawiając z Maryją o macierzyństwie.

I. S.-Ł.: Jak była przekazywana wiara w Twoim domu rodzinnym?

N. M.: Najsilniejszy przekaz wiary, jaki dali mi moje rodzice, to doświadczenie ich nawrócenia, które mogłam obserwować jako mała dziewczynka. Tata był niewierzący, mama słabo praktykująca. Ich małżeństwo się sypało. Nas, dzieci, była trójka, więc trzymaliśmy rodziców razem, ale życie w takiej rodzinie było smutne i pełne lęku, choć rodzice bardzo nas kochali. Bóg uczynił cud, zawołał moja mamę a ona zanim poszła, znalazła ratunek w kościele, we wspólnocie Neokatechumenalnej. Za mamą poszedł i tata. Rodzice przylgnęli do Jezusa Chrystusa. On uratował naszą rodzinę, nasze życia. Potem stał się kolejny cud, gdy mama urodziła, po trzech cesarskich cięciach, kolejne dzieci, które Bóg im dał, gdy otworzyli się na życie pomimo, że lekarze twierdzili, że kolejne ciąże i porody to pewna śmierć. Dalej całe moje dzieciństwo i młodość była już ukryta w cieniu krzyża. Rodzice często się kłócili i zawsze sobie przebaczali godząc się i jednając. Codzienna modlitwa całej rodziny. Sobotnie eucharystie, radośnie celebrowane przyjmowanie sakramentów, prawość i wierność Bogu moich rodziców, również niedzielne laudesy całej rodziny wyznaczały drogę mojego wzrastania w wierze. Miałam i mam oczywiście swoje bunty, ale raz doświadczywszy ogromnej miłości Boga zawsze do niego wracałam i wracam.

I. St.-Ł.: Czy kiedykolwiek myślałaś, że Twoi rodzice wybrali złą drogę tzn Kościół Katolicki i przyjęcie dzieci wg Woli Bożej?

N. M.: Nigdy. Choć zdarzało się, że miałam do nich żal, że obciążali mnie obowiązkami domowymi podczas gdy oni poświęcali swój czas na ewangelizację. Ale to też nie wtedy, gdy to się działo, tylko później, gdy zaczęłam porównywać swoje dzieciństwo z dzieciństwem mojego młodszego rodzeństwa, gdy ja już zaczęłam rodzić własne dzieci a oni wchodzili w dojrzałość. Pozazdrościłam im luzu, którego sama nie miałam. Ale te żale minęły. Zostało większe zrozumienie moich rodziców.

I. S. -Ł.: Słyszy się czasem, że dzieci z rodzin wielodzietnych zakładając własne rodziny, nie chcą mieć więcej niż jedno, góra dwoje dzieci. Jak myślisz, co jest tego powodem?

N. M.: Słyszę i widzę. Znam takie rodziny. Akurat u nas raczej się ten schemat nie sprawdza. Starszy brat ma 5 dzieci, młodszy już trójkę, siostry marzą o dzieciach. Na czym polega różnica? Może na podejściu rodziców, którzy przekazują swoim dzieciom przekonanie, że taka rodzina warta jest by dla niej rezygnować z własnej wygodny? Może raczej chodzi o przekaz: „Jeśli chcesz być szczęśliwy pełnij wolę Bożą” a w naszych rodzinach Bóg daje dzieci. Nie wiem, nie chcę oceniać i wyrokować. Wiem czym różni się moje podejście od podejścia moich koleżanek. One uważają, że wielodzietność stanowi zagrożenie dla godnego życia. A ja uważam, że kluczem do nieba jest iść za Bogiem. To jest diametralnie inne podejście. Kiedyś, podczas rekolekcji w liceum, ustawiałyśmy swoje systemy wartości – takie warsztaty były. Byłam jedyną osobą, która na pierwszym miejscu wpisała „Bóg”, choć nikt w grupie nie wybrał jako najważniejszych pieniędzy. Dominowała „rodzina” i „szczęście”. Oczywiście, życie wszystko weryfikuje i gdy moja córka poważnie zachorowała nie miałam postawy Abrahama, tylko awanturowałam się z Bogiem ile wlazło przez bardzo długi czas.

Miałam ostatnio ciekawą rozmowę z córką, która rozżalona skarżyła się, że jest nieszczęśliwa, bo nie mamy tyle pieniędzy, żeby mogła kupować sobie wszystko na co ma ochotę, podczas gdy jej koleżanki mają. I że im zazdrości. Spytałam ile one mają rodzeństwa? Córka odpowiedziała, że wolałaby mieć więcej pieniędzy i mniej sióstr. Mogłam oczywiście odpowiedzieć, że nic nie stoi na przeszkodzie by poszukała dobrze płatnego zawodu i miała mało dzieci a wtedy będzie sobie kupować na co będzie miała ochotę. Zamiast tego przypomniałam jej ubóstwo świętych. Przypomniałam, że „Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego”. I bezlitośnie oświadczyłam, że powinna być wdzięczna Bogu za to, że daje nam dużo dzieci ułatwiając w ten sposób naukę rezygnowania, wyrzeczeń, pójścia za wola Bożą. A nie ma szczęścia w życiu jeśli się nie idzie za Bogiem. My mamy ten dar, ja go miałam w swoim domu a teraz mają go moje córki, że żyjemy nie pławiąc się w dobrach materialnych. Niczego nam nie brakuje, ale nie podążamy za swoimi zachciankami. Tego uczył nas mój tata. Obym i ja umiała nauczyć tego swoje córki.

I. S.-Ł.: Pan Bóg w Piśmie Św. mówi jasno, że kobiety oddające swe życie na pracę i wychowanie dzieci są Mu miłe. Dlaczego dziś więcej mówi się o prawach kobiet typu: prawo do wolności wyboru, prawo do rozwoju zawodowego, prawo do wolności seksualnej. Gdzie w tym prawda o przeznaczeniu kobiety w Bożym zamyśle?

N. M.: Chętnie porozmawiam o prawach kobiet, bo to bardzo ważny temat. Cieszę się, że miałam prawo do wolności wyboru i mogłam sama wybrać czy idę za Bogiem czy za swoim pomysłem na życie. Tę wolność dostałam wraz z wolną wolą od Boga. I mam ją, nikt mi jej nie odebrał.

Posiadałam i posiadam prawo do rozwoju zawodowego, w końcu wolna wola zobowiązuje a czasy mamy takie, że kobiety mogą pracować zarobkowo w różnych zawodach. Wybrałam zawód, zdobyłam całe wykształcenie w tym kierunku jakie mi się udało z najlepszymi notami jakie mogłam zdobyć. Co więcej nadal mam to prawo, w prawdzie teraz rodzę dzieci ale nie będę tego robić długo, bo ten okres szybko się kończy, a dzieci szybko rosną. Wtedy przyjdzie być może czas by szukać pracy w zawodzie… z pewnością „coś” będę robić. Nie wyobrażam sobie porzucenia aktywnego trybu życia do którego przywykłam.

W kwestii prawa do wolności seksualnej to też je mam i miałam, nikt mi nic nie narzucał. Uznałam, że chcę mieć jednego partnera i chcę by to był mój mąż. Dokonałam wolnego wyboru i jestem z niego bardzo zadowolona. Moja seksualność jest dla mnie bardzo ważna a seksualność w relacji z moim mężem jest czymś wspaniałym. Nierozerwalnie wiąże się z miłością i bliskością, która sobie okazujemy. Daje nam dużo radości i satysfakcji. Oraz, naturalnie dzieci. Podobnie jak wolnym wyborem moim była walka o czystość przed ślubem i troska o to pierwszym kochankiem był mąż.

Przeznaczenie każdego człowieka w Bożym zamyśle to mądre korzystanie z wolnej woli, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Dlatego też wolny wybór każdej kobiety cieszy Go, gdy idzie ona dobrą droga. Drogą Jego woli. Ja teraz mam się zbawiać przez rodzenie dzieci, jak widać. Wybory innych kobiet to nie moja sprawa. Z obserwacji i rozmów z kobietami wiem jednak, że niejedna oddałaby moje siedzenie w domu z dziećmi za swoje siedzenie w pracy. I nie zawsze praca i małodzietność czy wolny związek są ich wyborem. Czasem na ich decyzje wpływa lęk przed ostracyzmem społecznym, czasem przed porzuceniem przez mężczyznę, czasem lęk przed biedą czy niewygodą. Odnoszę wrażenie, że tym co zniewala jest strach. A Bóg nas od strachu uwalnia. Jezus Chrystus przychodzi i mówi „Nie lękajcie się!” pokazując rany na dłoniach i stopach, pokazując, że pokonał śmierć i zmartwychwstał. Przynosi wolność.

Oczywiście Bóg obdarzył kobiety specjalnymi cechami sprawiając, że ich misja jest wyjątkowa. Dobrze się o tym czyta z książki Edyty Stein „Kobieta. Jej zadanie według natury i łaski”, ale to już temat na zupełnie inna rozmowę, o kobiecości.

Nina_MichalakNina Michalak, urodzona w Warszawie w 1981 roku. Z wykształcenia mgr pedagogiki, z powołania i wyboru – matka. Praktyk edukacji domowej. Radykalny katolik.

Foto na górze: Lime Fly Photography / Foter / CC BY-NC-ND

O autorze

Iga Stolar-Łypczak

Iga Stolar-Łypczak

Żona. Matka. Familistka. Studia UKSW i KID. Założycielka klubu "Karmelowe dzieci". Poza duchowością karmelitańska interesuje się angelologia i nauką o czyśćcu. Wielbicielka kuchni włoskiej, bezglutenowej i własnych wypieków. Uwielbia czytać. Ma słabość do mantylek, kawy, czarnej herbaty i rodzin wielodzietnych.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: