Społeczeństwo

Każdy Twój wyrok…

…przyjmę twardy. Przed mocą Twoją… się ukorzę. To niesamowite, przyglądam się często swoim rówieśnikom, próbuję się im wślizgnąć pod te ich czaszki, zrozumieć ich myśli, ich motywacje, ich ambicje i cele i… nie potrafię. Czegoś mi tam brakuje. Gdybym chciał pójść na łatwiznę, napisałbym, że po prostu pokory. Ale nie, pokorę oni mają, odnajdują ją raz za razem, gdy życie sprzedaje im niespodziewanie kopniaka w tył pleców. Nie jest to być może pokora w pełni swej okazałości, lecz trudno zaprzeczyć jej występowaniu u nas, jesteśmy zbyt prostolinijnym narodem, prędzej czy później do niej docieramy, poobijawszy sobie solidnie uprzednio łby.
Tu się rozchodzi o coś innego. O brak zgody na to, że coś może pójść nie po naszej myśli. O wymawianie „Bądź wola Twoja” przez zaciśnięte zęby, z niewypowiedzianą na głos adnotacją, że jednak jakby stało się tak, jak chcemy, to byłoby wyśmienicie. Sam się nawet na tym łapię.
A za tym idzie kolejna kwestia: niechęć do takiego zwyczajnego niepowodzenia. Bo w opiewanych poematami cierpieniach jesteśmy mistrzami, w naszych żyłach płynie wszakże umiłowanie martyrologii. Polak z definicji jest martyrozofem. A żeby tak normalnie, całkiem zwyczajnie coś nam nie wyszło? Żeby ktoś inny miał rację? Żeby przegrać z uśmiechem na twarzy, gratulując zwycięzcy, ze świadomością, że zrobiło się wszystko i, no cóż, to nie wystarczyło?
Wystarczy spojrzeć na rozrzut w programie nauczania na języku polskim pomiędzy romantyzmem i pozytywizmem. Nas się uczy buntować, miotać, potrząsać kajdanami, przelewać krew, cierpieć za miliony. I to, na swój uwspółcześniony, zdeformowany sposób, przenika nasze serca i kończy się tym, że jesteśmy wspaniałym narodem i fatalnym społeczeństwem, jak słusznie spostrzegł Norwid.
Nie chcę się tu rozwodzić nad tym jak to jest źle. Nie będę biadolił. Przyjmuję tę naszą postrzeloną polską rzeczywistość taką, jaką jest i choć dołożę wszelkich starań, by było u nas inaczej, ale jeżeli się nie uda (a tak zapewne będzie) – nie będę szat rozdzierał. Uśmiechnę się tylko i zanucę „Modlitwę o wschodzie słońca”.
Co postanowisz, niech się ziści… Niechaj się wola Twoja stanie…

O autorze

Bartłomiej Witeszczak

Bartłomiej Witeszczak

Prawie dziewiętnastolatek. Autoironiczny wrażliwiec, ze sporym dystansem do siebie i własnej twórczości. Filozof z powołania (miłośnik Kierkegaarda), obserwator życia społecznego z zamiłowania. Świadomy katolik. Kocha wolność (i uważa ją za największą z wartości), góry, muzykę progresywną i swoją wspólnotę. Nie znosi ignorancji i pustosłowia. Wierzy w zapomniane wartości, dostrzega sens tam, gdzie inni go nie widzą, nieustannie szuka. I wędruje przez noc. Autor bloga Wędrując przez noc

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: