Rodzina

Mały, biały pies…

Tak zaczynał się tekst popularnej piosenki z mojego dzieciństwa. A dziś, po niemal pół wieku, dokładnie taki sam, jak ten wyśpiewany, psiak zawitał do mojego domu. To nie znaczy, że historia jest aż tak długa, ma zaledwie sześć lat. Tyle czasu zajęło naszemu synowi urabianie rodziców, aby zgodzili się na czworonożnego przyjaciela. Sprawa wcale nie była taka prosta. Mama, od początku stanowczo mówiła – nie! Były też przeszkody obiektywne: uczulenia w rodzinie i wiek dzieci, który sugerował, że cała opieka nad pieskiem spadnie na rodziców, w tym głównie mamę, a ona nigdy nie była „psiarą”.

Czas mijał, dzieci rosły, a najmłodszy syn nie ustawał w staraniach, prośbach, przekonywaniach. Aż przyszedł ten dzień, że mama powiedziała – TAK. Nie było ono sakramentalne, ale radość sprawiło nie mniejszą. Pozostały już praktycznie drobiazgi: wybrać rasę, która pasuję wszystkim domownikom (mamie), jest przyjazna dla alergików (tych u nas nie brakuje) i uzbierać odpowiednią kwotę, bo takich piesków nie da się przysposobić ze schroniska. Młodzieniec zabrał się do pracy: wielka zbiórka na pieska. Cała rodzina pogrzebała w sakiewkach i każdy coś dorzucił na upragnionego czworonoga. Synek w międzyczasie intensywnie przeczesywał sieć w poszukiwaniu tego jednego, który spełniałby ostre kryteria. Aż wreszcie  – sukces. Piesek został znaleziony w niezbyt oddalonej od naszego domu hodowli. Syn wszystko umówił, zarezerwował pieska, rodzicom pozostało „tylko” wpłacić kwotę zaliczki. 

Na nowego przyjaciela trzeba było poczekać – musiał odpowiednio podrosnąć pod czujnym okiem swojej psiej mamy. Ten czas dłużył się przyszłemu właścicielowi bardziej niż poprzednie sześć lat zabiegów, starań i namawiania rodziców. I nareszcie. Jedziemy po pieska. To zaledwie 120 kilometrów, ale nawigacja poprowadziła nas złośliwie skomplikowaną drogą. Niecierpliwy, przyszły „pan psa” przechodził sam siebie w zadawaniu pytania: daleko jeszcze? Ostatni zakręt i jesteśmy. W niewielkim białym domu, przed którym na zielonej trawie ułożono ozdobne białe kamienie, czekał na nas mały biały pies, bez łat. Miał tylko czarne oczy, czarny nosek i czarne pazurki u łapek. Był prześliczny i taki maleńki.
Procedura zakupu nie trwała długo, a maluch całkiem posłusznie dał się zapakować do psiego transportera. W  samochodzie trochę piszczał, ale większość drogi przespał.

Kolejnym problemem do rozwiązania był wybór imienia dla nowego członka rodziny. Dyskusja trwała dwa dni, aż w końcu syn powiedział: Apollo, a skoro taki maluch, to Api i tak już zostało. Szybko okazało się, że mały Api przynosi radość nie tylko naszej rodzinie. Przyjaciółka żony pracuje w szkole w Wielkiej Brytanii, gdzie między innymi zajmuje się dziewczętami w tamtejszym internacie. Początek roku to dla nich czas rozstania z rodzicami, tęsknoty, a nierzadko i łez. Zdjęcia i filmiki z Apim przesyłane do przyjaciółki niejednokrotnie osuszyły łzę stęsknionej dziewczynki i wywołały uśmiech na jej twarzy. Przyjaciółka mojej żony przedstawiała czworonoga bardzo poważnie: Apollo from Koluszki.

Dziś mija już prawie miesiąc od kiedy z nami mieszka, a wydaje się jakby był od zawsze. I mimo, że musi się jeszcze wiele nauczyć, szczególnie w kwestii czystości, to już trudno sobie wyobrazić nasz domu bez niego – małego, białego psa bez łat.

Foto: Marta Dzbeńska-Karpińska

O autorze

Rafał Karpiński

Rafał Karpiński

Mąż, ojciec jednej córki i dwóch synów. Człowiek wielu zawodów i zainteresowań. Konserwatysta. Miłośnik historii dwudziestego wieku.

2 komentarze

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: