Wychowanie

Msza dla dzieci? Dziękuję, nie.

Uczestniczyliśmy ostatnio w Mszy dla dzieci. Z konieczności, nie z wyboru, gdyż takich Mszy staramy się unikać jak tylko jest to możliwe. Tym razem nie było. Niestety. Po raz kolejny stwierdziłam, że niestety takie liturgie nie są na moje nerwy. I naprawdę nie chodzi mi tu o dzieci. Tylko o to na co zezwalają im w czasie Mszy rodzice. Bo to na nich ciąży odpowiedzialność za wychowanie i zachowanie dziecka na Mszy.

Wiele rzeczy jestem w stanie zrozumieć i nie wymagam by dwulatek stał na baczność całą Eucharystię. Ale już leżący na stopniach prezbiterium pięciolatek (w czasie podniesienia również!) i zerowa reakcja rodziców mi przeszkadza. Podobnie jak krzyczące czy głośno płaczące dłuższy czas na oko dwuipółletnie dziecko. Oraz mama stojąca obok i udająca, że tego nie zauważa. A płacz i krzyk trwał dobre kilka minut i niewiele można było ponadto usłyszeć w kościele. Nawet dwulatek biegający  przez pół Mszy z jednej strony prezbiterium na drugą przeszkadza wiernym. Zdziwiona jestem, że nikt nawet nie próbuje takiemu dziecku tłumaczyć albo pokazać, że można inaczej i że kościół do biegania nie służy. Dzieci przedszkolne stojące tyłem do ołtarza, rozmawiające, jeżdżące samochodzikami po prezbiterium, kilkulatek, któremu mama w pierwszej ławce rozpakowuje co chwila cukierki, oraz częstuje nimi inne dzieci. Kiedyś widziałam też, z pewnością już szkolne dziecko, leżące pod nogami taty z kredkami i papierem i zawzięcie coś rysujące.

Jest teraz taki styl wychowania, przyzwalający na niemalże wszystkie zachowania dziecka. Łącznie z biciem rodziców, gryzieniem oraz dowolnością w zachowaniu w kościele. Skoro dziecko tak się zachowuje to zapewne ma jakiś powód albo niezrealizowaną potrzebę. Owszem, powód pewnie ma, potrzebę jakąś też ale brak zdecydowanej reakcji rodziców powoduje, że dziecko się uczy, że może leżeć na podłodze w kościele i nic nagannego w tym nie ma, a jak się komuś nie podoba no to pewnie on ma problem. Dziś w pewnej dyskusji na facebooku przeczytałam zadnie jednej z internautek, że u nich w parafii jest „fajnie” bo w kościele jest mały placyk zabaw i dzieci się nie nudzą w czasie Mszy…. Wymyślajmy dzieciom coraz to nowe atrakcje bo przecież ta zwykła Msza jest taka nudna i trzeba ją jakoś urozmaicić…. Nie i jeszcze raz nie.

I tak wiem, że Msza jest dla dzieci ale to nie oznacza, że dzieci mają mieć milczące przyzwolenie rodziców na robienie placu zabaw w kościele. I o ile różne dziwne zachowania jestem w stanie przyjąć u roczniaka czy dwulatka, pod warunkiem, że rodzic tłumaczy dziecku co wypada co nie, o tyle starsze dzieci kilkuletnie powinny już mieć wpojone czym jest Eucharystia. Wiem jakie to trudne. Nie raz zdarzało nam się wychodzić z krzyczącym dzieckiem z kościoła. Wyjmowałam leżące spod ławek itp. Dziecko dostawało jednak jasny sygnał – takie zachowanie jest niedopuszczalne. Bardzo szybko zrezygnowaliśmy z Mszy dziecięcych, przykład jaki tam nasze dzieci widziały powodował, że zachowywały się gorzej.

Wanda Połtawska napisała kiedyś, że rolą rodzica jest prowadzić dziecko do kościoła i tłumaczyć mu co się dzieje w czasie Mszy. Dziecko rozumiejące będzie się z czasem zachowywało coraz lepiej. Szeptałam naszym dzieciom do ucha w czasie Eucharystii i tłumaczyłam co robi Ksiądz, jak się nazywają poszczególne przedmioty liturgiczne. I cierpliwie czekaliśmy na owoce tych tłumaczeń. Przyszły szybciej niż myśleliśmy:-)

Photo credit: gaspi *yg via Foter.com / CC BY-NC-ND

O autorze

Anna Brzostek

Anna Brzostek

Żona i mama trójki dzieci. Przez kilkanaście lat zawodowo zajmowała się komunikacją z klientami i zarządzaniem kryzysowym. Aktualnie spełnia się jako edukator domowy oraz redaktor. Lubi wspólne wieczorne oglądanie filmów z mężem oraz zwiedzanie Polski. Relaksuje się gotując, piekąc chleby i czytając thrillery medyczne.

15 komentarzy

  • Zgadzam się z artykułem, ale są naprawdę różne dzieci. Nasza niespełna trzyletnia córka, naprawdę jest ekstremalnym przypadkiem. Oczywiście wyjaśniam, pokazuję co się dzieje w Kościele, ale niestety bieganie, uciekanie i krzyki są za każdym razem. Wciąż poszukujemy z mężem sposobu na jej poskromienie, ale nie jest to łatwe. Pozwalamy do pewnego stopnia na spacery po Kościele, ale gdy zaczynają się wrzaski, bieganie to reagujemy. Gdyby tylko ona chciała słuchać co się dzieje w trakcie Eucharystii. Niestety odkąd mamy dzieci uczestniczenie we Mszy Świętej to ciągła walka o choć odrobinę skupienia. Może gdy nasze dzieci podrosną wykażą więcej zainteresowania.

  • A ja uważam że msza dla dzieci tak, ale na zachowanie dzieci muszą zwracać rodzice jednak bez przesady są różne dzieci, czasem może z niewidoczna chorobą, nadpobudliwe, itd. Nie bądźmy moherami ale pełni rozsądku i wyrozumiałości oczywiście z zachowaniem należy tych granic.

  • W sumie…nie ma Mszy Św. dla dzieci . Jest po prostu Msza Św. Może być Msza Św. z udziałem dzieci… W jeden z parafii (zakonnej) były msze dla dzieci gdzie zamiast Gloria (Chwała na wysokości Bogu) śpiewano piosenkę o słoneczku….
    Dziękuję autorce artykułu.
    Jak dla mnie wniosek jest jeden – dzieciom jesteśmy wybaczyć wiele (co nie znaczy ze wszystko) , ale jeżeli rodzice idą na mszę dla dzieci żeby sobie porozmawiać….to rzeczywiście lepiej niech idą do parku….
    Pozdrawiam serdecznie
    Kasia
    P.S.

    Był czas, że mój mąż nie chodził ze mną i wtedy z trójka małych dzieci do kościoła, bo… nie miało to dla niego sensu. Ja go rozumiałam ale się uparłam-stawaliśmy z tyłu, żeby w razie czego szybko się ewakuować. Ale udało się. Z najmłodszą córką trwało to ciut dłużej-ale też się nie poddałam.

  • W przypadku zachowania dzieci w kościele, podobnie, jak i gdziekolwiek indziej, powraca problem stawiania granic. Współcześni rodzice mają z tym problem, bo:
    a) nakładziono im do głów bzdur, że dziecku należy pozwalać „swobodnie wyrażać siebie” i zapominają, że to wyrażanie jednak musi być ujęte w ogólnie obowiązujących ramach społecznych;
    b) zrozumieć nie potrafią lub nie chcą, że dziecko potrzebuje stawiania granic – jeśli mu się ich nie stawia, to czuje się zagubione i rozpaczliwie ich szuka stając się przy tym coraz bardziej nieznośne dla otoczenia;
    c) nie chce im się wysilać i „walczyć” z własnym dzieckiem; kwestię wychowania składają na innych, a sami godzą się z koniecznością wytrzymania z dzieckiem przez tych kilka godzin w tygodniu, gdy oni nie idą do pracy, a dziecko do placówki; sposobem na poradzenie sobie w tym czasie z dzieckiem, jest pozwalanie mu na wszystko, czego ono zechce, byle nie mieć problemów.

    Skutkiem takiego podejścia jest negatywna często reakcja otoczenia na dzieci, nieprzyjemne komentarze w stosunku do rodziców zabierających swoje pociechy do restauracji, czy w podróż samolotem.
    I wiem, że dzieci bywają różne. Niektóre mają problemy zdrowotne utrudniające im prawidłowe funkcjonowanie. Ale te dzieci z problemami nie powinny usprawiedliwiać zachowania dzieci całkiem prawidłowo rozwijających się, których jest znaczna większość. Będąc na mszy dla dzieci można odnieść wrażenie, że co najmniej połowa dzieci to „ekstremalne przypadki”.

  • Ja nie za bardzo rozumiem intencję artykułu. Dzieci są dziećmi i tak jak inni ludzie mają swoje prawa, niektóre zachowania wynikają po prostu z racji wieku rozwojowego. Zgodzę się z tym, że niektóre z braku kontroli lub wsparcia opiekunów. Jednak generalnie uważam, że w każdą niedzielę jest obecnie spory wybór i jeśli komuś przeszkadzają odgłosy i poruszanie się dzieci, może po prostu uczestniczyć we mszy bez udziału dzieci.
    Sam Papież zachęca tak do nieusilnego uciszania płaczu dzieci jak i innych form opieki przez matki w trakcie Mszy Świętej http://www.deon.pl/religia/serwis-papieski/aktualnosci-papieskie/art,5245,papiez-powiedzial-co-sadzi-o-karmieniu-piersia-w-miejscach-publicznych.html
    Kościół jest Domem i ciężko mi sobie wyobrazić prawdziwy Kościół bez chodzących tudzież biegających, tańczących dzieci.

    • Dziękuję za komentarz. Z naszymi dziećmi chodzimy na „dorosłe” Msze. Ostatnio jednak nie było wyboru i musieliśmy pójść na Mszę dla dzieci. Zachowania, które tam widziałam naprawdę nie wynikały z wieku rozwojowego. Takie są całkowicie zrozumiałe, podobnie jak nie razi mnie dyskretne karmienie dziecka piersią w czasie Mszy. Nie wiem czy Msza na której byliśmy była jakaś wyjątkowo niesforna pod tym względem czy nie ale faktem jest że kilkoro dzieci (co najmniej 5-6 letnich) biegała w te i we wte po prezbiterium przed księdzem, jedno w tym samym wieku leżało na prezbiterium także w czasie podniesienia, a inne na oko trzyletnie krzyczało (głośno i donośnie) przez dobre 5 minut zakłócając dokładnie wszystko co mówił kapłan. I rodzice NIE REAGOWALI, w żaden sposób nie korygowali tych zachowań. Szczerze powiedziawszy nawet nie wiem czyje to były dzieci bo rodzice stali gdzieś w tłumie a dzieci robiły co chciały. Naprawdę dziecko 5 letnie, któremu się tłumaczy od początku co się dzieje na Mszy potrafi w miarę poprawnie się zachować, nie wrzeszczeć i nie biegać po całym kościele. Nawet na Mszy dziecięcej takie zachowania nie powinny mieć miejsca. Choć zgadzam się, że na takiej Mszy nigdy nie będzie warunków do kontemplacji, dzieci się będą ruszać itp;-)

  • W pełni zgadzam się z tym, co Pani napisała w artykule.Długo czekałam na taki głos. Sama często przeżywam podczas Mszy Św to, co Pani i także zauważam postawy rodziców w stylu „to nie moje dziecko”. Sądzę jednak, że jeżeli od najmłodszych lat zwraca się dziecku uwagę i uczy się dziecko szacunku dla tego, co dzieje się na Eucharystii, takie problemy nie powinny występować. Sama mam troje dzieci. Póki co dwoje z nich (bo najmłodsze ma 3 miesiące) „przyzwyczajałam” do przebywania w Kościele. Dzieci miały jasno postawione granice , co wolno a czego nie. Kiedy były młodsze mogly np. Nie wstawać razem z innymi tylko uczestniczyć w Mszy na siedząco, ale wiedziały że nie mogą spacerować i biegać. Mogły wziąć zabawkę, np. samochodzik, ale nie mogły nim jeździć, etc. Pamiętam kiedy mlodszy syn poszedł do Kościoła w stroju rycerskim, ale nie mógł wziąć miecza, żeby nim nie stukać i nie przeszkadzać. Dzieci nawet dwuletnie nie są bezmyślne, a postępując konsekwentnie można je wszystkiego nauczyć.
    Obserwując brak zainteresowania rodziców tym, co robią ich własne dzieci podczas Mszy trochę mnie przeraża, ponieważ uświadamia mi tak naprawdę brak troski rodziców o własne pociechy.

  • Mam 3ech synów. Najmłodszy ma 6 lat. Tu chodzi o nastawienie rodziców. Zawsze tłumaczyłam dzieciom ” czym” jest Msza i prosiłam by też uczestniczyli w niej na tyle na ile wiek pozwala zrozumieć. Biorąc cukierki dawałabym sygnał w stylu- pobaw się, jesteś tu tylko dla mojego towarzystwa. Skoro niestety świat pozwolił na bezstresowe wychowanie bez możliwości nawet upominania, to takie są efekty a nerwiwe dzieci po głupich grach czy bajkach z CN nie mogą być ciche. O dziwo, na Mszach Trydenckich tego problemu nie mam ani ja ani dzieci kilkuletnie.

  • Ja byłam na takiej mszy z dziećmi w Krakowie w centrum JP II to był koszmar dzieci robiły co chciały jeden nawiedzony tatuś chodził za swoim synkiem dookoła stołu ofiarnego dzieci nawet w piłkę grały dla mnie to był szok. Owszem dziecko może iść do kościoła ale powinno wiedziec ze kościół to nie plac zabaw. Do mojej parafii przyjeżdżają grupy oazy rodzin jeśli jest ta z Polski to parafianie próbują iść na inna mszę niż oni bo ta msza to piknik dzieci spacerują jedzą itp. Kiedyś była duża grupa ze Słowacji i tutaj pełny szacun nikt nie spacerowal każdy rodzic pilnował swojego dziecka.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: