Małżeństwo

Nie moje dzieci

Piszę ten wpis, kiedy za oknem świeci piękne słońce 🙂 Jestem szczęśliwa, umiem dostrzegać małe cuda i nie szukam smutków. Teraz. Jeszcze niedawno było zupełnie inaczej.

Bo przecież widzę kobiety w ciąży, dzieci bawiące się na placu zabaw z rodzicami, wyobrażam sobie jak oni muszą być szczęśliwi.  Cieszę się ogromnie z każdego maleństwa, które pojawia się na tym świecie. Jednak to podejście też musiało ewoluować. Nie zawsze tak było.

Kiedy już byliśmy świadomi naszego problemu, łzy były na porządku dziennym. Trudno było się modlić i cieszyć z narodzin kolejnych członków rodziny.

Pamiętam pierwszą taką informację – byłam zazdrosna, nie umiałam znaleźć sobie miejsca, zastanawiałam się dlaczego jest to takie proste dla innych (i to naprawdę proste! Chcą i mają – praktycznie od razu!), a nam przynosi tyle trudu… i jeszcze musimy się kosztownie leczyć, żeby się postarać. Postarać! Nie żeby się udało, ale żeby się postarać bez żadnej gwarancji. Wydawało mi się to bardzo niesprawiedliwe.

Rodzinne spotkanie. Kuzyni, dziadkowie, małe dzieci (nawet kilkumiesięczne). W sercu błagałam, żeby nikt nie wpadł na pomysł zaproponowania mi, żebym potrzymała dzieciątko. Na szczęście nikomu nie przyszło nic takiego do głowy. Był to wyjątkowo trudny moment. Płakałam mając nadzieję, że pozostali albo tego nie widzą, albo interpretują to wzruszeniem z okazji rodzinnej uroczystości. Nikt nie pytał, więc może się udało. W każdym razie ostatnie czego chciałam, to się wtedy tłumaczyć.

Kolejna ciąża w rodzinie. Bardzo chciałam się ucieszyć, bardzo siliłam się na grymas twarzy, który nazywa się uśmiechem. Jednak nie nad wszystkim umiem zapanować i kiedy słyszę tą informację po raz pierwszy, czuję rzeczywiste ukłucie w sercu i żal. I tylko się zastanawiam, kiedy będę mogła zostać sama, żeby uwolnić emocje.

Przełomem był moment, w którym słysząc o kolejnej ciąży w rodzinie, młoda mama powiedziała mi, że ja ucieszyłam się tą nowiną najbardziej ze wszystkich. Rzeczywiście – czułam szczerą radość 🙂 Niewymuszoną, prawdziwą i pełną – było to dla mnie nowe i dziwne. Dla pozostałych członków rodziny widocznie była to po prostu kolejna ciąża, do których byli już być może przyzwyczajeni. Oczywiście wszyscy bardzo się cieszyli, ale podobno ja najmocniej to okazałam. Uświadomiłam sobie wtedy, że w takim razie chyba pogodziłam się wreszcie z tym, że nie mamy jeszcze dzieci. To był przełom. Po nim oczywiście zdarzały się trudniejsze chwile, ale podejście już jest zupełnie inne.

Cieszę się z każdego poczęcia u małżeństw, które zgłaszają się do naszej Fundacji Każdy Ważny z problemem niepłodności i którym ostatecznie udaje się pomóc dzięki wspaniałym lekarzom. Jeden z telefonów pamiętam wyjątkowo. Był to telefon od Gosi i Piotra. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2015 r., zadzwoniła Małgosia z informacją, że się udało. Ucieszyłam się tak bardzo, że musiałam od razu podzielić się tą informacją z Ewą z Fundacji. Te cuda cały czas wywołują we mnie ogromne emocje – cieszę się, że mogę w choćby małym stopniu uczestniczyć w szczęściu rodziców.

Wiem, że to łaska – to, że się pogodziłam i potrafię tak cieszyć się ze szczęścia innych. Ale był to proces, który każdy musi przejść po swojemu i w swoim tempie. Nie przyspieszaj tego procesu – czy to u siebie, czy u kogoś bliskiego. Pamiętaj, że emocje (nawet te trudne) nie są złe i je też trzeba przeżyć.

Jeśli chcesz porozmawiać, możesz do mnie napisać – chętnie pomogę, jeżeli tylko będę w stanie.

O autorze

Marta Stasieło

Marta Stasieło

żona, mama, instruktor Modelu Creighton, wiceprezes Fundacji Każdy Ważnyw Olsztynie, autorka bloga
Rodzicielstwo na zakręcie. W 2010 r. ukończyłam studia weterynaryjne na UWM, wtedy też wyszłam za mąż. Nie pracuję w zawodzie, a głównym moim zajęciem jest teraz bycie mamą. Droga do tej roli była długa i trudna, bo nie mogliśmy mieć dzieci biologicznych. Adoptowaliśmy synka po około 6 latach małżeństwa. Pomimo iż doświadczenie bólu niepłodności było najtrudniejszym w moim życiu, jestem pewna, że było też najszczęśliwszym, co mogło się nam przytrafić. Dzięki temu Paweł jest teraz z nami (warto było czekać!), a my jesteśmy jacy jesteśmy. Ja zainspirowałam się naprotechnologią i udało mi się zostać instruktorem Modelu Creighton. Pomagam teraz innym parom z niepłodnością. Natomiast nasze małżeństwo jest silniejsze po tych próbach rozumienia swoich emocji, wybaczania sobie i desperackich niekiedy staraniach, żeby było "normalnie". A teraz - nie jest łatwiej - jest inaczej - bo inaczej trzeba się rozumieć, ale w naszym domu jest w końcu codziennie szczery śmiech, którego tak bardzo brakowało.

1 Komentarz

  • Dziękuję za ten artykuł. Daje nadzieję,że można i że ja również może kiedyś poczuję prawdziwą i głęboką radość ze szczęścia innych 🙂

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: