Wychowanie

(Nie)skuteczni rodzice

Urodzić, wykarmić, ubrać, wykształcić, nauczyć dobrych manier, ukształtować charakter, zapewnić godny start w dorosłym życiu… Uff, jakże trudno wychować własne dziecko tak, aby je dobrze przygotować do samodzielnego życia…

Stop! Mamy nadzieję, że chrześcijańscy rodzice okazali się czujni i natychmiast zareagowali: „Zaraz, zaraz, ale w tej wyliczance zabrakło jeszcze jednej rzeczy: wzmianki o skutecznym przekazaniu wiary”.

Tak, dokonaliśmy tego pominięcia celowo, aby uwypuklić to, co dla ucznia Chrystusa powinno być najważniejsze. Oczywiście nie wolno lekceważyć niczego, co decyduje o jakości naszego życia doczesnego, ale jako chrześcijanie musimy zwrócić uwagę na wymiar głębszy niż wykształcenie, pozycja zawodowa, majątek, społeczne uznanie – na życie wieczne.

Zakładając optymistycznie, że sprawa przekazania dzieciom wiary nie jest rodzicom obojętna, nadal pozostajemy z pytaniem: „Jak to zrobić skutecznie?”.

Wokół siebie dostrzegamy mnóstwo przykładów braku owego międzypokoleniowego przekazu wiary. Kiedy sięgamy pamięcią kilkadziesiąt lat wstecz, przypominają nam się kościoły wypełnione tłumami wiernych, masowe pielgrzymki na Jasną Górę, miliony zasłuchane w głos Jana Pawła II. Gdzie dzisiaj są dzieci tych mężczyzn i kobiet?

Wydaje się, że można zaryzykować postawienie następującej diagnozy: stało się tak, ponieważ przekaz wiary był powierzchowny, nie zachwycił i nie pociągnął za sobą.

Może dziecko od najwcześniejszych lat nasłuchało się, że ma być grzeczne, „bo jak nie, to Bozia cię ukarze”? Może było zmuszane do wieczornego „odmawiania paciorka”, a rodzic ograniczał się tylko do roli szeryfa dozorującego tę modlitwę z sąsiedniego pokoju? Może w niedzielę było posyłane do kościoła samo, więc wyciągnęło logiczny skądinąd wniosek, że nieobecność na świątecznej Eucharystii to swego rodzaju przywilej, zastrzeżony wyłącznie dla dorosłych? A może nigdy nie usłyszało od rodziców prawdy o tym, że Bóg kocha człowieka zawsze, niezależnie od okoliczności i zasług, że obdarował go niezniszczalną godnością, że na skruchę zawsze odpowiada przebaczeniem? Może nigdy nie zobaczyło modlących się rodziców? Może Pismo Święte było używane w domu tylko dwa razy w roku: w Wigilię i podczas kolędy?

Lub odwrotnie: może rodzice stworzyli „dom kościelny”, w którym odmieniano Pana Boga przez wszystkie przypadki, ale zazwyczaj było w nim na bakier z radością, pogodną atmosferą, wzajemną życzliwością? Może przesadzili z ilością praktyk religijnych kosztem rozrywki? Przede wszystkim zaś – może w domu nie praktykowano tego, do czego wzywa Chrystus: postawy wzajemnej miłości, służby, życzliwości, gotowości do poświęceń, otwartości, wyrozumiałości, przebaczenia?

Zgoda, dzisiejszy odcinek wypadł bardzo pesymistycznie, ale obiecujemy, że następnym razem będzie dużo lepiej, gdyż pokażemy drogę zaradzenia powyższemu katalogowi błędów. Już teraz zdradzimy, że kluczową rolę odegra słowo „wpoić”. I jeszcze małe zadanie domowe: gdzie można je znaleźć w Piśmie Świętym?

Photo credit: Weird Beard via Foter.com / CC BY

Artykuł ukazał się w magazynie „Tak Rodzinie”

O autorze

Beata i Tomasz Strużanowscy

Beata i Tomasz Strużanowscy

Małżeństwo od 22 lat, rodzice 19-letniej Zuzi i 12-letniego Jasia, pełnią posługę pary krajowej Domowego Kościoła - rodzinnej gałęzi Ruchu Światło-Życie (www.dk.oaza.pl)

2 komentarze

  • Bardzo dobry tekst! Dobrze, że zwrócili Państwo uwagę na infantylizację wiary. Z dzieciństwa pamiętam straszenie „Bozią” i chodzenie do „kościółka”.Co to znaczy „Bozia”? Czemu dorośli ludzie w taki sposób rozmawiają z dziećmi? Pamiętam, że mój dziadek był oburzony,że ksiądz na spowiedzi zapytał go, czy bawi się w piaskownicy, a dziadek tylko powiedział, że chodzi do kościółka i modli się do Bozi…

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: