Historia

Ocalił 80 ton złota

Pułkownik Ignacy Matuszewski we wrześniu 1939 r. błysnął sławą bohatera, ratując przed Niemcami 80 ton polskiego złota, by później na długie lata popaść w zapomnienie.

Żaden polski polityk nie zakładał, że we wrześniu 1939 r. całe terytorium państwa polskiego zostanie zajęte tak szybko. Spodziewano się raczej wojny pozycyjnej, okopów, twardej obrony jak podczas wielkiej wojny oraz polskiego „hurra!” i „jakoś to będzie” jak w konflikcie z bolszewią. Tak myśleli wychowani na tamtych konfliktach żołnierze i dowódcy. Był jednak pośród nich jeden polityk, który twierdził, że Polska w konfrontacji z Rzeszą nie wytrzyma nawet trzech miesięcy. Był to pułkownik Ignacy Matuszewski.

Piłsudczyk

Podczas wielkiej wojny Matuszewski tworzył Korpusy Polskie w Rosji. Skazany na karę śmierci zarówno przez bolszewików, jak i przez Niemców, zajął Mińsk i wypędził bolszewicką załogę. Gdy wybuchła niepodległość, skierowano go do wywiadu. Po służbie został powołany na stanowisko attaché wojskowego w Rzymie, a 1 grudnia 1924 r. awansowano go na pułkownika. Był kierownikiem Ministerstwa Skarbu i Ministrem Skarbu w pięciu kolejnych rządach i zawsze przestrzegał przed dopuszczeniem mniejszości narodowych do równego z Polakami wpływu na państwo, co było o tyle dziwne, że jego matką była Żydówka – Aniela z domu Bein. Jako ciekawostkę można dodać, że ojcem chrzestnym Ignacego był… Bolesław Prus.

Wizjoner

Na początku lat 30 XX wieku Matuszewski poróżnił się z Marszałkiem. Jego zdaniem po dojściu Hitlera do władzy Polska winna była podwoić swoje siły militarne i prócz dozbrojenia armii wystawić dodatkowe 3 dywizje czołgów. Niestety, jako czołowy publicysta „Gazety Polskiej” był często cenzurowany, a jego racje przedstawiano jako wynurzenia pesymisty kraczącego na prawo i lewo o mającym nastąpić nowym rozbiorze Polski.
„Przewaga wojskowa Niemiec jest tak ogromna, że w ciągu trzech miesięcy musimy tę wojnę przegrać z kretesem” – przekonywał cierpliwie, dodając, że przewiduje, iż do Rzeszy dołączą Sowiety, by wreszcie ukręcić łeb „bękartowi wersalskiemu”. „Wszyscy ówcześni czciciele Naczelnego Wodza – wspominał później z rozgoryczeniem – pouczali nas, że «Wódz wie lepiej», a wielbiciele ministra skarbu wykładali nam, że «potencjał gospodarczy» jest ważniejszy od tanków”.
Ten właśnie pułkownik wywiadu 9 września 1939 r. spotkał na swojej drodze ku granicy z Rumunią, pod niemieckimi bombami, w Łucku na Wołyniu konwojenta polskiego złota, pułkownika Adama Koca, jak on byłego oficera wywiadu i prezesa Banku Polskiego. Ale cofnijmy się do 3 września 1939 roku.

Polskie złoto

W obliczu niemieckiej agresji na Polskę i szybkich postępów Wehrmachtu stało się oczywiste, że rezerwy złota państwa polskiego zgromadzone w kraju należy ratować, wywożąc je za granicę. Powierzono tę misję prezesowi Banku Polskiego, pułkownikowi Adamowi Kocowi. Ten nie bez trudu ustaliwszy, gdzie owo złoto jest przechowywane… o mało nie dostał zawału. Okazało się, że w warunkach kompletnego rozgardiaszu i powszechnego braku łączności musi przetransportować ku granicy ponad 1200 skrzyń ważących ponad 60 kg każda, czyli blisko 80 ton czystego stuprocentowago kruszcu z pięciu różnych miast, w których złoto było złożone, nie mając przy tym środków transportu, gotowych pełnomocnictw ani tak naprawdę… sprecyzowanego celu podróży.
Pułkownik Koc wydał odpowiednie instrukcje. Po południu 5 września tym, co było pod ręką, a więc autobusami PKP, naprędce wyremontowanymi ciężarówkami i samochodami osobowymi oraz furmankami, z nielicznym konwojem, by nie zwracać uwagi, pod osłoną nocy, bowiem Luftwaffe nie bombardowała nocą, w stronę Łucka, gdzie miała nastąpić koncentracja, ruszyły trzy transporty. Pierwszy wyjechał z Warszawy przez Lublin, drugi z Siedlec przez Brześć i wreszcie trzeci bezpośrednio z Zamościa. Do koncentracji w Łucku nie doszło, ale w tym wołyńskim mieście zdarzyło się za to co innego. Mianowicie 9 września pułkownik Koc dostał nagle informację, że by zapewnić lepszą opiekę nad złotem, mianowano go wiceministrem skarbu. Lepsza opieka w oczach prezesa banku polegała na natychmiastowym wyjeździe na Zachód w celu, jak się wyraził, negocjowania pomocy finansowej i wojskowej. Problemem było tylko znalezienie zastępcy, który zgodzi się zostać wielbłądem i wziąć na garb cały ten kram ze złotem. Idealną osobą okazał się przygodnie spotkany były Minister Skarbu, pułkownik Ignacy Matuszewski. Z jednej strony człowiek kryształowo uczciwy i dobry menadżer, który z pewnością udźwignie zadanie od strony logistycznej i prędzej polegnie, niż wyda depozyt wrogowi, a z drugiej opozycjonista i krytyk sanacji, którego łatwo będzie uciszyć i spostponować, oskarżając o drobne nadużycia i niedociągnięcia, odsuwając definitywnie od sprawy. Zwłaszcza że Matuszewski podróżował w towarzystwie byłego attaché wojskowego w Tokio, ministra przemysłu i handlu, majora Henryka Floyar-Rajchmana.

Geniusz logistyki

Ów tandem okazał się genialny. Wyznaczony przez Matuszewskiego Rajchman po zmniejszeniu liczby pojazdów i ich zatankowaniu, po ograniczeniu ich ochrony doprowadził „złoty konwój” do Śniatynia na granicy z Rumunią, gdzie nastąpiła faktyczna koncentracja trzech transportów i przepakowanie złota do pociągu. Następnie dowodził już Matuszewski, który wynegocjował z naciskanym przez Rzeszę rządem Rumunii 48-godzinny przejazd przez terytorium kraju do portu w Konstancy. Tu pomogli przekonani przez Matuszewskiego Anglicy, oddając do dyspozycji konwoju nieduży statek „Eocene”. Nie mogąc jednak dać mu eskorty morskiej, doradzili drogę przez Turcję. Matuszewski nie zgodził się na przekazanie depozytu konsulowi RP w Stambule, uczynił go jednak odpowiedzialnym za transport przez Turcję drogą lądową do granicy z Syrią i dalej do Libanu. Opłata, której zażądała za tę przysługę Turcja, omal nie skończyła się koniecznością spieniężenia części skarbu, na co definitywnie nie zgadzał się Matuszewski. Klasycznego pata rozwiązał pewien Amerykanin, darując Polakom, na prośbę pułkownika, ciepłą rączką 30 tysięcy dolarów. Pociąg towarowy złożony z 12 wagonów złota dotarł do libańskiego miasta Rayak 23 września, a następnie dwa składy kolejki wąskotorowej przewiozły złoto do Bejrutu. Stąd podzielony skarb na pokładach francuskich okrętów wojennych dotarło do Tulonu, a 5 października znalazł się w Paryżu.

Podziękowania

I tu na naszych bohaterów czekały gorące „podziękowania”. Kubeł pomyj osobiście wylał na głowy Matuszewskiego i Rajchmana minister Koc. Obejmowały one oczywiste niedociągnięcia, naganne decyzje i karygodne nadużycia, pośród których wyliczyć można: zatrudnienie w konwoju jako kierowcy żony Matuszewskiego, pierwszej polskiej złotej medalistki olimpijskiej, dyskobolki Haliny Konopackiej, co nazwano „przewiezieniem na koszt Banku wielu osób postronnych”, choć było wiadomo, że napotkani w Łucku politycy podróżują z rodzinami, których nie zostawią, zbyt hojne wydawanie pieniędzy na podstawie wygórowanego rachunku za lemoniadę dla tragarzy na pustyni oraz defraudację! Tak. Między rachunki bankowe zaplątał się paragon Matuszewskiego za proszki od bólu głowy.
Zniesmaczeni takim podziękowaniem Matuszewski i Rajchman wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Skazani na zapomnienie tak przez rządzących Polską po wojnie komunistów, jak i przez londyńską ekipę Mikołajczyka, umarli na obczyźnie – Matuszewski w 1946 r., a Rajchman 5 lat później, w testamencie każąc pochować się we wspólnym grobie. Być może, chcieli jeszcze raz wspólnie się zastanowić, po jakie licho dali się wkręcić w to złoto.

PS Szczątki Ignacego Matuszewskiego i Henryka Floyar-Rajchmana 23 listopada 2016 r. przywieziono do Polski i 10 grudnia 2016 r. pochowano na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Zdjęcie: NAC

Tekst pierwotnie opublikowano w magazynie TAK RODZINIE

O autorze

Andrzej Łukasiak

Andrzej Łukasiak

Publicysta, grafik, historyk, miłośnik Polski szlacheckiej, fantasy i muzyki lat 50. i 60., współautor systemu fabularnego "Dzikie Pola", szczęsliwy mąż, ojciec sześciorga dzieci.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: