Edukacja

Ten okropny ojciec Alojzy (XVIII)

Biegali po korytarzach walcząc o małą książeczkę. O małą niebieską książeczkę. O tomik wierszy. Każdy chciał choć przez kilka godzin. Poczytać. To rozbawiło Ojca Alojzego, który – chociaż nigdy nie był poetą – to jednak też lubił. Poczytać. W sumie lepiej, że czytają wiersze niż Harry`ego P. albo Coelho P, pomyślał. Gdy jednak liryczna bieganina nie kończyła się, a nawet przybierała na intensywności, aż w końcu niebieska książeczka, sfatygowana, jakby jej czytelnikami byli żołnierze wojny stuletniej, została pozbawiona okładki, i od tego momentu przekazywano ją sobie w dwóch częściach, z nabożnym żalem w sercu i błyskiem łzawym w oku, czyli zyskała status relikwii, wówczas, ach, co za kilometrowe zdanie, a mówili w szkole, aby krótko i zwięźle, ale jak tutaj zwięźle, wówczas Ojciec Alojzy postanowił interweniować.

– Cześć Julka, zagadał do Julki, widząc, iż dzierży w dłoniach. – Myślisz, że dam radę? No, poczytać z tego niebiańskiego dzieła, ni to zażartował, ni to rzucił komplement. Takie małe ironiczne kurtuazje.

– Ojcze, czyta Ojciec na własną odpowiedzialność. To są erotyki. Poważne erotyki – patrzyła na Alojzego z poważną miną. Skoro poważne erotyki, więc mina też poważna, pomyślał Alojzy i lekko spąsowiał.

Julka, miłośniczka rowerów, której upadek ostatnio słyszano gdzieś w Nowej Zelandii, perorowała dalej:

Jutro w południe proszę oddać. Bo ludzie czekają. Są zapisy, lista dwudziestoosobowa. Ale księdza puszczę poza kolejką. Uśmiechnęła się nieśmiało. – W nagrodę za Wio-Raj-Row. Czyli za Wiosenny Rajd Rowerowy. I proszę koniecznie przeczytać numer trzydziesty pierwszy! Numer trzydziesty pierwszy… o róży! – rzuciła i odeszła lekkim krokiem bezrobotnego anioła.

[Po pięciu godzinach, wieczorem. Ojciec Alojzy otwiera małą niebieską książeczkę]

Modlitwa, tytuł pierwszego wiersza nastraja całkiem optymistycznie. A nawet religijnie. Nieźle się zaczyna, westchnął. Numer sto szesnasty: o śmierci niechybnej, całkiem jak u księdza Baki, super. Ale tuż obok wiersz W gniewie: „Jak anioł, co frunął za wzgórza/ Ufność opuściła mnie na zielonej łące:/ Biedna dusza stała”. I tak strona po stronie. I tak wiersz po wierszu.

[Następnego dnia, w okolicach południa]

– I jak, co Ojciec powie? O wierszach – niecierpliwiła się Julka.

– Wiesz Youlka, powiem tak: to nie są wiersze… To czysta poezja!

– To wiemy wszyscy! – zniecierpliwiona nie dawała za wygraną. – Ale jak, przykleiły się do serca? A może się nie przykleiły…? To przecież erotyki! E-RO-TY-KI!

– Cóż powiedzieć, przeczytałem i żyję. Stąd wniosek, że od poezji się nie umiera, rzekł był Alojzy, oddał małą niebieską, i odszedł.

Po dwóch krokach zobaczył, że Youlka znowu stoi przed nim (jak ona to zrobiła?), wpatruje się w niego stanowczo, jak rewolwerowiec w westernie „W samo południe”,

Tak łatwo Ojcu nie pójdzie! Proszę powiedzieć, nawet jeśli to będzie gorzka odpowiedź. Połowa gada, że to „nic takiego”, ale wszyscy kserują na potęgę. Wiem, bo babka w xero to moja znajoma.

Dobrze wiedzieć, już nie będę u niej kserował testów biblijnych na klasówki! Chociaż powiem uczciwie, ja należę do pokolenia, które zamiast kserować, woli wpisywać własnoręcznie do swojego sztambucha. Ten typ tak ma. I oby się to już nie zmieniło. A wiersze…? Cóż, mówiłem Ci przecież, że to poezja. Krótko mówiąc w tych wierszach róża jest naprawdę różą, konwalia konwalią, a stokrotki 100krotkami! A ten Twój numer trzydziesty pierwszy, westchnął i począł cytować:

Pisałem Cię konwalią i zmierzchem –

I byłaś jak fontanna strzelista,

Mówiłem Ci  zwierzenia najlżejsze

Na stokrotkach, w wierszach i w listach…

I już miał zacząć Alojzy wykład o pocałunku przez różę (bo przecież to najistotniejsza metafora numeru trzydziestego pierwszego), o imionach Umberta Eco i o tym, że nawet w teologii może być swoisty „casus rosae”, w którym teolog zachwyca się własną teologią zamiast zachwycać się Tym, który Jest – Jest i Kocha poetów i teologów – jednak Julka zniknęła. Niczym anioł, idący na spotkanie z następną ofiarą. A z nią zniknęła niebieska książeczka z urwanym skrzydłem. Niczym niebieski anioł.

– Dobrze, że nie zapytała, który wiersz zrobił na mnie największe wrażenie, sapnął Alojzy do swojego Anioła Stróża.

– Numer trzydzieści sześć! – szepnął zaaferowany anioł. – Na mnie też zrobił największe wrażenie.

– Ciszej, jeszcze ktoś nas usłyszy, zaniepokojony Alojzy szukał wzrokiem niebezpiecznych przedstawicieli Stowarzyszenia Umarłych Poetów.

– No tak, czytanie erotyków to…! Jaka to kategoria grzechów? – anioł był wyraźnie rozbawiony.

– Zapytaj króla Salomona, to przecież on napisał „Pieśń nad pieśniami”, najbardziej erotyczny tekst w historii ludzkości, biedny mnich nie dawał za wygraną.

Przez chwilę mierzyli się surowym wzrokiem, aby w końcu… parsknąć śmiechem.

* * *

Tej nocy Alojzemu przyśnił się mądry król Salomon. Trzymał w rękach niebieską książeczkę. Widocznie to z nim umówiona była w samo południe Julka. Król otworzył sfatygowany tomik na stronie, ja wiedziałem, że tak będzie, to żaden sen, to okropny koszmar, słodki koszmar, na stronie trzydziestej szóstej. Nie patrząc w ogóle w stronę wiersza, Salomon zaczął snuć swoją opowieść. O człowieku, którego żona umarła. Któremu został po niej ślubny welon, pantofelki i kolczyki. Ślubny welon zwinąłem w pomiętą gazetę. W rozpaczy kopałem w krzesło

puste,

zimne,

niedobre.

Mam jeszcze mydło po tobie, którym mydliłaś piersi – włosy mydliłaś gorące, i nos mydliłaś – i nos. Całuję ten śliski kamyczek, pożeram ten śliski kamyczek – na jutro mi już nie starczy, mój Boże, i zacznie się głód.

Prawdziwy dramat zaczyna się tam, gdzie poezja miłości zmienia się w prozę życia, zapisał o świcie Ojciec Alojzy. Z bólem serca rozpoczął nowy dzień.

Na długiej przerwie podbiegła do niego Julka w towarzystwie czterech szkolnych łobuzów, a od niedawna „poetów”:

– Przychodzimy w piątkę, bo wiemy, że dla Ojca pięć to liczba magiczna.

– Może lepiej „mistyczna”? – poprawił ją Alojzy – A ja myślałem, że Twoi towarzysze to czterej jeźdźcy Apokalipsy!

– Bez takich proszę, jeżeli już, to czterej ewangeliści, skrzywiła się Julka. – Ojcze, czy możemy odprawić mszę za Grochowiaka?

 

 

Edgar Degas, Błękitne tancerki (1890)

O autorze

ks. Stefan Radziszewski

ks. Stefan Radziszewski

Urodzony w 1971 r., dr hab. teologii, dr nauk humanistycznych, prefekt kieleckiego Nazaretu; miłośnik św. Brygidy Szwedzkiej i jej Tajemnicy szczęścia oraz Żółtego zeszytu św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Czciciel s. Wandy od Aniołów.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: