SPOŁECZEŃSTWO

Opowieść o Dwunastu Miesiącach. Grudzień.

Grudzień przystanął zmęczony i oparł się o drzewo. Jego wędrówka dobiegła końca i w zasadzie odliczał już nie dni, ale godziny do przekazania władzy Styczniowi, z jego energią, świeżością i nieustającymi postanowieniami, z których Grudzień już nawet nie rozliczał. Patrzył jedynie na tę młodzieńczą radość Stycznia, kiwając nad nią siwą głową, w której było zbyt wiele myśli, aby mógł za nimi nadążyć. Nigdzie się już nie spieszył. Taki miał przywilej jako ostatni miesiąc Roku. Nie pędził przed siebie i za niczym nie gonił. Po prostu był, a wraz z nim spokój, którym się dzielił i zachwycenie nad życiem, w którym co roku odkrywał cud istnienia. I cud Miłości, która wychodziła z niepozornego żłóbka i promieniowała na cały świat, okrywając go jak delikatny tiul ślubną suknię.
Jako najstarszy ze wszystkich dwunastu braci, Grudzień miał w sobie wyciszenie i pogodzenie z tym, na co nie miał już wpływu. Czas. Upływał niesiony życiem, zupełnie jak kawałek spróchniałego drzewa na rzece. Czasami tylko przystawał, na nieuchwytną chwilę, czymś zadziwiony, ale trwało to tak krótko, że nikt nawet tego nie zauważał. Czas był grudniowym przyjacielem. Dobrze się obaj czuli w swoim towarzystwie. Tak dobrze, że to właśnie Grudzień został tym czasem najhojniej obdarowany. Był jednocześnie początkiem i końcem. Końcem roku, który odchodził z godnością i początkiem Tajemnicy, której pamiątkę Narodzenia obchodzono od wieków właśnie w tym miesiącu. Przynosił nadzieję, głosił potęgę miłości i umacniał wiarę. Szary, niepozorny miesiąc, skłaniający do refleksji nawet tych, którzy na co dzień nie umieli się zatrzymać i zadumać.
Grudniowe poranki miały w sobie zamyślenie, a długie wieczory sprzyjały bliskości, skupionej w ogrzewanych płomykami świec domach. Grudniowe oczekiwanie nie było niecierpliwością, lecz wyglądaniem obietnicy, która zawsze się spełniała, gdy człowiek nie ograniczał się tylko do tego, co na powierzchni.
Grudzień łączył w sobie równocześnie dziecięcą radość z jej spontanicznością i zachłyśnięciem życiem, jak i stateczną dojrzałość, gotową na przyjęcie tego wszystkiego, czym został obdarowany czy obarczony. Pomimo tej dojrzałości, nie było w nim surowości tylko łagodność, przez którą chciał opowiedzieć ludziom o zwyczajnym życiu, którego tak często nie doceniają. O życiu, które nieodmiennie go zachwycało i o jego barwach, jakie odbijały się w pozornej szarości.
Grudzień nie smucił się tym, że odchodził, prowadząc wsparty na sobie Stary Rok, który już nigdy miał nie powrócić. Smucił się tym, że ludzie, oczekując tak wiele, przegapiali to niewiele, w którym więdły niewykorzystane szansy i marnowały się okazje podsuwane przez los. Z bólem serca patrzył na zapędzonych ludzi, których tak wiele omijało, bo nie umieli się pochylić nad tym, co często leżało tuż pod ich nogami. Zapominali, że w pośpiechu gubi się szczęście, bo ono przychodzi w drobiazgach codzienności i że nie można mieć wszystkiego od razu, bo właśnie te małe kroczki są w życiu najważniejsze i to one nadają mu jedyny i niepowtarzalny smak. Dlatego w świecie było tak wiele rozgoryczenia i rozczarowania, bo pomimo tego, że człowiekowi udawało się osiągnąć tak dużo, tak naprawdę niewiele go cieszyło i człowiek wciąż stawiał przed sobą kolejne, szybkie cele do zdobycia wierząc, że jak już do nich dotrze, będzie szczęśliwy. I tak niewielu z ludzi naprawdę zrozumiało, że być szczęśliwym trzeba się po prostu nauczyć i że nie jest to lekcja łatwa, ale warta odrobienia.
Grudzień dmuchnął w stronę zwisających nad jego twarzą gałązek, a one natychmiast pokryły się srebrnym szronem, iskrząc się diamentowymi drobinkami. Uśmiechnął się, patrząc na swoje dzieło. Lubił zostawiać po sobie piękno, skłaniające do zachwytu. Wiedział, że wciąż jeszcze są tacy, którzy to doceniają.
Schylił się i podniósł ze zmarzniętej ziemi gruby kij, na którym się podparł. Ruszył, zmierzając do umówionego miejsca, w którym czekał na niego Stary Rok. Nie mógł się spóźnić wiedząc, że wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Nawet odchodzenie, nieodłącznie wpisane w życie.
Fot: Marcin Piotr Oleksa

O autorze

Monika A. Oleksa

Monika A. Oleksa

Pisarka, eseistka, blogerka. Lektor języka angielskiego i businesswoman. Od dwudziestu lat żona Marcina. Mama dwóch nastolatków. Marzycielka z duszą wrażliwą i otwartą na drugiego człowieka. Pisanie jest jej pasją od zawsze.Debiutowała w 2002 roku  zbiorem opowiadań „Uśmiech Mima”. Pierwsza powieść „Miłość w kasztanie zaklęta” ukazała się w 2011 roku, kolejne: "Ciemna strona miłości”, "Samotność ma twoje imię", „Niebo w kruszonce” i „Spacer nad rzeką”. Blog autorki http://magialiterczarslow.blogspot.com/

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: