Edukacja

Pan od religii

Wśród wielu pytań które sobie z uczniami na lekcjach zadajemy, tych o istnienie i Boga, o słowa Pisma; między refleksją: jak żyć?, co robić? jak być świętym?; poprzez ważkie zagadnienia, zahaczające często o theologia magna – przebija wciąż jedno egzystencjalne pytanie: ile do dzwonka?

Gdy zaczynały się przymiarki do tego, żebym pracował w szkole podstawowej jako nauczyciel religii – znajomy ksiądz w dwóch rozmowach dopytywał mnie: „czy ty na pewno dobrze się czujesz?” (to cenzuralna wersja jego wypowiedzi). Dodając, że jednocześnie był to okres wzmożonego strajku nauczycieli i temat rzeczywistości polskiej edukacji – szczególnie pozycji w niej szeregowego belfra – był wszędzie na topie, trudno o jakieś racjonalne argumenty za tym, że od września pracuję na pełen etat (a nawet więcej) jako katecheta w jednej z pruszkowskich podstawówek.

Albo inaczej – racjonalnych argumentów mógłbym wymienić choćby kilka, ale jeśli ktoś jest z jakiegoś powodu uprzedzony (lub przynamniej nieufny) wobec pracy w szkole publicznej, to i tak to do niego nie trafi. Może ja jestem jakiś dziwny, ale najzwyczajniej w świecie lubię tę pracę, czuję do niej pewne powołanie i misję (to do niej mam pełne wykształcenie zawodowe) – wydaje mi się, że to powinno jakoś zamknąć sprawę domysłów.

Robi się!

Podstawową uciążliwością (albo koniecznością dobrego zorganizowania się) jest to, że nadal pracuję w parafii – jestem więc jednocześnie katechetą, organistą, dyrygentem chóru i scholii dziecięcej, całkiem sporo aktywności, c’nie? Pomijając moje absolutnie podstawowe role: męża i taty – nie lada wyzwaniem jest pogodzenie tego wszystkiego i ułożenie w odpowiednich proporcjach, tak aby nic z tego nie zaniedbać, być wszędzie fair, dotrzymywać zobowiązań. Doba nie jest z gumy, lekcje się same nie przygotują, kartkówki nie sprawdzą, nikt za mnie moich dzieci dostatecznie nie wyprzytula, ani żony nie wycałuje. Bez sprawnej organizacji i zarządzania wywrotka jak w banku! Pierwsze dwa tygodnie zeszły mi w znacznej mierze na dopięciu kalendarza google’a w telefonie, poukładaniu własnego planu tygodnia, poprzestawianiu niektórych przyzwyczajeń i wreszcie… nabrania pewnego zdrowego dystansu do wszystkich obowiązków, poza tymi rodzinnymi – i można żyć.

Ma to wszystko też wymiar czysto fizyczny; otóż domyślałem się, że po pracy w szkole mogą człowieka boleć różne części ciała – głowa, uszy, serce… ale nie domyślałem się, że najbardziej będą bolały mnie nogi! Coś czuję, że żaden rower ani siłownia tak mi mięśni nóg nie wyrobią, jak wędrówki w tę i we w tę po korytarzach, schodach, no i sali lekcyjnej (usiąść na lekcji, szczególnie w młodszych klasach to napisanie na siebie wyroku).

Moje dzieciaki

Uczę prawie dwa miesiące. W trzynastu klasach (od trzeciej do ósmej) mam grubo ponad dwusetkę uczniów – po pierwszym tygodniu byłem przekonany, że niemożliwością jest zapamiętać ich imiona… ale zdecydowaną większość mam już ogarniętą, co poczytuję za swój osobisty sukces!

Ależ to jest rozrzut wiekowy, z ogromnymi różnicami między poziomami. Przepaść między dziewięciolatkiem a czternastolatkiem (a nawet między jedenastolatkiem a dwunastolatkiem) jest ogromna, i nauczenie się z mojej strony tych różnic, umiejętne wejście z tymi ludźmi w jakiś dialog, to dopiero wyzwanie. Niektórzy z nich działają mi na nerwy, nie powiem – są klasy, do których idę jak na ścięcie, są takie do których idę odpocząć. Sporo jeszcze przede mną drogi do nabycia odpowiedniego doświadczenia (myślę, że przejście jednego pełnego roku szkolnego to minimum, żeby móc się głębiej wypowiadać o pracy nauczyciela w szkole), ale myślę, że na razie jest całkiem nieźle, ja żyję, uczniowie żyją, nie narzekam zanadto…

Oczekiwania, wszędzie oczekiwania

Wszyscy wokół mają pewne oczekiwania – niektóre stoją ze sobą w konflikcie.

Sporo uczniów, zwłaszcza w starszych klasach, oczekuje, że religia to taki lajtowy przedmiot (trudno go nawet nazwać przedmiotem), na którym katecheta (trudno go nawet nazwać nauczycielem) odpali jakiś film, kto chce będzie mógł się zdrzemnąć, reszta zje kanapki, odrobi zadania z matmy lub nauczy się na klasówkę z polskiego. Wymaganie systematycznego pracowania, zapisywania notatek do zeszytu, odrabiania prac domowych i bycia przygotowanymi na odpowiedź ustną – brzmią jak mowa w obcym języku.

Te oczekiwania uczniów zbiegają się w większości z oczekiwaniami części rodziców – którzy ewentualnie dodaliby, że „oczywiście, jakąś tam wiedzę niech pan przekazuje, nie że w ogóle spanie na tych lekcjach i granie na telefonach, ale chyba poniżej piątki to z tego nie będzie na koniec, no jak to tak?”. Dodajmy, że teraz chyba co trzeci uczeń ma jakąś opinię lub orzeczenie o różnych deficytach i szczególnych potrzebach, które należy uwzględnić w swoich wymaganiach i systemie oceny – a nawet jeśli nie ma, no to nie oszukujmy się, wszystkie dzieci są wspaniałe i cudowne, a nasze to już w ogóle najzdolniejsze, najgrzeczniejsze i się starają, to co, szósteczka?

Swoje oczekiwania ma również dyrekcja, wydział katechetyczny prześwietnej kurii oraz nadzór metodyczny – panie szanowny, regularnie jedna ocena w miesiącu ma się w dzienniku pojawić, pilnujemy rozkładu materiału, tematów lekcji w dzienniku, podstawy programowej, systemu oceniania, planu rozwoju awansu zawodowego, szkoleń pedagogicznych, wytycznych dyrektorium katechetycznego, statusu szkoły, przepisów bhp i regulaminu dyżurów na przerwach. To tak z grubsza.

Reasumując – jeśli klient z piątej lub szóstej klasy daje mi do oceny zeszyt lub zeszyt ćwiczeń, który powinienem ocenić na dwóję, to… oceniam na dwóję i tyle. A później będę robił wszystko, co się da, żeby na koniec była piątka. Tak sobie trzeba z tym wszystkim radzić, tak myślę, żyjąc gdzieś po środku, zdroworozsądkowo ale uczciwie.

Twardszy niż diament, czulszy od matki

Mam nadzieję, że zostanie tym szkrabom, i tym z trzeciej, i tym z ósmej klasy, choć cokolwiek z mojego gadania, pisania, śpiewania, czasami krzyczenia. Niech zapamiętają, że Bóg to jest Ktoś, że Kościół to ich miejsce, że tam jest życie, tam jest wolność, tam jest szczęście; że katecheta będzie zawsze z nimi, będzie wymagający i łagodny zarazem, wrzaśnie gdy mu cierpliwość się skończy i co chwila będzie słał negatywne uwagi o zachowaniu ancymona, z adnotacją do rodziców – ale w końcu obroni, gdy będzie trzeba, i nigdy nie da zrobić krzywdy.

Chciałbym być, w pewnym sensie, ich towarzyszem drogi – bez narzucania się, ani jakiejś nachalności, ale kimś dostępnym, do kogo można się zwrócić w dowolnej sprawie, komu można zaufać.

Kiedyś, na jednych z praktyk w czasie studiów, usłyszałem takie słowa, i odświeżyłem je sobie, rozpoczynając teraz pracę w szkole: „Bądź twardszy niż diament i czulszy niż matka” – czyli twardy w wymaganiach i czuły w budowaniu więzi z uczniami. Tak jak Jezus w Ewangelii, co tu dużo gadać.

fot. Autor

O autorze

Jan Buczyński

Jan Buczyński

W domu mąż Elżbiety i tata Basi. W pracy organista parafialny,
dyrygent chóralny i katecheta przedszkolny. W wolnej chwili bloger
(ejtomy.pl, publikuję również na areopag21.pl). Z wykształcenia
teolog i muzyk, z zamiłowania czytelnik książek, słuchacz muzyki,
pasjonat historii oraz obserwator otaczającej rzeczywistości.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: