Wiara

Czy Pierwsza Komunia Święta jest do zbawienia koniecznie potrzebna?

Troje gimnazjalistów w Jaśle sprofanowało Najświętszy Sakrament. Wypluli i podeptali Ciało Chrystusa, do tego obrażali wiernych i śmiali się z nich i udawali, że wieszają się na krzyżu. Młodym profanatorom, jak wszystkim w podobnej sytuacji, grozi ekskomunika. Ale nie wystarczy pogrozić palcem i spróbować bardziej wyczulić się na podobne zachowania albo – z drugiej strony – stanąć w obronie młodzieży i dzieci, bo nie są świadomi swoich działań. Należy zastanowić się nad źródłem takiego zachowania gimnazjalistów, nie zrzucając winy wyłącznie na błędy wychowawcze.

Oczywiście dzieci wychowane w poszanowaniu dla wartości wyznawanych przez innych, niekoniecznie nawet przyjętych jako własnych, do podobnych zachowań prawdopodobnie by się nie posunęły. Nie jest jednak raczej tak, że ten incydent zdarzył się podczas ich pierwszej w życiu bytności w kościele. Gimnazjaliści, kiedy byli w szkole podstawowej, przystąpili wraz z innymi kolegami po raz pierwszy do komunii świętej. Gdyby nie sprofanowali Ciała Chrystusa – i jeżeli w konsekwencji tego czynu nie zostaną ekskomunikowani – już wkrótce wraz z innymi kolegami ze szkoły przyjęliby sakrament dojrzałości chrześcijańskiej, czyli bierzmowanie. Błąd nie tkwi zatem w problemach wychowawczych dzisiejszej młodzieży, lecz w całym obowiązującym w polskim Kościele systemie sakramentalnym.

Nasza polska tradycja zakłada, że dzieci się chrzci, potem prowadzi się je do pierwszej komunii, zmusza do bierzmowania, a na końcu wypada jeszcze wydać za mąż w białej sukni (lub w czarnym smokingu). Wszystko to odbywa się często bez większej wspólnoty z Kościołem zarówno ze strony rodziców tych dzieci, jak i samych zainteresowanych. Stąd takie smaczki – nie będące rzadkością – jak ateista w roli chrzestnego, chrzczenie dziewięciolatków na miesiąc przed pierwszą komunią (bo wszyscy z klasy idą do komunii, a ono jedno nie pójdzie), huczne zrywanie świeżo bierzmowanych z Kościołem czy prywatne dziecko panny młodej niosące za nią welon. Stąd często nie wiadomo, czy przyjęcie odbywające się w danym lokalu w niedzielę to chrzciny, impreza komunijna czy poprawiny wesela – bo alkohol leje się równo na każdym.

Przestrzeganie tej niekatolickiej tradycji to znów nie wyłącznie wina rodziców, którzy nie widzą często innej możliwości. Ochrzczeni młodzi ludzie w pierwszych klasach szkoły podstawowej – gdy uznaje się już ich zdolność do używania rozumu – przygotowują się do pierwszej komunii świętej bez względu na to, jak bardzo wierząca jest ich rodzina i jak bardzo same pragną stałej, niegasnącej więzi z Chrystusem. Dla mnóstwa z tych dzieci komunia święta to prezenty: laptop, smartfon, quad. Dla wielu to czekająca ich impreza, na której to oni mają być najważniejsi. I wszystkie one, obok tych naprawdę gorliwych i kochających Boga, przygotowywane są do pełnego udziału w Eucharystii w ten sam sposób: poprzez uczenie się na pamięć pięciu przykazań kościelnych, sześciu prawd wiary i siedmiu grzechów głównych. Naprawdę nieczęsto zdarza się, by katecheta zwracał uwagę na osobistą motywację ucznia, kiedy dopuszcza go do pierwszej komunii. Podobnie bywa zresztą przy bierzmowaniu. Gdzie leży wina? Winę za to, że dzieci zarówno wierzące, jak i niewierzące, idą do komunii jak stadko owieczek, ponoszą ci księża i katecheci, którym wydaje się to obowiązkowe. Dziecko jest w drugiej lub trzeciej klasie – czas na komunię. Ale tak nie musi być. Wystarczy zapytać, czy pierwsza komunia święta jest konieczna do zbawienia.

Nietrudno znaleźć odpowiedź na to pytanie. Jedynym sakramentem, bez którego zbawienie nie jest możliwe, jest ten, który obmywa z grzechu pierworodnego – chrzest święty. To on jest znakiem wiary, wyrzeczenia się szatana i oddania Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu. Oczywiście – człowiek wierzący powinien jak najczęściej odnawiać przyrzeczenia chrzcielne, powinien też dążyć do pełnego życia sakramentalnego, do częstej spowiedzi, komunii świętej i dojrzewania chrześcijańskiego zwieńczonego sakramentem bierzmowania. Ale obowiązek potrzebny do zbawienia zostaje wypełniony już w chrzcie – i na tym sakramencie powinny zakończyć się naciski katechetów i kapłanów na kogokolwiek, jeśli w ogóle można uznać, że jakiekolwiek naciski są potrzebne. Jeśli Kościół katolicki uznaje, że dziecko w wieku siedmiu lat ma zdolność używania rozumu, to dobrze jeśli ono samo określi, czy i dlaczego chce przystąpić do pierwszej komunii. Niech to będzie szczera, mądra decyzja, a nie impuls wywołany tradycją, żądzą prezentów lub potrzebą bycia takim, jak inni, którzy przecież idą. I dalej – jeżeli dziecko ma zdolność używania rozumu, to niech decyzja należy do niego, a nie do jego rodziców, niech ono będzie panem własnej woli tego dnia, a nie opiekunowie. Tymczasem często można zauważyć, że odpowiedzialnością za przygotowanie potomstwa obarcza się jeszcze rodziców osób bierzmowanych, zapominając o domniemanej dojrzałości chrześcijańskiej.

Warto zastanowić się, czy tradycyjne przygotowanie drugo- czy trzecioklasistów do pierwszej komunii jest koniecznością. Czy nie lepiej skupić się na sprawdzaniu ich decyzyjności i tego, czy naprawdę pragną zjednoczyć się z Chrystusem. Wtedy można przygotować – każdego indywidualnie – do pełnego udziału w Eucharystii. Może nawet wyjątkowo uroczystego za pierwszym razem. Ale nie poprzez uczenie modlitw i formułek (w przekonaniu niektórych można zapomnieć grzechy, ale nie można zapomnieć formułki do spowiedzi), lecz poprzez przywiązanie do miłości w Chrystusie i w Kościele. Co do bierzmowania, warto by przygotowywali do niego księża czy świeccy, którzy potrafią rozpalić w młodzieży chęć służenia Panu aż do oddania życia, a nie tacy, którzy traktują to jako przykry obowiązek. Takie przygotowanie oczywiście nie gwarantuje że nie będą się zdarzały profanacje podobne do tej, która miała miejsce w Jaśle. Zdecydowanie jednak ogranicza ono dostęp do sakramentów dla tych osób, które nie rozumieją ich znaczenia i nie widzą ich mocy zbawczej. Dla których życie sakramentalne jest pustą tradycją albo głupim żartem.

Photo: limaoscarjuliet via Foter.com / CC BY

O autorze

Mateusz Gajek

Mateusz Gajek

Teolog z wykształcenia, anglista z zatrudnienia, wkrótce również informatyk. Uczy w szkole specjalnej z powołania, marzy o przyszłości pisarza. Mąż i tata trójki dzieci. Lubi czytać, dobrze zjeść i obejrzeć film w towarzystwie małżonki.
Prowadzi bloga maurycyteo.wordpress.com

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: