Wiara

Poradnik homiletyczny (2)

Dla tych, którzy muszą mówić kazania

Najtrudniejsze jest pierwsze słowo. A zatem warto mieć swój początek, stały sposób rozpoczynania. Sakramentalne Laudetur Jesus Christus. Albo Umiłowani Bracia i Siostry. Albo Bardzo Kochana Młodzieży, jak do studentów KUL-u mawiał ks. Idzi Radziszewski. A nawet Kochani moi, które nieustannie powtarzał w Kielcach bp Kazimierz Ryczan. Można też zaprosić do słuchania poprzez cytat z Ewangelii. Albo posłużyć się starożytnym – Święta Matka Kościół daje nam dzisiaj do słuchania… A nawet zastosować prosty chwyt retoryczny – Zapraszam na krótką refleksję o trzech sprawach, a nawet czterech. Słuchacze dowiadują się już w pierwszym zdaniu o tym, że będzie krótko, że kaznodzieja wie dokładnie, o czym chce powiedzieć (przecież policzył tematy) i że ma coś w zanadrzu (o czym świadczyły iskierki radości, z którymi wypowiadał swoje zaproszenie).

Pamiętajmy jednak, że nawet najlepszy początek nie zapewnia sukcesu. Miłe pozdrowienie we wstępie to dobry pomysł, ale po pierwszym zdaniu musi pojawić się drugie. I trzecie. Jeżeli kaznodzieja – zestresowany, z wyraźną nerwowością, a nawet drżeniem głosu – przemawia niczym karabin maszynowy, starając się jak najszybciej „wypluć” z siebie to, co przygotował, to… kazanie będzie krótkie.  Taki sprinter na ambonie, bijący kolejne rekordy najszybszej homilii, to wielkie nieszczęście dla parafian. Ewangelia zaprasza nas, byśmy zamieszkali w wieczności, tymczasem w jego wykonaniu kazanie stało się pośpieszną gonitwą za uciekającym czasem. Przeciwieństwo strusia pędziwiatra, czyli ksiądz flegmatyk, wypowiadający jedno słowo co trzy minuty, też przyprawia o dreszcze. Sprawia wrażenie, że nie wie, co chce powiedzieć, a nawet – że nie wie, czy cokolwiek chce mówić. Jest niczym trener, który wziął czas, a potem z białą flagą zniknął w zakamarkach szatni. I słuch po nim zaginął.

Wróćmy jednak do naszej parafii! Zapraszam na krótką refleksję o… Wieczerniku, płomieniach i świętym Efremie. Kaznodzieja rozpoczął, w całkiem dobrym tempie, uśmiechając się – niczym Mona Lisa – do tekstu Ewangelii, do swoich słuchaczy, do siebie samego. Wszyscy czują, że z prawdziwą radością zabierze nas w fascynującą podróż, w której podążymy śladami Mistrza z Nazaretu. Że powie to, czego nie może nie powiedzieć – a my dowiemy się tego, czego nie wolno nam nie wiedzieć. Że nie wyleje nam kubła zimnej wody na głowę. Że nie spuści gromów z jasnego nieba na nasze biedne łepetyny. Ale też nie schowa głowy w piasek, jak przerażony struś. Wzorcowy kaznodzieja wprowadza nas w tajemniczą przestrzeń Wieczernika, w której ogień Ducha Świętego zapala się w naszych duszach. Niekoniecznie w jakiś spektakularny sposób: kaznodzieja nie mówi przecież do naszej przemądrzałej głowy (już widzę te zrozpaczone spojrzenia pseudointelektualistów), ani do naszego skołatanego serca (już nie mogę patrzeć na te smętne uśmiechy miłośników emocji). Często to nowe zesłanie Ducha jest niczym kilka iskierek, które… nosimy w sobie przez pewien czas. Jak długo? Aż do czasu, gdy Duch Święty uzna za właściwe rozpocząć w nas wielkie dzieło przemiany. Z marności grzechu ku Bogu, który jest Miłością i Mądrością. Aż do czasu, gdy stanie się cud!

Ten cud oznacza przemianę słomianego chochoła w szczerozłotą świątynię (jakby feniksowe wskrzeszenie katedry z popiołów). Oznacza pocałunek życia, który dźwiga tego, co prochem jest (i w proch się obrócił), aby mógł wreszcie powrócić do utraconego szczęścia.

Którędy do Nieba? Tędy, właśnie tędy…!

Kaznodzieja jest wielkim heroldem zbawienia, pasterzem na wzór Serca Jezusowego. Nie jest wypalonym wewnętrznie malkontentem, który na wszystko narzeka. Nie jest też entuzjastą, w którym pali się słomiany zapał, aby po chwili na zawsze zgasnąć. No cóż, ksiądz, któremu spalił się kościół, nie wygłasza płomiennych kazań! Od słów bardziej ceni milczenie. A jego ulubioną strategią jest strategia Gedeona. Niczym bohater z Księgi Sędziów pokorny proboszcz z Prandocina albo skromny wikariusz Chęcin po prostu milczy.

Zniesmaczeni intelektualiści powoli, po cichutku, opuszczają kościół (by szukać bardziej inteligentnego kapłana). Zniecierpliwieni cholerycy wybiegają trzaskając drzwiami (by znaleźć kogoś, kto poruszy ich egzaltowane serca). A kapłan milczy. Przemówi, gdy w kościółku zostaną tylko prawdziwi słuchacze:

pobożna staruszka, odmawiająca różaniec,

młodzieniec z Ruchu Czystych Serc,

pięciolatek, którego Mamusia umarła, a on obraził się na Pana Jezusa, ale dzisiaj powrócił.

To do nich Duch Święty posyła kapłana, który należy do Elitarnej Straży Świętego Efrema Syryjczyka. Kaznodzieję, który uśmiecha się – niczym święty Efrem – do tekstu Ewangelii, do swoich słuchaczy, do siebie samego. A potem zaczyna opowieść o wielkich kapłanach: o Andrzeju Boboli i Juliuszu Mancinellim, o Wojciechu Męcińskim i Hubercie Cieśliku, o Edwardzie Detkensie i Tadeuszu Jachimowskim. I jeszcze o Michale Łosie, orioniście, który był kapłanem przez dwadzieścia pięć dni.

Ilustracja: Beata Chagall

O autorze

ks. Stefan Radziszewski

ks. Stefan Radziszewski

Urodzony w 1971 r., dr hab. teologii, dr nauk humanistycznych, prefekt kieleckiego Nazaretu; miłośnik św. Brygidy Szwedzkiej i jej Tajemnicy szczęścia oraz Żółtego zeszytu św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Czciciel s. Wandy od Aniołów.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: