Wiara

Poradnik homiletyczny (6)

Dla tych, którzy muszą mówić kazania

Ląd, widzę ląd…! – krzyczy kapitan. Wszyscy marynarze biegną w stronę dziobu. Tymczasem stary bosman, patrząc w kierunku rufy, mruczy pod nosem: Ląd…? Ja też widzę lont, który już się tli – za chwilę będzie wielkie bum, a nawet bum-burum, i wszyscy pójdziemy na dno!

Często tak bardzo wpatrzeni jesteśmy w to, co przed nami, że nie zauważamy prawdziwego niebezpieczeństwa. A nawet gorzej: wiemy o zagrożeniu, ale lękamy się obejrzeć w stronę rufy. Ambicje, sukcesy, popularność tak bardzo magnesują nasze „ego”, że – zanim się obejrzymy – nasze chwilowe wygrane staną się Pyrrusowym zwycięstwem. W imię poprawności politycznej (albo nawet poprawności teologicznej) milczymy, gdy trzeba wołać i mówimy, gdy lepiej przyoblec się w milczenie. Gadamy byle co, byle jak i do byle kogo… (chociaż z tym byle kim wypadałoby się głębiej zastanowić).

Nawet najwybitniejszy orator powinien mieć się na baczności, ponieważ piękne widoki, podziwiane z dzioba, nie zwalniają z czuwania, aby na rufie nie zdetonowano bomby. Cóż po przepięknym kazaniu, gdy nagle runie na nasze głowy dach świątyni? Cóż po tęsknocie za nawracaniem dalekich plemion afrykańskich, gdy w mojej parafii topnieje liczba uczestników niedzielnej Mszy świętej? Albo inaczej: i co z tego, że nieustannie myślisz o ewangelizacji Pigmejów, gdy pycha i kompleks wyższości zjadają cię od środka? Zaprawdę ma rację filozof, portretując współczesnego człowieka: „Zamiast życia wewnętrznego, zostały mu tylko wewnętrzne kompleksy”.

Kazanie musi być arką ocalenia dla tych, którzy tracą orientację w chaosie dnia codziennego. Powracają do Kościoła (a ściśle mówiąc, przychodzą do kościoła „przy okazji”: ślubu, chrztu, pogrzebu) i tutaj powinno zapalić się dla nich światło nadziei. Żadne tam „światełko w tunelu”, należy zapalić ogień, w którym zginą „marności światowe”, a człowiek odzyska wiarę w sens…! W sens życia, w sens poszukiwania prawdy, w wartość dobroci, w to, że idziemy przez ten świat drogą zbawienia. Że płyniemy łodzią Kościoła, bo w nim jest łaska i błogosławieństwo. W nim zamieszkał Bóg życia, który powołał nas do istnienia.

Dlatego kaznodzieja nie może być smutnym Jonaszem, snującym dywagacje o stadach wielorybów i piranii, wprost przeciwnie – jak żeglarz nieskończoności spokojnie steruje do portu zbawienia. Nawet dla ateisty i bezbożnika trzeba mieć cierpliwość i dobre (mądre) słowo, które zamiesza mu w głowie i sercu. Słowo pociechy, które zatrzyma w wielkiej gonitwie za złotym cielcem, które zmusi do refleksji: Nie poddaj się, Pan Bóg nadal o ciebie walczy… Chrystus naprawdę cię kocha!

I nie czekajmy z tym wielkim orędziem nawrócenia (albo raczej nawracania się, w którym wypada zacząć od siebie samego, ale też umieścić siebie na szarym końcu) aż nadejdzie dzień apokalipsy. Nie podejmujmy walki duchowej dopiero wówczas, gdy zaczną końcowe odliczanie (jakieś ostateczne final countdown). Dzisiaj jest dobry czas, najlepszy czas, by zacząć szukać Boga, który każdego dnia – każdego z nas – szuka w ciemnościach naszych grzechów. To dzisiaj jest również dla tych, którzy zdają się nam największymi szubrawcami pod słońcem i… nie zasługują na Boże miłosierdzie, tak czasem mruczą pod nosem pobożni obłudnicy.

To trochę jak w anegdocie, którą zapisał Miguel de Unamuno, o hiszpańskim bandycie, mówiącym do kata, zanim zostanie powieszony: „Umrę, odmawiając Credo, ale nie wieszaj mnie, dopóki nie powiem: wierzę w zmartwychwstanie ciała”. Tak, tak, w każdym w nas mieszka pragnienie, by w lustrze rozpoznać twarz Dismasa, któremu na Golgocie Pan powiedział: Dziś będziesz ze Mną w raju.

Ilustracja: Emma Modigliani

O autorze

ks. Stefan Radziszewski

ks. Stefan Radziszewski

Urodzony w 1971 r., dr hab. teologii, dr nauk humanistycznych, prefekt kieleckiego Nazaretu; miłośnik św. Brygidy Szwedzkiej i jej Tajemnicy szczęścia oraz Żółtego zeszytu św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Czciciel s. Wandy od Aniołów.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: