Być mamą, być tatą

Przespać własny poród? To możliwe.

Nigdy nie przypuszczałam, że to możliwe do osiągnięcia, a jednak. Niemożliwe stało się faktem. Zdarzyło mi się przespać własny poród. Poznajcie naszą historię.

Zanim urodziłam Patryka, przyszło mi rodzić dwa razy i nigdy nie zakładałam cesarki. Chciałam rodzić naturalnie, z mężem przy boku. Plany planami, życie życiem i dwa razy trafiałam ze względów medycznych na stół. W dwóch rożnych szpitalach, z dwoma różnymi podejściami do położnic i opieki okołoporodowej.

Ta ciąża była inna.

Przede wszystkim ustąpiły moje problemy krążeniowo – sercowe i czułam się naprawdę dobrze do samego końca, choć od 34 tc. lek łykałam systematycznie. Po dwóch cesarkach początkowo nie myślałam o porodzie Sn (sam lekarz szanse oceniał na 1%), ale okazuje się, że historia zna takie przypadki. Nie ukrywam, że jedna z Was – moja czytelniczka, mocno  wałkowała wobec mnie ten temat.

Zanurkowałam w temacie. Rozmawiałam z lekarzem prowadzącym, tym samym, który prowadził mi 2 poprzednie ciąże, do którego chodzę 7 lat i jest praktykiem w szpitalach. Od razu mi wyłożył, że oddziały są przepełnione, pacjentek  zatrzęsienie, a ludzi do pracy mało. W moim przypadku poród musiałby być nadzorowany przez lekarza i nie ma wyjścia, a ja non stop podpięta pod ktg, by wychwycić początek problemów typu spadek tętna dziecka czy podejrzenie pęknięcia blizny macicy. Wieść internetowa głosi, że w Warszawie na Żelaznej jest lekarz entuzjasta takich porodów. Ściąga pacjentki po cesarkach do siebie z całej Polski i kwalifikuje je do porodów naturalnych. On i kilku podobnych lekarzy to prekursorzy w swoich dziedzinach pod tym względem. No ale…

Rozważyłam sprawę w swoim sercu i zdecydowałam:

Nie chcę jechać z Pomorza do Warszawy na poród, wynajmować pokój czy mieszkanie i czekać, aż się akcja porodowa zacznie, a potem – śmigać na oddział (lub opcja druga- leżeć na patologii od 37 tc bez wsparcia najbliższych, ale pod okiem lekarzy, dalej j.w.)

Nie chcę wracać kilka godzin z pociętym kroczem (Sn) lub brzuchem (nawet rozpoczęcie porodu Sn nie gwarantuje sukcesu do końca) z noworodkiem samochodem lub PKP (dla mnie co prawda wygodniej, bo więcej możliwości zmiany pozycji, za to z milionem bakterii lub wirusów dla malucha).

Czyli rodzę gdzieś między Wejherowem a Gdańskiem, u siebie.

To pewne. Stanęło na Gdyni Redłowie. I stanęło niestety na cesarce, planowej, bo Bobas i w 36 i 38 tc dalej był wypięty tyłeczkiem na świat, a jak wiadomo, położenie miednicowe jest wskazaniem nie tylko do trzeciej, ale i do pierwszej cesarki też. Nie było o czym gadać.

Grzecznie i pokornie ze wszystkimi zaleceniami, badaniami i gratami stawiłam się w czwartek o 7.30 na Izbie Przyjęć. Telefonem nagrałam pierwsze i zarazem ostatnie KTG tej ciąży, na fotelu dalej szyjka bez zmian, zamknięta jak sezam, na usg dzidzia dalej bez obrotu. Choć o 8 miałam wg planu iść pod nóż, plany się zmieniły.

Baby boom i brak miejsc na położnictwie.

Lekarz co prawda w żartach zaoferował mi łóżko piętrowe, a tak na poważnie powiedział, że żarty się skończyły, z moim wywiadem już mnie do domu nie wypuści, bo w każdej chwili może być zmiana mojego stanu, a i tak od tygodnia już powinnam leżeć doglądana na patologii (nie leżałam, bo szpital pełen, a ja byłam w stanie dobrym). Powiedział, że to może potrwać kilka dni, ale jeśli tylko zmienią się okoliczności, potnie mnie gdy nawet będzie tylko 5% szans na miejsce na położnictwie. Na wszelki wypadek mam nie jeść, skoro i tak już jestem na czczo. Ok. Męża wysłałam z powrotem do teścia, niech sobie jeszcze czeka na rozwój dalszych wypadków a sama zatopiłam się w lekturze książki na 2 godziny. Wpada położna i informuje mnie, że za 20 min mam cięcie. Noż….

Zasięgu oczywiście niet. Daję telefon sąsiadce i błagam, by spróbowała się w tym bezzasięgu połączyć z moim mężem. Bach, papiery na stół, podpisuję (a mam jakieś inne wyjście?), cewnik w pęcherz (a miałam przed chwilą jeszcze skoczyć do toalety- nie zdążyłam), koszula bawełniana zmieniona na gustowną fizelinkę w modnym w tym sezonie kolorze wrzosowym i na wózek. W klapkach- zabrali mi dopiero na sali operacyjnej.

Siadam na łóżko, bach znieczulenie w kręgosłup. Informuję anastazjologa, ż 6 lat temu znieczulenie (nie wiem jakim lekiem) – kiepsko działało i anastazjolog mówił, że daje mi ostatnie 3 minuty na rozpoczęcie działania znieczulenia, jak nie to mnie uśpi. Wtedy zadziałało.

Waga? Wzrost? Próbujemy. Leżę sobie na tym łóżku, jest zespół anestezjologiczny i ginekologiczny, neonatologicznego jeszcze nie ma. Smarowanie ciała gazikiem. Zimny? Zimny. Ciepły? Nie, letni. Skalpel… A ja ruszam nogami. Czekamy. Wielki zegar z mojej prawej strony. Jak nic 11.20. Czekam na dalsze działania i najbardziej nieznośne uczucie wyszarpywania łożyska i najbardziej pocieszający płacz Malucha. Anestezjolog pyta koleżankę czy ma taki to a taki lek. Nie.

– Podam pani tlen, będzie pani spokojniej oddychać.

Spoko, tlen pamiętam z drugiej cesarki (w pierwszej, w innym szpitalu nie miałam). Nie uważam, by był dla mnie pomocny, ale na pewno nie zaszkodził.

Tylko, że ja już tego tlenu nie doczekałam… z przyjemnego snu, pełnego pozytywnych rodzinnych bohaterów wyrwał mnie głos mojego lekarza prowadzącego.

– Pani Joanno, tu jest mąż.

I się ocknęłam. Zaraz, czyli babki się do niego dodzwoniły. Już mnie wywożą. Czyli spałam, tym bardziej, że na zegarze 11.50, a przed chwilą jak nic była 11.20. Odleciałam. Uśpili mnie. Łał… Dzidzia jest na świecie, a ja przespałam Jego narodziny. Wyszarpywania nie będzie. 1/3 nieprzyjemności związanej z cesarką nie będzie. Juhu!

Nawiasem powiem, że nie traktuję cesarki jako jednej z cięższych operacji, uważam, że są inne, gorsze i bardziej ryzykowne. Jednak zapewniam, choć cesarka jest szybsza niż poród naturalny i nie boli, boli wszystko po. Pionizacja – koszmar. Przejście kilku kroków do toalety jak maraton. Wstanie do dziecka gdy płacze… wyczyn na miarę Mount Everestu. Warto tego sobie życzyć?

Przewożą mnie na salę pooperacyjną, mąż przynosi rzeczy z patologii. WJEŻDŻA DZIDZIA. Mało Go widzę, bo głowy podnosić nie mogę, a on jest opatulony w pieluszki szpitalne. Choć położnej w zabiegowym mówiłam, gdzie są rzeczy dziecka (dla niepoznaki kultowa torba biedronkowa) ona mi mówi, że tym się zajmuje zespół od noworodków i to z nimi mam rozmawiać. Nie zdążyłam. W łóżeczku zobaczyłam całą masę ubranek wyjętą z worka z zapasem, ale kto by się tym przejmował;) Maluchu, witaj na świecie!

Bardzo się z tej narkozy cieszę i żałuję tylko jednego. Że nie usłyszałam pierwszego płaczu mojego najmłodszego Synka.

Foto: Archiwum autorki

O autorze

Joanna Gliniecka

Joanna Gliniecka

Z wykształcenia socjolog. Szczęśliwa żona i mama dwójki dzieci. Oazowiczka od lat. Kocha podróżować, spacerować i tym zaraża swoją rodzinę. Ceni fotografię, ciekawą literaturę i smaczną kuchnię. Widząc potrzebę głoszenia wartości chrześcijańskich, założyła i prowadzi blog www.latorosle.pl

1 Komentarz

  • Czyta się jak niezłe kino akcji 🙂 Ale z takim happy endem, jakiego żadne kino akcji nie miało! Gratulacje i pozdrowienia. Cesarkowa mama.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: