Relacje

Stale być blisko

Nie jest łatwo pisać o stracie, której się nie doświadczyło, ale jeszcze trudniej pisać o stracie, która przypadła nam w udziale. Myśląc o tym w kontekście listopadowych rozważań, przypomina mi się cytat z mojej ulubionej książki „Krystyna córka Lavransa” autorstwa norweskiej pisarki, Sigrid Undset: „Niejednemu przypada w udziale to, co przeznaczone było drugiemu, ale nikomu los drugiego”.

Poranki na przełomie października i listopada budzą nas fioletowym niebem i zawieszonymi na koronach drzew mgłami, które potem łagodnie opadają na osierocone pola. Kończy się październik, w tym roku tak piękny i złoty. Zbliża się listopad, który przynosi ze sobą zimno, wiatr i wszechobecną szarugę. Statystycznie najbrzydszy miesiąc roku, który lubię za jego wielowymiarową tajemniczość. Wietrzny, mglisty, jakby utkany z całej palety szarości, z mroźnym, różowym niebem. Klucze ptaków, które swoim krakaniem przypominają listonoszy złych wieści, gońców nieszczęścia. Klimat jak z mickiewiczowskich „Dziadów”.

Gołe drzewa listopadowe przywodzą mi na myśl pozbawionych głosu wojennych skazańców, jeńców stojących pod pręgierzem historii. Kto przy zdrowych zmysłach mógłby kochać listopad? Katarzyna Grochola pisała, że listopad jest najlepszym miesiącem w roku, ponieważ do następnego listopada został cały rok. Nie wiem, czy jestem przy zdrowych zmysłach (podobno tak), ale zaliczam się do grona tych nieszczęśników, którzy lubią ten miesiąc i jego tajemniczy klimat. Jednym z powodów tej mojej sympatii jest święto, którym zaczyna się listopad. Dzień Wszystkich Świętych. To święto wszystkich zbawionych, którzy cieszą się Bożą obecnością. Dzień pełen zadumy, ale przecież radosny. Nawet jeśli nam, którzy zostaliśmy osieroceni, w naszej ziemskiej perspektywie wydaje się inaczej.

Chyba nikt nie potrafi tak pisać o relacjach z nimi jak świętej pamięci ksiądz Jan Twardowski. Jego najsłynniejszy wiersz („Śpieszmy się”) często jest wybierany na nagrobne napisy, znamy go wszyscy, więc wielu z nas już spowszedniał. A przecież w tych słowach tak naprawdę zawarty jest cały wymiar ziemskiej egzystencji z przełożeniem na relacje w Wieczności.

Śpieszmy się…

Do tego współczesnego człowieka nie trzeba namawiać. Śpieszymy się nieustannie. Do pracy (bo nas zwolnią), na pociąg (lepiej wcześniejszym, mogą być opóźnienia), do lekarza (kolejki), do sklepu (w niedzielę zamknięte). Znacznie trudniej nam się spieszyć, żeby przytulić żonę przed wyjściem do pracy, pocałować czy pobłogosławić dzieci. Bardzo chcę zostawić tutaj to pytanie, na które dotąd nie znalazłam odpowiedzi: dlaczego tak jest?
Jak nas zwolnią – to zwolnią. Świat się nie zawali. Warto się starać, warto dawać z siebie sto procent, ale nie za cenę zdrowia. I nigdy, przenigdy za cenę relacji.
Jeśli będą opóźnienia – to będą. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Nie zdążysz do pracy, zostaniesz dłużej. Nie zdążysz do szkoły, usprawiedliwisz. Nie zdążysz na uczelnię, nadrobisz zaległości.
Jeśli będą kolejki – to jest lekcja, żeby dbać o zdrowie nie od święta, ale na co dzień.
Jeśli w niedzielę zamknięte – to zwolnij. Poważnie. Usiądź i zamknij oczy. Jesteś tu i teraz. I to jest modlitwa.

Będziemy się śpieszyć pierwszego listopada na cmentarze. Będziemy się śpieszyć, żeby wybrać i kupić znicze, kwiaty, ozdoby na grób. Będziemy się spieszyć, żeby sprzątnąć groby, uporządkować, w końcu wszyscy to robią. Mamy jeszcze chwilkę, pomyślmy: dlaczego i po co to robimy? Ile w tych pięknych bukietach jest miłości do naszych zmarłych, ile naszych wspomnień o nich?
Czy przekazujemy kolejnym pokoleniom tę genetyczną nić tożsamości, czy opowiadamy dzieciom kim był dziadek, kim babcia? Czy wiemy jak nazywali się nasi pradziadkowie, kim byli i gdzie zostali pochowani? Ja wiem. Jeżdżę na cmentarz do swojej praprababci Agaty, po której imię dostała moja mama, też już świętej pamięci. Wiem, bo bardzo pragnęłam się dowiedzieć. Wszyscy możemy, a nawet mamy obowiązek, trwać w pamięci o minionych pokoleniach.

Mamy czas. Nikt nie wie, jak dużo czasu. Ale przecież wystarczająco, by się dowiedzieć. By uświadomić sobie, że jesteśmy częścią przyrody i historii, że naszym zadaniem jest poznać przeszłość i budować przyszłość. Nie tylko wielką historię, również tę malutką: przeszłość i przyszłość naszych rodzin.

…kochać ludzi…

Tracimy bliskich. Rodziców, rodzeństwo, dzieci. Tracimy przyjaciół. Miłość jest nierozerwalnie połączona z cierpieniem, tak jak życie ze śmiercią. W ziemskim znaczeniu umierają, w perspektywie wiary rodzą się do Życia. Święty Paweł pisał: „Miłość nigdy nie ustaje”. Mój przyjaciel, który doznał nagłej straty bliskiej osoby, mówi, że żyje nadzieją, że jeszcze ją spotka. Czuję podobnie. Czuję tak, ponieważ kocham. Z powodu miłości pragnę spotkania i oczekuję go – czyli mam nadzieję. Nadzieja nie miałaby większego sensu, gdyby nie zakorzenienie jej w religii, czyli wiara. Wierzę, że się spotkamy, oznacza: wierzę, że istnieje życie po życiu. Jak inaczej mogłabym oczekiwać spotkania w innym wymiarze?

Świętych obcowanie. Dla katolika to jest dogmat wiary. Kościół triumfujący, który pozostaje z nami w stałej łączności. Modląc się za zmarłych, dokładamy cegiełki do ich zbawienia. Oni, skoro już osiągną niebo, wstawiają się za nami, będącymi na ziemi. Żyjący tworzą Kościół pielgrzymujący, modlący się o zbawienie Kościoła pokutującego (dusz czyśćcowych). Kościół pokutujący, stając się triumfującym, otacza swoim modlitewnym wstawiennictwem Kościół pielgrzymujący, czyli nas. Zatem widzimy jasno, że nasze relacje nie kończą się w momencie śmierci, przeciwnie. Miłość doskonała ożywia je i wzmacnia. Przemienia. Zmianie podlega tylko kształt więzi, ale nie zmienia się ich sens. Nie ma ich końca, przerwania, jest tylko zmiana kształtu.

I tu znowu święty Paweł: „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość, te trzy: z nich zaś największa jest miłość”. Z miłości powstaliśmy i obyśmy zmarli w miłości, abyśmy mogli spotkać się z tymi, których tu na ziemi kochaliśmy. Miłość. Miłość jest naprawdę nieśmiertelna, tym różni się od każdej ziemskiej marności. To, co od Boga pochodzi, pozostaje w Nim trwałe.

…tak szybko odchodzą

Odchodzą szybko, to prawda. Zawsze za szybko. Nawet, jeśli umiera leciwy staruszek, dla pozostających w bólu bliskich zawsze jest za wcześnie. Z czasem żałoba mija, ale zostaje tęsknota. Z upływem czasu wszystko zaciera się w pamięci. Zmysły nas mylą. Zapominamy twarzy ukochanej osoby (na szczęście żyjemy w epoce cyfrowej, mamy zdjęcia), głosu, charakterystycznych dla niej gestów, sposobu chodzenia. Był taki okres w moim życiu, kiedy myślałam, że to jest zdrada. Teraz wiem, że wszystko ma swój cel i sens, emocje muszą przyblednąć, bo nie da się cały czas żyć na najwyższych obrotach. Miłość utrzyma wszystko, a nasze więzi z tymi, którzy odeszli, z czasem staną się pełniejsze.

Świętej pamięci ksiądz Kaczkowski, szef hospicjum w Pucku, mówił, że chciałby, żeby w godzinę śmierci przyszli po niego wszyscy ci, których on wcześniej przeprowadził na Drugą Stronę. Widział wiele zgonów, wiedział więc doskonale, z doświadczenia, że w czasie odejścia przenikają się te dwa światy. Często jest tak, że umierający widzi bliską osobę zmarłą, która „po niego przyszła”. Wierzę, że pacjenci księdza Kaczkowskiego przyszli po niego, tak jak mu na tym zależało.

Ktoś mi powiedział, że jeśli odejdzie wcześniej niż ja, to „da mi znać”. Z przymrużeniem oka, oczywiście nie tak literalnie, ale ja w to wierzę. Wierzę w więzi przenikające naszą obecną rzeczywistość i wierzę w świętych obcowanie. Dziękuję tej osobie i bardzo ją kocham.
Ktoś inny obiecał mi, będąc już ciężko chorym, że przyjdzie po mnie, kiedy nadejdzie mój czas. Wierzę, że tak właśnie będzie. Wierzę, że jeszcze się spotkamy. To nie tylko dogmat wiary, to podstawowy sens mojego życia i najważniejsza potrzeba mojego serca.

„(…)kochamy wciąż za mało i stale za późno

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny”

Ks. Jan Twardowski, „Śpieszmy się”, fragment.

 

O autorze

Marta Cynkier

Marta Cynkier

Z wykształcenia politolog, z zamiłowania dziennikarka, z zawodu urzędniczka.
Grodziszczanka z urodzenia i wyboru. Kobieta wierząca, działaczka społeczna, ale przede wszystkim – córka w stanie spoczynku, wnuczka i siostrzenica.
Interesuje się zdrowiem publicznym, prawem spółdzielczym i pomocą społeczną. Przybrana córka nieżyjącego już weterana powstania warszawskiego. W wolnych chwilach czyta wszystko, co wpadnie jej w ręce. Lubi nutki i literki. Debiutowała w 2005 r. na Turnieju Jednego Wiersza „Srebrna Szyszka” w Międzyborowie.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: