Społeczeństwo

Studniówkowe story

Albo o tym, że nawet najlepsze „story” ma sens, jeśli przemieni się w „glory”

Nie wiem już sam, dlaczego podczas balu studniówkowego mam zaszczyt wygłosić okolicznościowe przemówienie. Taka tam mowa, bla bla bla, o stu dniach Napoleona zakończonych klęską pod Waterloo, albo o tym, żeby nie wpaść do studni. I żeby odpowiadając na pytanie, które wymyślił chyba jakiś Nosferatu Einstein de Sade, zachować spokojną minę pokerzysty. Być może ta tradycja wygłaszania „mów” łączy się z tzw. wykładem inauguracyjnym, który otwiera nowy rok akademicki. A zatem mowa na początku, ale też oratio coronat opus…? W każdym razie w zakresie mów inauguracyjnych mam niemałe doświadczenie, hm… wygłaszałem dwa razy „słówko” na rozpoczęcie zmagań dydaktycznych, ku pokrzepieniu serc biednej braci studenckiej. Pierwszy raz opowiadałem o Mieście ślepców, powieści portugalskiego pisarza, i ilekroć to wspominam, w mych uszach brzmi słodko-gorzki głos Cristiny Branco. I ten drugi przypadek… temat „Filozofia sukcesu” wzbudził uśmiechy na twarzach Wysokiego Senatu Uczelni, zgromadzonego establishmentu oraz rzeszy studentów (na auli zgromadziło się tysiąc osób), ale – od początku przeczuwałem, że to nie może skończyć się dobrze – kiedy doszedłem do miejsca, w którym mój bohater, taki sobie, całkiem współczesny linoskoczek, jak sama nazwa wskazuje specjalizujący się w chodzeniu po linie, a zatem kiedy linoskoczek z uśmiechem i w podskokach nagle zauważa, że lina się kończy i z niepokojem odkrywa, iż jest to „lina nicości”… więc, jak to powiedzieć, żeby nie powiedzieć zbyt wiele: entuzjazm moich słuchaczy natychmiast zgasł. A przecież mówiłem, żeby mnie nie zapraszać, bo nie lubię pompatycznych i patetycznych zdań.

A zatem dzisiaj noc studniówkowa. Zapraszam na story o rybach. Ale nie o żadnej grubiej rybie, albo o złotej rybce, albo o elektrycznych węgorzach. Nic z tych rzeczy, to znaczy nic z takich ryb. Istnieje między nami (teraz zwracam się do maturzystów), a znamy się już tysiąc dni (i tysiąc nocy), jakaś chemia, coś z mięty przez rumianek do siebie odczuwamy, a niektórzy to nawet mogliby z tego stworzyć mały metafizyczny poemat, od którego gasną słońca. Więc, skoro tej nocy kończy się Czas Bożego Narodzenia, a jutro niedziela Chrztu Pańskiego – porozmawiajmy o wodzie, a ściśle mówiąc, o rybach śpiących w akwarium.

Jak się masz, Rybko z Wesołej Ferajny, na sto dni przed wielkim rejsem?
Jak płynie czas w twoim Jordanie?
Jak tam Twoje relacje z Wielkim Rybakiem?

Otóż nasza RYBA nie jest rybą w gorącej wodzie kąpaną. Nie do twarzy jej z temperaturą +100 stopni, gdy wrzątek parzy płetwy, przemieniając wszystko w zupę rybną. Nie pragnie też dramatycznej sytuacji, w której woda zamarza (–100 stopni) i wszyscy mieszkańcy akwarium nieruchomieją w lodowej tafli. Potrzebna jest ta jedyna, właściwa temperatura. Nie gorąca głowa, ale też nie serce zimne jak stal.

I teraz powinno być o rybakach, bowiem Pan Jezus powołuje rybaków, „Pójdź za Mną”, et cetera, et cetera… problem jednak w tym, że zamiast o rybakach, chce mi się gadać o strażakach! Co prawda nie jestem członkiem OSP (ani Towarzystwa Wędkarskiego), ale – co jeszcze ważniejsze – spośród tysięcy cytatów biblijnych, najczęściej przypominam sobie Wj 3,14. Księga Wyjścia plus liczba PI. Mojżesz siedzi w ziemi Madian, spokojnie pasie swoje owce, gdy pojawia się ten cichy szept: Pali się! Zaniepokojony ogląda swoje szaty, ale nie widać żadnego śladu podpalenia. Tymczasem znowu: Pali się! I wtedy dostrzega – to z wnętrza gorejącego krzewu przemawia Inny: Pali się!

Cóż powiedzieć?
W świecie, w którym wielu leje wodę, Wy bądźcie niczym Ogień…!
Jak ci z Wieczernika!

 

Ilustracja: kadr z filmu Ichthys, reż. M. Skrobecki (2005)

O autorze

ks. Stefan Radziszewski

ks. Stefan Radziszewski

Urodzony w 1971 r., dr hab. teologii, dr nauk humanistycznych, prefekt kieleckiego Nazaretu; miłośnik św. Brygidy Szwedzkiej i jej Tajemnicy szczęścia oraz Żółtego zeszytu św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Czciciel s. Wandy od Aniołów.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: