Rodzina

Teściowa

Letnią, ogórkową porą na wielu blogach parentingowych nastąpił wysyp wpisów na temat teściowych. Obraz teściowej wyłaniający się z blogowych ramek jest dość typowy: teściowa jest brzydka, zła, niedobra, krzyczy i wtrąca się do wychowania dzieci. Czyta sobie Mama te, nieraz dość wulgarne, teksty i czuje, jak rośnie w niej i pęcznieje jakaś gigantyczna gula, która jak pęknie, to pokryje radioaktywnym pyłem Ziemię i okolice. Mama, która z natury i przyrodzenia jest zwierzęciem wybitnie złośliwym, ale która ciężką duchową pracą wyrabia w sobie anielską słodycz charakteru, nie napisze tekstu, jaki ciśnie się jej spod palców na klawiaturę. Mama trochę ochłonie i wyartykułuje kilka obiektywnych prawd, które sprawdziła na sobie jako synowa i teściowa ex aequo. Tak więc będzie teoretycznie i praktycznie, a także subiektywnie i obiektywnie.

Po pierwsze i najważniejsze, należy pamiętać, że nie musimy się lubić. Serio, serio. Wiele synowych i teściowych cierpi z poczucia winy, bo jakoś nie mogą się do siebie nawzajem przekonać. Tymczasem nie ma takiego przepisu na niebie i na ziemi, który nakazywałby teściowej lubić swoją synową czy zięcia i vice versa. To jednak, że nie darzymy się jakąś wyjątkową sympatią nie oznacza od razu, że musimy się wzajemnie pozarzynać tępym nożem, wylewać na siebie wiadra złośliwych pomyj czy ośmieszać nawzajem prywatnie i publicznie. Brak wzajemnej sympatii nie powinien oznaczać braku wzajemnego szacunku ani dobrego wychowania. Trzeba dać sobie trochę czasu, przyzwyczaić się do nowej roli, porządnie obwąchać się nawzajem, jak dwa dobre psy. Bywa tak, że po kilku latach zdrowego dystansu, następuje zbliżenie i człowiek nagle odkrywa w swojej teściowej prawdziwą bratnią duszę. Oczywiście równie często sytuacja pozostaje tak samo napięta, jak na początku. Nie należy się tym przejmować, obwiniać siebie czy teściową, albo co gorsza męża, ale ze spokojem utrzymywać chłodne, chociaż uprzejme relacje. Mama zna taką rodzinę, w której zięć po kilkunastu latach od ślubu nadal zwraca się swoich teściów per panie Robercie i pani Zofio, a oni do niego panie Janku – i wszyscy są szczęśliwi i wcale nie czują się niezręcznie.*

Po drugie (teraz będzie subiektywnie, a Mama będzie się biła we własną teściową pierś) trzeba tak ustawić wzajemne relacje, żeby zięć czy synowa nie czuli się zbytnio przytłoczeni życzliwością i chęcią udowodnienia, że są częścią naszej rodziny. Zięć to nie jest kolejny synek, jak Mama doświadczyła, tylko mąż córki. Synowa na tej samej zasadzie, to nie kolejna córka, tylko żona syna. I jako taką należy ją traktować. Trzeba wypracować w sobie wielką delikatność, która pozwoli młodemu małżeństwu usamodzielnić się i dojrzewać w ich własnym tempie i na ich własnych warunkach. Traktować bardziej jak partnerów w powołaniu do małżeństwa, niż jak niedoświadczone dzieci. Nie narzucać im swoich wizji ani złotych rad (oj, jak to boli!), a już na pewno metod wychowawczych (jakto, jakto???) Rozwój każdego organizmu zakłada fazę nieporadności i stawiania pierwszych koślawych kroków; przyspieszając ten proces na siłę można komuś zrobić wielką krzywdę. Pewnie, że w rok czy półtora po ślubie, młodzi bywają wciąż jakby nieogarnięci i nie wyzbyci swoich panieńsko kawalerskich nawyczków. Teściowa w tej sytuacji musi wziąć bardzo głęboki oddech i wspiąć się na wyżyny taktu, bo inaczej grozi wszystkim wybuch, po którym trudno się komukolwiek będzie pozbierać. Dobrze jest, jeśli współteściowe się lubią i są na drodze do nawiązania głębokiej przyjaźni, bo dobre plotki w dyskretnym towarzystwie mają magiczną moc rozładowywania burzowej atmosfery. Poza tym, można się się wspólnie pośmiać, wspominając pieluchowe lata własnych pożenionych dzieci.

W tym miejscu przechodzimy do tego, co po trzecie, czyli ukochanych wnusiów babci. Mama, będąc mamą świeżo upieczoną, bardzo chętnie słuchała i równie chętnie stosowała rady dawane przez babcie i prababcie. Mama była, co prawda, naczytana do wypęku różnych wspaniałych poradników, ale prawie od dnia zero doświadczała wyższości wychowawczych i pielęgnacyjnych metod starodawnych nad nowomodnymi. Tak więc dla Mamy uwagi starszych nie były problemem; brała to, co chciała, a resztę traktowała z dystansem okraszonym miłym uśmiechem. No, ale Mama, to Mama, a inni są inni, nawet jeśli się ich urodziło. Warto pozwolić młodym rodzicom, na wypracowanie własnych procedur wychowawczych i sposobów ich egzekwowania. Mama, na przykład, jako młoda Babcia, postanowiła sprezentować wnusiowi Beniusiowi kołyskę; taką piękną, instagramową, biało-brzozową i scandi. Mama zawsze taką kołyskę chciała mieć, marzyła o niej przy każdym dosłownie dziecku, ale niestety, niestety, jakoś nigdy to jej marzenie nie mogło się spełnić. Tak więc darowując wnusiowi Beniusiowi tę kołyskę – cudo, Mama tak naprawdę zaspokoiła swoje odwieczne pragnienie. No i co? No i pstro, bo młodzi rodzice nie zamierzali korzystać z kołyski. A Mama się obraziła strasznie, ale potem jej przeszło, bo pomyślała sobie, że spokojnie kobieto, daj im oddychać. Niech kołyszą, albo nie kołyszą, to nie ma znaczenia, byle byli razem szczęśliwi. Mama próbuje cały czas powściągać swoje odruchy nadhojności, z coraz lepszym rezultatem. Nadmiar opacznie rozumianej miłości i życzliwości naprawdę może zabić.

Po czwarte, jak żyć, kiedy się razem mieszka? Otóż należy stosować to wszystko, co Mama napisała powyżej, tylko bardziej. Wspólne mieszkanie jest bardzo trudne dla obu stron. Dla starej rodziny, bo nagle musi się posunąć i zrobić miejsce dla tych żółtodziobów, co wszystko chcą robić po swojemu. Dla nowej rodziny, bo na samym początku wspólnej drogi znalazła się w zasiedzianym domu, gdzie panują pewne zwyczaje, życie toczy się utartą ścieżką, wdraża się konkretne procedury, preferuje konkretne smaki, kultywuje specyficzne poczucie humoru i tak dalej. Dla zięcia, tudzież synowej, zamieszkanie z teściami jest przeżyciem dosyć hardcorowym – przypadkowy widok teścia czy teściowej w desusach, przemykających się chyłkiem do łazienki może wywołać spore emocje. Co się raz zobaczy, to się już nie odzobaczy. Podobnie zresztą nieszczęśni teściowie narażeni są na niezłe ataki serca na widok rozgogolonego zięcia, albo li też synowej w negliżu. Najlepsza rada jest taka: młodzi powinni wyprowadzić się do siebie najszybciej, jak tylko się da. Niech mają własny bałagan, o który nikt nie będzie miał do nich pretensji. Niech jedzą posiłki w porach, które im najbardziej odpowiadają. Niech w ogóle robią co chcą, na swoich własnych warunkach, najwyżej się ze sobą pokłócą. A potem pogodzą. I tak dalej.

Jeśli jednak wyprowadzka jest z różnych względów niemożliwa, należy tak rozdzielić życie obu rodzin, jak tylko jest to możliwe. Trzeba wyjąć z zanadrza maksimum dobrej woli i wypracować pewien wspólny grafik obowiązków, tak, żeby wszelkie podstawowe prace domowe zostały jak najbardziej sprawiedliwie rozłożone, aby żadna nie stron nie czuła się wykorzystywana. Dobrze by było, żeby młoda rodzina miała na tyle dystansu do życia, żeby puszczać trochę mimo uszu narzekanie i zrzędzenie starszych państwa. Wiek ma swoje prawa i chociaż teściowie wiedzą, że wystarczy raz zwrócić uwagę, bo nikt nie jest głuchy, to jednak mechanizm nadawczy często im się trochę zawiesza, w związku z czym komunikat jest powtarzany bez końca. Poczucie humoru w takich sytuacjach jest bezcenne.

Drogie synowe, drodzy zięciowie, pamiętajcie, że teściowa też człowiek. Jak to mówi poeta: “własną piersią dokarmiała, oczy mlekiem zalewała, wychowała jak umiała”. Chyba nieźle sobie poradziła, skoro wybraliście właśnie jej dziecko na towarzysza swojej drogi. Okażcie jej trochę wyrozumiałości, odrobinę życzliwości. Minie parę lat i staniecie na jej miejscu. I będzie wam tak samo głupio, jak jej.

Imiona zostały zmienione na potrzeby tekstu.

Foto: David Clow/Flickr/CC BY-NC-ND 2.0

O autorze

Katarzyna Głowacka

Katarzyna Głowacka

Mama piątki dzieci, babcia jednego wnuka; z zawodu doradca rodzinny, z upodobania blogerka (Mama w dużym brązowym domu) oraz nałogowa czytelniczka. Mieszka z rodziną w podwarszawskim Józefowie.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: