Wiara

Trzej Panowie M.

Był zimowy poranek Roku Pańskiego 2048. Marcin Patrzałek obudził się wcześniej niż zwykle. Nic dziwnego, skoro od kilku dni zaprzątała mu głowę jedna myśl, a właściwie jedno słowo: EKFRAZA. Jak to możliwe, że Poeci – zachwyceni pięknem dzieła genialnych Malarzy – piszą poematy, by słowem namalować światy, które podziwiają na płótnie? Czy możliwe jest identyczne działanie, jednak zamiast poematu pojawi się dzieło muzyczne? Poprzez dźwięki objawić nieśmiertelne piękno – powołać do istnienia muzykę, wobec której obraz i słowo rozjaśniają się zdumieniem i zachwytem.

Tak o tym rozmyślał Marcin P. w pewien zimowy poranek, gdy nagle pojawiła się idea. Takie myśli pojawiają się od czasu do czasu, krążą wokół naszej głową, zataczają łuk wokół serca, a potem… znikają. Tym razem jednak myśl była nadzwyczajnie uparta: A gdyby tak ekfraza muzyczna? Opisać muzyką słoneczniki van Gogha albo niebieskie tancerki Degasa? W nutach utrwalić bolesne spojrzenie Solange de Cleda z powieści Salvadora Dali albo biel zębów Madame Makbet Szekspira-Flauberta? Ach, nie w tym życiu, może za tysiąc lat…? Teraz nie mam na to czasu, siły, ani ochoty, westchnął Marcin P. i ruszył w stronę… (nieważne, w jaką stronę, bowiem nie zdążył zrobić nawet jednego kroku!)

W mieszkaniu Maestro Marcina pojawił się nagle bohater pierwszych pięciu Ksiąg. Mojżesz… który wyglądał jak Mojżesz, mówił jak Mojżesz i patrzył w bardzo kategoryczny sposób. Na szczęście nie było obok Gorejącego Krzewu, ale jakiś tajemniczy żar płonął w jego oczach. Zaczął swoją prelekcję, złożoną z dziesięciu zdań, bo przecież tragarz „Dekalogu” nie będzie strzępił języka nadaremno:

Ach, Mój Miły Marcinie, dawniej to byli muzycy! Żaden tam Sławomir albo Zenek M. Taki Jan Sebastian pisał oratorium, w którym wysławiał Mękę Pańską: „Siedem słów Jezusa z krzyża”. Najwyższy czas, byś do nich dołączył, oczywiście nie mam na myśli artystów disco polo! Mój pomysł muzyczny to „Antologia Mundi”! Muzyka do siedmiu genialnych tekstów z dziejów ludzkości. Mam tutaj nawet swoje propozycje: Porzucisz każdą rzecz, którą kochałeś najbardziej… Dantego, Życie jest tylko przechodnim pół cieniem, nędznym aktorem… Szekspira albo Zobaczyć świat w ziarenku piasku… Williama Blake`a. Naturalnie, możemy dodać coś polskiego, na przykład Co myśli Pan Cogito o piekle Pana Herberta. Czyli – mała książeczka z siedmioma tekstami plus wielka płyta z siedmioma wariacjami na temat. A raczej odwrotnie.

Tutaj Mojżesz przerwał, bowiem coś chyba pokręcił: mała książka – wielka płyta, wielka płyta – mała książka, w sumie chodziło o to, że teksty stanowią dodatek do muzyki, czyli jako pierwsza powinna być wymieniona płyta, ale… ilekroć Mojżesz kończył wypowiadać dziesiąte zdanie, coś odcinało mu głos. Taki to Mojżeszowy los.

A zatem Mojżesz urwał – i zniknął.

Patrzałek westchnął, ale był. W sumie to westchnął po raz drugi. Ależ propozycja, pomyślał z niesmakiem, bo nie lubił tych, którzy chcieli narzucać mu własne pomysły artystyczne. Za chwilę zażąda, że pisać „Odę na cześć przejścia przez Morze Czerwone”. Cóż to za dziwaczne pragnienie: „Antologia Mundi”, brzmi dość apokaliptycznie.

Bynajmniej, w stronę Marcina podążał drugi Bohater Poranka, tym razem ktoś bardziej bliski, znajomy, oczywisty. Pat Metheny wyraźnie się spieszył, być może również miał do dyspozycji tylko dziesięć słów. Pomysł antologii jest całkiem dobry, powiedział spokojnie, nie patrząc nawet w stronę Marcina, pomysł jest dobry, ale wymaga uzupełnienia. Proponuję, żeby opracować wydawnictwo dwupłytowe, przy czym pierwsza część to interpretacja wielkich, klasycznych tekstów, które są niczym latarnie w dziejach ludzkości, a w drugiej części umieściłbym wariacje na temat tychże wielkich dzieł – w postaci bardziej popularnych utworów. Wystarczy wręczyć Pięknej Młodej Jazzującej Wokalistce mikrofon, a ona na pewno coś wyczaruje. I Twoje muzyczne ekfrazy staną się popularne, chociaż pamiętaj, że tutaj nie o sławę idzie, ale o szczególny rodzaj genialnej pedagogii. A zatem song, prosty song, który trafia do serca i do duszy. Który śpiewa potem pół świata, a nawet cały glob. Pat Metheny łypnął w stronę skołowanego muzyka i dodał: Aby stać się Wielkim Marcinem Patrzałkiem, należy wcześniej być Małym Marcinem! Rozumiesz, Mar-Pat? eM-Pi uśmiechnął się, w takim jakimś odcieniu niebieskim, i… już miał odpowiedzieć, gdy nieoczekiwanie wizyta Wujka Pata zakończyła się.

Westchnął, po raz trzeci. Propozycja goni propozycję, grad pomysłów, naprawdę ciekawy poranek, pomyślał z niepokojem, bo dzień się dopiero zaczął. Bądź genialny, ale też bierz na siebie odpowiedzialność za los ludzkości, czyli rzucają we mnie motyką etyki i estetyki, a ja nawet nie wiem, czy nie jestem w ukrytej kamerze.

Nie jesteś, nie jesteś…! Odezwał się Trzeci Bohater Poranka. Nie wiadomo kto, bo z wyglądu wyglądał na nikogo. To Marc Chagall, powiedział Anioł Stróż Marcina Patrzałka (w skrócie byłoby ASMP, ale nie będziemy używać skrótów, ponieważ anioł pojawia się w tej historii tylko raz – teraz), a zatem: To Marc Chagall, powiedział Anioł Stróż Marcina Patrzałka do Marcina Patrzałka, który… w ogóle się nie zdziwił. Pewno za moment padnie propozycja trzej płyty, coś w stylu: „Twoja muzyczna trylogia zbawiłaby ten smutny świat”.

Nie jesteś w ukrytej kamerze i nie mam zamiaru namawiać Cię do nagrania trzypłytowego dzieła, powiedział Chagall. Podwójny album całkiem wystarczy, ale – pozwól na małą-wielką dygresję – marzy mi się muzyka, niesamowita muzyka, w której w powietrzu unoszą się zakochani, kogut pieje nad miasteczkiem pełnym snów, a anioły grają na skrzypcach. Po tych słowach Anioł Stróż Marcina chrząknął, ale nic nie powiedział, bo nie wypada, żeby anioł gadał dwa razy. A skoro pojawił się już raz jeden w opowieści, to nawet Pan Chagall nie ma prawa, by udzielić mu głosu.

Pan Chagall zniknął, a właściwie zamienił się w wielką muchę, która z prędkością muchy ruszyła w kierunku okna. Z wielkim impetem zaatakowała taflę szkła, wydawało się, że pacnie martwa na ziemię, bo żaden człowiek nie zdoła przeżyć takiej szklanej katastrofy, a co dopiero mucha, jednak – Nie ze mną takie numery, nazywam się Chagall Fly – po chwili mucha ukazała się na zewnątrz, wolna, uskrzydlona swoją wizją, szczęśliwa.

Zamiast odlecieć w siną dal, wojownicza mucha zrobiła nawrót, niczym F 16 zatrzymała się przed oknem, coś tam mruknęła pod nosem, aby następnie zamienić się w „Czarną Perłę”, z kapitanem Jackiem Sparrowem na pokładzie. Tuż obok ekscentrycznego pirata stali: Mojżesz, Pat Metheny i Marc Chagall. Wyraźnie z siebie zadowoleni. Koniec. Chociaż Eliot twierdzi, że tutaj wszystko się zaczyna.

Bez odbioru.

 

O autorze

ks. Stefan Radziszewski

ks. Stefan Radziszewski

Urodzony w 1971 r., dr hab. teologii, dr nauk humanistycznych, prefekt kieleckiego Nazaretu; miłośnik św. Brygidy Szwedzkiej i jej Tajemnicy szczęścia oraz Żółtego zeszytu św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Czciciel s. Wandy od Aniołów.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: