Podróże i zwiedzanie

Trzy namioty w Jeevodaya

Wszystko zaczęło się od trzech namiotów, które w 1969 ks. Adam Wiśniewski SAC (1913-1987), ze Zgromadzenia Księży Pallotynów, postawił na pustkowiu, niedaleko miasta Raipur, prawie w sercu Indii. W jednym była kaplica i magazyn, w drugim siostra Barbara i kilka sierot, a w trzecim mieszkał ks. Adam. Z biegiem czasu te trzy namioty rozrosły się w małe miasteczko. Pani Helena Pyz, która kontynuowała to dzieło po śmierci ks. Adama, powiedziała mi, że co roku budował on kolejny budynek w tym niezwykłym miejscu. Do roku swojej śmierci wybudował ich siedemnaście. Potem budowała Pani Helena. Trzy namioty na pustkowiu kojarzą się oczywiście z Przemienieniem Pana Jezusa na górze Tabor oraz propozycją Piotra postawienia namiotów dla Jezusa i Jego dwóch rozmówców. Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: «Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co mówi (Łk 9, 33). Doświadczenie Bożej obecności w tym miejscu było dla Piotra tak niesamowite, że również zapragnął, aby pozostać w tym miejscu jak najdłużej.

Od Pani Heleny dowiedziałem się, że ks. Adam zafascynowany był postacią św. Damiana de Veuster i tak jak on chciał pracować wśród trędowatych. Święcenia kapłańskie przyjął Adam Wiśniewski w 1939 r. W latach okupacji był kapelanem AK, obierając sobie pseudonim „Łukasz”, imię patrona lekarzy. Brał udział w Powstaniu Warszawskim jako kapelan batalionu im. S. Czarneckiego. W czasie wojny rozpoczął studia medyczne na tajnych kompletach, które kontynuował po wojnie w Krakowie i Poznaniu. W 1947 r. uzyskał dyplom lekarski, a w 1951 stopień doktora nauk medycznych. W 1959 r. wyjechał do Francji, aby tam studiować medycynę tropikalną.

Początkowo miał zamiar „rozbić swoje namioty” w Kamerunie. Ale nie czuł, że to jest miejsce, gdzie Pan go powołuje. Zostawił wszystkie rzeczy przygotowane na misje w Kamerunie i tym samym statkiem wrócił do Europy. W 1961 otrzymał krzyż misyjny i udał się w podróż do Indii. Początkowo przebywał w południowych Indiach, gdzie zapoznawał się z metodami leczenia trądu. O swoich doświadczeniach i przeżyciach informował w listach pisanych do kraju, które były publikowane w polskiej prasie katolickiej. Jego misja wzbudziła zainteresowanie Barbary Birczyńskiej, która jako świecka misjonarka dołączyła do niego w 1966 r. Po początkowych próbach tworzenia ośrodka w diecezji Mysore, ostatecznie udali się do wioski Gatapar, oddalonej 30 km od miasta Raipur, gdzie zakupili ziemię na ośrodek. W samym Raipur, od dłuższego czasu pracowali księża pallotyni. Tam dopiero ks. Adam postawił trzy namioty, tam poczuł, że to jest właśnie to miejsce, gdzie powołuje go Chrystus, i tam 17 lat później odszedł do swojego Mistrza.

Paniejeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”– to słowa prośby trędowatego z Ewangelii, którymi zwrócił się do Jezusa o uzdrowienie (Łk 5,12). Trąd, zakaźna choroba atakująca skórę i nerwy, towarzyszy człowiekowi od zarania ludzkości. Przez długi czas była nieuleczalna. Strach przed nią prowadził do izolacji i wykluczenia chorych, którzy zmuszani byli do życia poza ludzkimi skupiskami, a przez to często byli pozbawieni środków do życia. To odrzucenie było tak radykalne, że nawet w naszym polskim języku jako symbol wykluczenia używa się słowa „trędowaty”. Wystarczy wspomnieć sławną powieść Heleny Mniszkówny Trędowata, która doczekała się nawet kilku ekranizacji. Ks. Adam pragnął leczyć nie tylko trąd jako chorobę, ale również starał się walczyć z odrzuceniem, jakie z sobą niosła choroba. Dlatego też myślał o założeniu nowego zgromadzenia zakonnego, którego charyzmatem miało być wspólne życie jego członków z chorymi na trąd. Ks. Adam zajmował się leczeniem trądu, ale postanowił również zadbać o przyszłość, szczególnie młodego pokolenia, które albo było chore na trąd, albo pochodziło z rodzin trędowatych. Dlatego też w ośrodku powstała dla nich szkoła. Oczywiście, jako lekarz przyjmował wszystkich, nie tylko chorych na trąd. Zmarł 31 lipca 1987 r. w Jeevodaya. Jak wspomina Pani Helena, zażyczył sobie, aby być pochowanym przy kościele, bo „na cmentarzu trudno liczyć na częstsze odwiedziny”. I tak też się stało.

Drugie życie Jeevodaya rozpoczyna się z przyjazdem do Indii dr Heleny Pyz, świeckiej misjonarki, należącej do Instytutu Prymasa Wyszyńskiego. Panią Helenę poznałem we wrześniu 2016 r. w Delhi. Później spotkaliśmy się jeszcze w polskiej ambasadzie z okazji świąt Bożego Narodzenia. Pani Helena powiedziała mi przy jakiejś okazji, że koniecznie, zanim opuszczę Indie, muszę odwiedzić Jeevodaya (ostatecznie ustaliliśmy termin moich odwiedzin na Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata, czyli 26 listopada 2017 r.). Przy okazji dowiedziałem się, że Jeevodaya to nazwa, którą temu miejscu nadał ks. Adam, oznacza ona w sanskrycie (to taki rodzaj indyjskiej łaciny) „świt życia”. Obecnie Jeevodaya zarządzana jest przez stowarzyszenie, którego prezesem jest prowincjał księży pallotynów, mający swoją siedzibę w Raipurze, i to on wyznacza dyrektora ośrodka i dyrektora szkoły. Skarbnikiem stowarzyszenia jest Pani Helena, organizująca pomoc i środki do funkcjonowania całego przedsięwzięcia. Od 1993 r. pomaga jej w tym Sekretariat Misyjny Jeevodaya w Warszawie, który zbiera środki finansowe na utrzymanie ośrodka.

Siadamy z Panią Heleną przy stole na werandzie i zaczynamy rozmawiać, jakbyśmy znali się od dawna. Tematy same nasuwają się jeden po drugim. Pani Helena, pomimo że od kilku lat porusza się na wózku inwalidzkim, tryska energią, humorem i ogromną siłą woli. Bez tych przymiotów nie udałoby się jej przetrwać tutaj 28 lat i rozbudować to wspaniałe dzieło. Następnego dnia pokazała mi, skąd czerpie siłę do pracy. Otworzyła drzwi swojego gabinetu do następnego pomieszczenia, które okazało się być kaplicą. W centrum tabernakulum z Najświętszym Sakramentem, prosty ołtarz, na ścianie obraz Jasnogórskiej Pani. Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej znajduje się również w refektarzu księży oraz umieszczony jest na ścianie wejściowej do internatu młodszych dziewcząt. Na tej samej ścianie obok namalowany jest portret Ks. Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Przestrzeń przed wejściem została zadaszona i w ten sposób powstała ogromna jadalnia, służąca czasem także jako miejsce modlitwy i różnych spotkań. Jest tam tylko posadzka i dach, bez ścian, co w tutejszym klimacie w zupełności wystarcza. Je się tam i modli siedząc wprost na ziemi.

Na szczycie zadaszenia został umieszczony (przez poprzedniego księdza dyrektora) napis, który informuje, że jest to dzieło Fundacji Pani Dr Heleny. Zanim dotarła ona do Jeevodaya, sama doświadczyła, czym jest cierpienie. W wieku dziesięciu lat przeszła chorobę Heine-Medina, co trwale odbiło się na zdrowiu, utrudniając jej poruszanie się. Z powodu kolejnych operacji musiała przerwać podjęte studia medyczne, ale dzięki swojej wytrwałości szczęśliwie je ukończyła, specjalizując się w chorobach wewnętrznych. W 1971 r. wstąpiła do Instytutu Prymasa Wyszyńskiego. W latach osiemdziesiątych zaangażowała się w niosący nadzieję Ruch „Solidarność”. Kiedyś, na imieninach u koleżanki, usłyszała o ciężko chorym polskim misjonarzu w Indiach, który był też jednym lekarzem dla kilkunastu tysięcy ludzi w okolicy. Odczytała to jako osobiste wezwanie. Jak wspomina, kiedy wybrała się do Indii, nie było jeszcze Wikipedii, więc wszystkiego musiała uczyć się sama. Tym bardziej, że ks. Adam zmarł przed jej przyjazdem. Do tego dochodziły problemy finansowe, po prostu nie było pieniędzy, a ludzi do utrzymania i leczenia było bardzo dużo. Po prostu bieda. W pierwszych latach pracy Pani Helena odkrywała około pięciuset nowych przypadków trądu rocznie. Teraz ta liczba spadła do około stu. Oczywiście ludzie przychodzili nie tylko z trądem, ale i z innymi przypadłościami i problemami, nie tylko medycznymi, i tak jest w dalszym ciągu.

Obecnie w Jeevodaya pacjentów z zewnątrz przyjmuje się w środy i w czwartki. Z okolic przychodzi wtedy nawet ponad dwieście ludzi. Oprócz tego Pani Helena jeździ do przychodni w Tumagaon, około 80 km od Jeevodaya i Kuteli (ponad 200 km). Rozmawiamy o trądzie, który na szczęście obecnie jest do wyleczenia, ale trzeba systematycznie poddawać się leczeniu przez co najmniej sześć miesięcy. Niestety, czasem ludzie przerywają kurację. Oprócz cierpienia fizycznego, spowodowanego okaleczeniami kończyn i twarzy, najstraszniejsze w tej chorobie jest wykluczenie. Historie ludzi dotkniętych trądem to zazwyczaj smutne historie. Chociaż niektóre znalazły szczęśliwe zakończenie, np. w Jeevodaya. Poznałem pomocnika farmaceutycznego Pani Heleny, który odnalazł tutaj drugie życie. Przyjął chrzest, założył rodzinę. Kiedy zachorował na trąd, jego rodzony brat dał mu pieniądze i powiedział, że musi odejść, bo inaczej żadna kobieta nie zechce zostać jego żoną, jeśli w domu będzie trędowaty. Pieniądze bardzo szybko się skończyły i ostatkiem sił dotarł do Jeevodaya, gdzie znalazł ratunek i nowe życie. Innym razem młoda kobieta, której nikt nie rozumiał, ponieważ przybyła z innego stanu i jej narzecza nikt tutaj nie zna, straciła chęć do życia i chciała po prostu umrzeć, odmawiała przyjmowania pokarmu. Pani Helenie czasem udawało się ją nakarmić. Któregoś dnia, zmęczona całodziennym przyjmowaniem pacjentów, opadła z sił i zwróciła się do tej kobiety po polsku i gestami, że nie ma dla niej czasu i żeby podała jej chociaż szklankę wody. Jakież było jej zdziwienie, kiedy podniosła głowę i zobaczyła jej szeroki uśmiech, a dłonie, prawie pozbawione palców, trzymały szklankę wody. Później Pani Helena przedstawiła mi tę pacjentkę. Wielu trędowatych znalazło zatrudnienie i dom w ośrodku. Obecnie w internacie przebywa około trzystu dzieci, albo dotkniętych trądem, albo z rodzin trędowatych. W domu kobiet znajduje się ponadto dziesięć pań, a domu mężczyzn pięciu panów obłożnie chorych.

Następnego dnia po moim przyjeździe Pani Helena oprowadziła mnie po ośrodku, opowiadając historie poszczególnych budynków, a szczególnie historie ludzkie z nimi związane. Większość młodych ludzi tutaj zwraca się do Pani Heleny Mami, czyli „mamusiu”. Niektórym z nich dosłownie uratowała życie. Kilkoro z nich zostało porzuconych jako niemowlęta i zostało przez nią przygarniętych. Niektórzy z nich byli w Polsce i mówią wspaniale po polsku,  jak Manodż, Sita czy Patrycja. Duża grupa tutejszej młodzieży uczestniczyła w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie. Jeden z chłopców powiedział mi, że do dziś wspomina z wielką nostalgią polskie pierogi, we wszelakiej postaci. Do tego miejsca i do Pani Heleny przyjeżdżają różni ludzie, czasem na krótko, a czasami na dłużej, jako wolontariusze. Jej praca i poświęcenie zaczęły być dostrzegane w kraju za granicą. Otrzymała już bardzo wiele nagród i wyróżnień. Na początku, jak mówi z humorem, były to tylko wyróżnienia honorowe. Teraz do niektórych dołączane są nawet pewne sumy pieniężne, które w całości przeznaczane są potem na ośrodek i pomoc ludziom.

W którymś momencie naszej rozmowy Pani Helena powiedziała, że „miała jednak bardzo fajne życie” (urodzona w 1948 r.), a ja z kolei wtrąciłem uwagę, że przecież żyje nadal. Na co odpowiedziała: „Tak, ale i tak jestem bardzo zadowolona z tego, co przeżyłam do tej pory, bo spotkałam tylu świętych ludzi, jak chociażby św. Jana Pawła II, Księdza Prymasa Wyszyńskiego, dr Wandę Błeńską, o. Mariana Żelazka, Anię Sułkowską”. Od 2003 roku Anna Sułkowska była związana z Sekretariatem Misyjnym Jeevodaya w Indiach i była wielką pomocą i oparciem dla Pani Heleny. Zmarła na raka w styczniu tego roku. Jeszcze 30 grudnia na swoim profilu społecznościowym pani Ania zamieściła wpis: Już miałam napisać, że jest dobrze i moje leczenie dobiega końca, ale rzeczywistość okazała się bogatsza (…) Pan Bóg wie, co robi, choć Jego plany nie zawsze są zgodne z naszymi.

W Niedzielę Chrystusa Króla, 26 listopada 2017 r., cały ośrodek i okoliczni mieszkańcy uczestniczyli w uroczystej Mszy świętej, koncelebrowanej przez księży pallotynów Elebiusa i Ashtona (oraz przeze mnie), połączonej z procesją, w trakcie której młodzież przedstawiała poszczególne sceny ewangeliczne jako ilustracje do czytanych perykop. Po każdej, kolejnej stacji były wznoszone gromkie okrzyki przez zgromadzonych wiernych Niech panuje i włada Chrystus Król. Nad Jezusem Eucharystycznym były rozpostarte tradycyjne parasole indyjskie (zamiast baldachimu), ale za to zapach kadzidła był taki sam, jak w mojej rodzinnej parafii w Małogoszczu.

A wszystko zaczęło się od trzech namiotów…

O autorze

Ks. Henryk M. Jagodziński

Ks. Henryk M. Jagodziński

ur. w 1969 r. w Małogoszczu. Ukończył WSD w Kielcach i otrzymał święcenia kapłańskie. Uzyskał doktorat z prawa kanonicznego na Uniwersytecie Świętego Krzyża w Rzymie. W 1999 rozpoczął przygotowanie do służby dyplomatycznej na Papieskiej Akademii Kościelnej, którą ukończył w 2001. W tymże roku rozpoczął służbę w dyplomacji watykańskiej pracując kolejno jako sekretarz nuncjatur: na Białorusi (2001-2005) i w Chorwacji (2005-2008). W 2008 rozpoczął pracę w Sekcji ds. Relacji z Państwami w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej. W latach 2015-2018 Radca Nuncjatury Apostolskiej w Indiach, obecnie pracuje w Nuncjaturze w Bośni i Hercegowinie.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: