Relacje

W godzinę śmierci wezwij mnie…

CeDarkowi – z miłością

Pamiętam wszystko.
Pierwsze wspomnienie: Duży pokój, który wcale nie jest taki duży, ale w mojej dziecięcej wyobraźni zawsze wydawał się ogromny. Domowa huśtawka, pomarańczowa, z drewnianym siedziskiem. I ja, pulchna blondyneczka, bujana na tej huśtawce szczupłą ręką niskiego, roześmianego, młodego blondyna. Perlisty, dziecięcy śmiech. Od pierwszego wspomnienia do ostatniego jasnego snu, w którym huśtałam się już sama i na zupełnie innej huśtawce, bo na osiedlowym placu zabaw. Bujałam się wprost pod jasne, bezkresne niebo, a on siedział na ławce i śmiał się do mnie łagodnym spojrzeniem swoich wielkich, błękitnych oczu. Od pierwszego słowa, którego to właśnie on mnie nauczył.

Pięćdziesiąt jeden lat, co to jest. Ostatnio widziałam nekrolog studwulatka. Firma pogrzebowa zaznaczyła wiek zmarłego pogrubioną czcionką. Pół żartem pół serio: wyróżnienie za długie życie. Wiem, przecież wiem z doświadczenia, że zawsze jest za wcześnie. Jak umierał mój przybrany ojciec, było za wcześnie, mimo że miał osiemdziesiąt pięć lat. Gdyby odchodził po stu dwu latach życia, też byłoby za wcześnie. Dla mnie za wcześnie – bo ja zostałam osierocona. Nie ma bardziej „za wcześnie”, nie istnieje inne „za wcześnie”, niż dramatyczna sytuacja, w której matka musi pożegnać swoje dzieci. Odwrócenie porządku biologii, w które tak ciężko uwierzyć. Ostatnie piętro cierpienia. Cierpienia, z którym trzeba się zmierzyć. Od którego nie ma ucieczki. Trauma.

Inna jest żałoba, jeśli było dane przeprowadzić bliską osobę na drugą stronę, jeśli można było towarzyszyć jej w ostatnich chwilach. Taka żałoba, którą znam i umiem oswoić. Typowa dla naszego kręgu kulturowego, dla naszej religii. Domknięcie historii. Zakończenie. Ogromny ból, ale taki jest cykl naszego życia: rodzimy się i umieramy. Kiedy człowiek umiera nagle, to tak, jakby świat się skończył. Jakby Pan Bóg bez ostrzeżenia zgasił światło. Zostajesz w ciemności i nie działają żadne mechanizmy obronne. Zostają pytania: dlaczego, czy zdążył się pojednać z Bogiem, jaka była przyczyna, przecież chciał żyć, przecież bał się śmierci, chciał się dalej uczyć, poznawać świat, inne kultury, języki. Przecież był taki zabawny…
Niezrozumienie. Wyparcie. Szok. Milczenie, bo jak opowiedzieć o bólu, który rozszarpuje aortę. Nie da się. A to przecież ziemski ból do przeżycia. A on? Co z nim tam…?

Zdążyliśmy być blisko.
To jest najważniejsze w życiu: nie bać się bliskości. Budować relacje, nawet, jeśli to kosztuje. Nawet, jeśli koszt jest ogromny, to przecież zysk nie do przecenienia. Warto. Zawsze warto. Jeśli boisz się bliskości, to znaczy, że przegrałeś bitwę. Na szczęście zawsze możesz wstać i walczyć dalej, wygrać wojnę. Możesz, dopóki żyjesz. W obliczu diagnozy onkologicznej człowiek zaczyna rozumieć, jak kruche jest życie i jak niewiele ma czasu. Wiem, że wykorzystaliśmy ten czas. Żadna pociecha, skoro wiem też, że tego czasu mieliśmy mieć znacznie więcej.
Pamiętam, jak zaczęliśmy odkrywać, do ilu spraw podchodzimy w ten sam sposób i jak wiele nas łączy. Pamiętam nasze rozmowy, takie prawdziwe, do bólu, do szarpnięcia duszy. Do źródła. Do zrozumienia. Któregoś ciepłego, czerwcowego wieczoru to właśnie on powiedział mi: „Nigdy się nie poddawaj. Córkę żołnierza chyba można trzymać za słowo?” Obiecałam mu, że będę z nim, gdy będzie umierał – i że zabezpieczę go przeciwbólowo do takiego stopnia, że nie będzie czuł cierpienia. Obiecałam. A tymczasem nie było mnie. Nie miałam żadnej złej myśli. Żadnego przeczucia. Nie zadzwonił do mnie. Nie rozmawiał ze mną. I nie pożegnał się ze mną.

Pamiętam, jak rzucił wszystko i przybiegł do mnie, bo nagle zachorowałam i potrzebowałam pilnej pomocy medycznej. Mój stan był zły. Wtedy on, w błyskawiczny sposób, z pominięciem wszystkich bezzasadnych i nielogicznych procedur, pomógł mi trafić na właściwy oddział szpitalny. Dzięki niemu szybko otrzymałam niezbędną pomoc. To nie wszystko, odwiedzał mnie codziennie. I to on mnie ze szpitala odebrał, jak już dostałam wypis. To wtedy, w pociągu, wracając do domu, obiecałam mu po raz drugi, że córka żołnierza nie złamie raz danego słowa.

Potem przyszło mi się zmierzyć z nagłym, gwałtownym bólem, który całkowicie zagłuszył mnie  i na długo wyrwał z życia. Stało się. W ciszy, w samotności, w tragedii. Pan Bóg zgasił światło.
Potem pogrzeb, pożegnanie, które wygłaszałam przy całym, pełnym kościele. Ludzie stali pod ścianami, nie mieszcząc się w ławkach i w nawach. Miał mnóstwo przyjaciół. Grób tonął w kwiatach, kwiaty zastawiały boczne alejki. Ludzie pod kościołem, a to listopad. Nie mieścili się do środka. Tłumy. Tłumy w kościele, tłumy na cmentarzu. Pożegnanie człowieka, który naprawdę był wyjątkowy. Nie wiem, jak to się stało, że nie złamałam się i udało mi się powiedzieć to wszystko, co chciałam: że był mądrym, dobrym, uczciwym człowiekiem, który zawsze odważnie przyznawał się do Chrystusa. Człowiekiem, który mimo ciężkiej choroby nie zrezygnował z pracy, a pracował posługując przy chorych, cierpiących i umierających – był pielęgniarzem. Nie wiem, jak dałam radę. Chyba ktoś wspierał mnie modlitwą, żebym tam nie upadła.

Bardzo trudne, ale dobre życie. Zakończone tragicznie, bezsensownie, źle.
Pytania, na które nie będzie już nigdy odpowiedzi.

Po tej stronie życia światła już nie będzie.
Po tamtej – jest tylko jasno. I tam, w tej jasności, na wszystkie pytania znajdę odpowiedź.

Do zobaczenia, Darku.

 

Photo by Danielle MacInnes on Unsplash

O autorze

Marta Cynkier

Marta Cynkier

Kobieta z długopisem. Debiutowała w 2005 r. na Turnieju Jednego Wiersza w Międzyborowie. Debiut drukiem: „Dekretacje”, 2019 r., Ridero.
Jest córką i siostrzenicą w tymczasowym stanie spoczynku. Sercem adoptowała trzy siostry i brata.
Najlepiej czuje się w tematyce więzi i relacji.
Pracuje w administracji państwowej.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: