Zdrowie i uroda

Zadbana

Wpis dedykuję cudownym kobietom z projektu Klaudii Halz „365 dni #wspódnicy”, zwłaszcza Ewie S., Joasi S. i Ani M.

Bycie zadbaną jako obowiązek – dlaczego?

Ze względu na siebie. Dbanie o siebie poprawia nasze samopoczucie, a w konsekwencji zwiększa potencjał i wydajność; innymi słowy, zadbane możemy zrobić więcej dobrego.

Ze względu na innych. Żyjąc w społeczeństwie chcąc nie chcąc wpływamy na innych przez nasz wygląd, zachowanie, słowa. Widzę kilka wymiarów tego wpływu: wrażenie estetyczne, jakie pozostawiamy na otoczeniu – w szczególności na mężczyznach naszego życia; dobry przykład, ważny zwłaszcza dla młodszych osób w naszym otoczeniu, w tym własnych dzieci; świadectwo, jakie dajemy własnej rodzinie, grupie społecznej i zawodowej, wreszcie religii i narodowości.

Zadbana – czyli jaka?

Zadbana to dla mnie przede wszystkim zdrowa i czysta. Ładna cera, włosy, paznokcie, sylwetka – wszystko to zależy między innymi od diety, snu i wysiłku fizycznego. Ważne są też kosmetyki – niekoniecznie drogie, koniecznie dobrej jakości. Czasem warto skorzystać z suplementacji albo leczenia (np. kuracji przeciwtrądzikowej). Na pewno dobrze jest dbać o prawidłowo dobraną bieliznę, nosić ubrania o wygodnym kroju i z tkanin pozwalających skórze oddychać oraz zapewniających komfort termiczny; oczywiście czyste, wyprasowane, w razie uszkodzeń naprawiane.

Zadbanie to także staranność. Rozczesane, ewentualnie spięte włosy, opiłowane paznokcie. Zestawianie ubrań w przemyślany sposób. Ale również zachowanie, sposób poruszania się, używany język.

Fundament

Dbałość o zdrowie, czystość i staranność to baza, pewne minimum, które warto zachowywać zawsze – także w domowych pieleszach lub w podróży. Pozwalanie sobie na chodzenie w zniszczonych ubraniach i z brudnymi włosami w wolne dni zaprzecza moim zdaniem byciu zadbaną; jest to szkodliwe także ze względu na innych domowników, może sugerować, że mniej mi zależy na wrażeniach estetycznych najbliższych, niż reszty świata. Jeśli mój „poziom zadbania” w domu i poza domem bardzo się różni na niekorzyść domu, jeśli dom jest dla mnie tylko miejscem przygotowań do wyjścia, w którym nakłada się maseczki, kręci włosy i depiluje nogi, a swój urok podkreślony tymi wszystkimi zabiegami roztaczam tylko poza domem – coś poszło nie tak.

I oczywiście istnieją warunki zewnętrzne niezależne ode mnie, które mogą stanowić usprawiedliwienie obniżenia standardu: choroba, całkowity brak czasu w okresie intensywnej opieki nad dzieckiem po porodzie lub chorym, niemożliwy do opanowania wypływ mleka z piersi, brudne dziecięce rączki, zwierzęta domowe, brak łazienki w podróży i tak dalej. Nawet wtedy jednak warto dbać o jakieś minimum, chociażby ze względu na własne samopoczucie.

Estetyka

Na bazie bycia zadbaną mogę budować wymiar estetyczny wizerunku. Wkraczają tu do akcji tak cenne narzędzia i umiejętności, jak analiza typu sylwetki i analiza kolorystyczna, wizaż, stylizacja włosów i paznokci, wreszcie znajomość dresscode’u. Wszystko to pozwoli mi odnaleźć sposób na pokazanie się z jak najlepszej strony. Szpilki dodadzą mi wzrostu, dzięki czemu sylwetka będzie się wydawać zgrabniejsza, odpowiednio dobrane ubrania wyszczuplą, makijaż powiększy optycznie oczy lub ujednolici cerę; kolory z „mojej” palety dodadzą mi życia i ujmą lat.

Jednak zanim zacznę korzystać z tych dobrodziejstw, dobrze byłoby zapytać samej siebie, jaki jest mój estetyczny ideał, co do mnie pasuje, jaka chciałabym być, jak chciałabym wyglądać. Długonoga blondynka o pełnych piersiach? A może raczej kobieta jak z obrazu prerafaelity? Albo wieśniaczka Chełmońskiego? Albo elfia księżniczka? Albo pionierka z prerii? Kanon kobiecego piękna zmieniał się na przestrzeni wieków; co więcej, ludzie mają różnorodne preferencje estetyczne niezależnie od epoki. Może warto na chwilę odciąć się od wszechobecnego „powinnaś! powinnaś! powinnaś mieć długie nogi, szczupłą talię, gładką skórę, długie włosy, duże oczy, pełne piersi; jeśli ich nie masz, to chociaż udawaj, że je masz!” i posłuchać swego wewnętrznego głosu, który mówi mi, że po pierwsze wolę blade eteryczne brunetki od opalonych seksownych blondynek, a po drugie mój okrągły brzuszek, blizny po ospie i zadarty nos nie tylko nie są żadnym powodem do wstydu, ale i mogą się podobać.

Osobisty standard

Uważam, że każda z nas powinna samodzielnie określić, co chce w swoim wyglądzie tuszować, a co podkreślać – i czy w ogóle uważa te zabiegi za konieczne. Samodzielnie, to znaczy posługując się lustrem (i ewentualnie odniesieniem do normalnej, zdrowej kobiety), natomiast bez odniesienia do fotografii z okładek i reklam. Większość kobiet nie ma idealnie jednolitej i gładkiej cery jak modelka z reklamy kremu ani takiej sylwetki i skóry jak modelka z reklamy depilatora – nie mówiąc już o tym, że modelka też takiej nie ma. Programy graficzne to taki cudowny wynalazek! Są lepsze niż ten zły malarz od Krasickiego, który malował piękniejsze twarze: dają jeszcze silniejsze złudzenie, że retuszowane zdjęcie odpowiada w stu procentach rzeczywistości.

Oczywiście same napędzamy to błędne koło gdy malujemy się, depilujemy, wbijamy w wyszczuplającą bieliznę tylko po to, żeby sprostać wymaganiom społecznym. Nic dziwnego, że gdy pokazałaś się ludziom bez makijażu pierwszy raz od paru miesięcy, wszyscy pytają czemu jesteś taka niewyraźna albo blada. Skąd mają wiedzieć, że tak po prostu wygląda Twoja twarz?

Masz prawo do tego, żeby podkreślać talię, i do tego, żeby ją chować, do obcasów i do płaskich butów, do kolorów zgodnych z twoim typem kolorystycznym i do noszenia się zawsze na czarno, do makijażu i do jego braku. Jeśli chcesz, używaj szpilek i szminki jako atrybutów zwiększających pewność siebie, ale nie pozwól, by ta pewność siebie zaczęła od nich zależeć. Jeśli chcesz, kryj niedoskonałości cery pod korektorem i podkładem, ale daj sobie prawo do pokazywania się ludziom także bez tych kosmetyków. Depiluj się, skoro chcesz, ale jeśli facet miałby Cię odrzucić ze względu na nieogolone nogi, to lepiej machnij na niego ręką.

Wyrzućmy w końcu do kosza uniwersalne dobre rady

Muszę tu podrzucić tekst Ewy z Pracowni SHU, jedną z pierwszych i ważniejszych inspiracji dla tego rozwleczonego wpisu.

Pewnie wiecie, o czym piszę. „Taka młoda, a nie pokazuje nóg”, „masz piękną talię, po co ją chowasz?”, „do tej sukienki tylko szpilki”, „koniecznie powinnaś rozpuszczać włosy”.

Tymczasem (pomijając już dostosowanie stroju do sytuacji) efekt, który chcę uzyskać, może wymagać właśnie midi, zamaskowanej talii, trampek i związanych włosów. Mnie się ten efekt podoba, a do tego jest mi wygodnie. I każda rada, która chce mi ten efekt „odebrać”, trochę mnie denerwuje. Bo czasem makijaż sprawi, że stracę na dziewczęcości, pasek w talii przeniesie strój w bardziej formalne rejony, a w szpilkach nie pochodzę dłużej niż kwadrans (gdy tymczasem przede mną cały dzień załatwiania spraw na mieście).

Muszę też zauważyć, że lepszy brak makijażu niż zły makijaż, tak jak lepszy niski obcas niż chwianie się na szpilce. Co więcej, we mnie nawet dobrze dobrany i nałożony podkład widziany z bliska wywołuje wrażenie maski; nic nie poradzę na to, że ten efekt mi się nie podoba i w związku z tym u siebie go wcale nie pożądam. Jest więc i druga strona medalu, której często nie dostrzegają osoby od uniwersalnych dobrych rad.

Uśmiechnij się

Jest mi bardzo przykro czytać albo słyszeć, że kobieta uważa swoją twarz bez makijażu za brzydką. Jest mi przykro dlatego, że po kilku godzinach spędzonych w towarzystwie ludzi, których na pierwszy rzut oka oceniłam jako brzydkich (na przykład z powodu mało proporcjonalnych rysów twarzy lub wyprysków) przestaję tę brzydotę dostrzegać, zwłaszcza jeśli dana osoba dużo się uśmiecha. Tak, naprawdę uśmiech jest najlepszym makijażem, także dla mężczyzny.

Jeśli więc ja potrafię zobaczyć piękno w osobie, którą ledwie znam, to tym bardziej należy się to tobie od ciebie; i zupełnie nie ma tu znaczenia, że jesteś cała w bliznach po trądziku, masz wyjątkowo bladą skórę, pucołowate policzki albo wielkie brązowe znamię na twarzy. Miałam kiedyś koleżankę z takim znamieniem, wesołą i przyjazną osobę; lepiej pamiętam jej śniadą cerę, ciemne oczy i uśmiech niż to znamię, które było naprawdę duże i nie do przeoczenia. Była też inna koleżanka, szczupła blondynka i bez żadnych defektów, ale zawsze naburmuszona i niemiła; jej twarz nie przestanie mi się kojarzyć z małpim pyskiem.

Z drugiej strony nie uważam, że wesołość jest zawsze i wszędzie obowiązkowa. Smutna, zamyślona czy nawet zagniewana też jesteś piękna. Ale szczery uśmiech każdemu dodaje uroku, nawet jeśli ma się, tak jak ja, krzywe zęby.

Jak się rozbieram, wyglądam fantastycznie

Te słowa Ewy Farnej zapadły mi w pamięć, ponieważ przypominają pewną ważną prawdę: zostałyśmy stworzone nie tylko bez szminki i lokówki, ale także bez ubrań. I takie właśnie jesteśmy najpiękniejsze. Nagie. Bez ulepszaczy, wyrównywaczy proporcji, wygładzaczy i całego tego urodowego arsenału. Takimi doceniają nas mężczyźni i takimi powinniśmy doceniać same siebie.

Powtórnie podkreślam, że jeśli jakiemuś mężczyźnie nie podobasz się sauté, w wersji poranno-łóżkowej – bez makijażu, wyszczuplającej bielizny, z potarganymi włosami – to nie jest wart Twojego zainteresowania. Ale z tego co wiem faceci, których gust nie został zepsuty przez pornografię, lubią swoje kobiety właśnie w takiej wersji – tej najbardziej prywatnej, tej zarezerwowanej tylko dla nich.

Czasem akceptacja siebie sauté wymaga ciężkiej pracy: mediowego detoksu, polepszenia samooceny, nauki dzielenia krytycznych uwag na pożyteczne i takie, które lepiej zignorować. Ale myślę, że warto. Dla poczucia, że jestem wolna; że krytyka i pochwały mogą być cenne, ale od nich nie zależę, bo najcenniejsze jest dla mnie moje własne zdanie na mój temat.

O autorze

Kinga Lubańska

Kinga Lubańska

Mam na imię Kinga. To zdrobnienie od germańskiego Kunegunda, które tłumaczone jest jako „walcząca o swój ród” lub „bojowniczka rodu”. Kocham swoje imię, nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego; cenię rodzinę jako konkretną grupę społeczną, którą współtworzę, ale także jako instytucję, i jestem gotowa bronić jej zawsze i wszędzie.

Jestem katoliczką i Polką, a także pielęgniarką i żoną lekarza, najlepszego mężczyzny na świecie. Chciałabym mieć dużo dzieci i uczyć je w domu. Na razie nie mam dzieci, więc pracuję, prowadzę dom, noszę sukienki, układam zdjęcia w rodzinnych albumach i piszę komentarze w internecie.
Prowadzę blog Bojowniczka .

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: