Relacje

Żale, wyrzuty i te wszystkie rozczulenia

Jestem egoistą. Okrutnym i bezwzględnym, który tylko niekiedy okazuje zainteresowanie losem kogoś innego. Kogoś, kto stoi obok. Kogoś, kto może znajduje się w jeszcze gorszym położeniu niż ja (choć czasem trudno w ogóle dopuścić do siebie taką myśl, w końcu przecież żeby to problemy innych przesłaniały nam nasze własne bolączki). Strasznie mnie boli taki egoizm, kiedy to skupiając się na własnym marnym i nic nieznaczącym życiu, kompletnie zapominam o innych. Czasami o ludziach mi bliskich, którzy cierpliwie znoszą moje różne wyskoki i mimo całej plejady wad i irytujących zachowań, jaką ich obdarzam, wciąż zdają się wyrażać chęć, aby towarzyszyć mi w życiu. Już dawno doszedłem do mało budującego wniosku, że gdybym miał możliwość poznać samego siebie z perspektywy obcej osoby, nie wytrzymałbym i swoje własne towarzystwo byłoby dla mnie odstręczające.

Lubimy się nad sobą rozczulać. Wręcz uwielbiamy wyciągać z różnych zakamarków drobne problemy i niespodziewanie odkrywać w nich sens istnienia wszechświata. Bardzo często czynimy to dlatego, że chcemy być zauważeni i docenieni. Zapewne czasami po prostu nie mamy wyjścia, bo to jedyne rozsądne działanie. Mając do wyboru tkwienie w marazmie i leniwe marnowanie czasu oraz równie nieefektywne, ale przynajmniej jakoś zapełniające czas roztkliwianie się nad sobą i analizowanie własnych problemów, wybieram jednak drugą opcję.

W moim wypadku najczęściej takie rozczulanie się nad sobą trwa przez bliżej nieokreślony czas, ale zawsze kończy się gwałtownie. Ta twarda i konkretna część duszy wreszcie dochodzi do głosu, w końcu smutki i żale zostają przegonione przez nadzieje, a po jakimś czasie uświadamiam sobie, że niektóre z moich oskarżeń kierowanych pod adresem świata i ludzkości były po prostu idiotyczne.Na jakiś czas taka otwarta, pełna gotowości do działania, postawa się sprawdza. Jeżeli nie szczęśliwy, to przynajmniej w miarę zadowolony, kroczę przez życie. Później znowu pojawia się okres chandry i znowu rozczulam się nad sobą, marnując kolejne godziny. I ponownie przełamuje smutki i wstaję z kolan. I tak w kółko.

Staram się szukać pozytywów w każdej, nawet najbardziej absurdalnej i bezsensownej sytuacji, dlatego zastanawiałem się ostatnio, czy z takiego, na pozór miałkiego i próżnego, rozczulania się nad sobą, płyną jakieś korzyści. Chociaż nie da się ukryć, że analizując własne problemy, odwracamy się plecami do reszty świata, to mimo wszystko tkwi w tym wszystkim chyba jakiś głębszy sens. Spróbuję to udowodnić.

Po pierwsze, rozczulając się nad sobą, mamy okazję poznać siebie dogłębnie i zweryfikować własne życiowe potrzeby. Czasem znajdujemy się w takim stresie, mamy tyle na głowie, gonią nas terminy i wszyscy od nas wymagają tyle, że zwyczajnie nie mamy czasu, żeby usiąść i pomyśleć przez chwilę o tym, czego naprawdę pragniemy i do czego chcemy dążyć. Być może tak naprawdę w ciszy, z dala od zgiełku i gwaru ludzkich głosów, kiedy trapią nas bliżej nieokreślone smutki i kiedy poczucie bezwartościowości się o nas upomina, kryje się odpowiedź na to kluczowe w naszym życiu pytanie: „czego chcę?”. Zamęczając się na śmierć w imię pracy, tracąc godziny na bezowocne dyskusje i spory, raniąc wszystkich dookoła swoimi nietrafionymi komentarzami, złoszcząc się na złe wyniki czynów dokonanych w dobrych intencjach – może tak naprawdę wtedy docieramy do sedna naszych pragnień? Myślę, że nie jest sztuką wiedzieć czego się chce, gdy układa nam się życie, jest wesoło i radośnie, wszyscy tańczą i śpiewają, a nam pieniądze i szczęście sypią się z nieba. Nie, sztuką jest odkryć w sobie cel i aspiracje, kiedy ze sporą prędkością toczymy się w dół i nie za bardzo wiemy, jak się zatrzymać. Potem trzeba wstać z kolan, otrzepać się z pyłu i przejść do działania.

Po drugie, rozczulanie się nad sobą jest swego rodzaju buforem bezpieczeństwa, który ratuje nas przed depresją lub samobójstwem. Jakkolwiek by to nie brzmiało, dla mnie wydaje się to prawdą. Rozczulanie się nad sobą nie należy do czynności najprzyjemniejszych, bo w końcu najczęściej budzi w nas smutek i rozczarowanie, ale jest przynajmniej stosunkowo bezpieczne, czego o dwóch wyżej wspomnianych formach odczuwania cierpienia nie można powiedzieć. Być może my – ludzie – także potrzebujemy jakiegoś sposobu na rozładowanie frustracji i rozgoryczenia, a skoro możemy to uczynić nie raniąc bezpośrednio innych, tym nawet lepiej dla nas.

No i w końcu bardzo często rozczulanie się nad sobą prowadzi do efektywnych i zdecydowanych działań, jakich czasami byśmy nie byli w stanie podjąć będąc w najlepszej możliwej formie psychicznej. Z autopsji dobrze znam sytuacje, w których mogąc działać na luzie i bez nerwów spisałbym się gorzej, niż kiedy muszę stawić im czoła i nie da się tego uniknąć. Może te wszystkie tytułowe żale, wyrzuty i rozczulenia pełnią rolę trampoliny, od której możemy się odbić i wylądować wyżej, niż ktokolwiek byłby w stanie przewidzieć?

Zdarza ci się, że bagatelizujesz (lub ktoś stara się zbagatelizować) twoje wewnętrzne problemy i starasz się (lub ktoś stara się) zmniejszyć ich wagę, kontrastując je z całym złem świata i jego cierpieniem? Oto cytat dla ciebie:

” (…) zaczynam rozmyślać nad jego uwagą o ludziach z większymi problemami od moich. Całe trzy sekundy zajmuje mi dojście do wniosku, że to straszna brednia. Mieszkańcy Iranu mieliby być ważniejsi ode mnie, ponieważ rzekomo bardziej cierpią?
G* prawda.
(…)
To, że mieszkam w demokratycznym państwie, nie gwarantuje mi bezproblemowego życia.
Bynajmniej.
Rozumiem, że ze społeczno-ekonomicznego punktu widzenia jestem relatywnie bardziej uprzywilejowany od innych, ale to samo można powiedzieć o Hamlecie – i wielu innych nieszczęśliwych ludziach.
Założę się, że w Iranie mieszkają ludzie szczęśliwsi ode mnie, których nie obchodzi, kto sprawuje władzę polityczną w ich kraju, podczas gdy ja jestem nieszczęśliwy w rzekomo wolnym państwie i pragnę za wszelką cenę wypisać się z życia”. – Matthew Quick, „Wybacz mi, Leonardzie”

Nie daj sobie wmówić, że ty i twoje problemy jesteście nieważni.
Pozwól sobie czasem na odrobinę egoizmu i porozczulaj się nad sobą.

Może właśnie tego potrzebujesz?

Photo credit: Photographing London via Foter.com / CC BY

O autorze

Bartłomiej Witeszczak

Bartłomiej Witeszczak

Prawie dziewiętnastolatek. Autoironiczny wrażliwiec, ze sporym dystansem do siebie i własnej twórczości. Filozof z powołania (miłośnik Kierkegaarda), obserwator życia społecznego z zamiłowania. Świadomy katolik. Kocha wolność (i uważa ją za największą z wartości), góry, muzykę progresywną i swoją wspólnotę. Nie znosi ignorancji i pustosłowia. Wierzy w zapomniane wartości, dostrzega sens tam, gdzie inni go nie widzą, nieustannie szuka. I wędruje przez noc. Autor bloga Wędrując przez noc

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: