Zdrowie i uroda

Stare dobre umiarkowanie

Jako dziecko miałam normalną wagę. Nigdy nie byłam szczuplutka, ale też – Bogu dzięki – w ogóle nie miało to dla mnie wtedy znaczenia, a przynajmniej nie pamiętam, żeby miało. Zaczęłam tyć jako nastolatka – z powodu kiepskich nawyków żywieniowych i z powodu braku ruchu. Chociaż rzadko jadłam przetworzoną żywność, w mojej diecie było za dużo cukru, za duże były też porcje. No i myślę, że jedzeniem sobie kompensowałam różne
smutne rzeczy w moim życiu.

O zdrowiu wiedziałam wtedy za mało, żeby się przejmować swoją wagą. Natomiast mój wygląd rzadko mnie na serio obchodził. Bogu dzięki nie oglądałam telewizji i nie czytałam kolorowych czasopism i po prostu nie wiedziałam jak ze mną „źle” w kontekście wyglądu. Gdybym wiedziała – myślę, że skończyłoby się albo ciężkimi kompleksami zajadanymi czekoladą, albo ciężkimi kompleksami „leczonymi” dietą i kto wie – może nawet przypłaciłabym to bulimią.

Nie znaczy to, że lubiłam swoje ciało. Czasem go nie cierpiałam. Tęskniłam za dzieciństwem, pamiętałam, że wtedy było mi lekko, łatwo się poruszać. A jako nastolatka czułam, że moje ciało dąży (jak to w fizyce) do spoczynku, że ściąga mnie w dół, że zawodzi. Czasem wciąż to czuję i wtedy najbardziej go nie lubię. Nie lustro jest moim najgorszym wrogiem, tylko ta niemoc, która mnie ogarnia, gdy myślę o poruszaniu się.

Mając niecałe 20 lat poszłam na studia. Miałam wtedy BMI na poziomie I stopnia otyłości. I wyglądałam kiepsko, niezdrowo, nie cierpię swojej legitymacji studenckiej (zdjęcie które podczas rekrutacji zostawiłam na uczelni wlecze się za mną cały czas). Mogłabym może wyglądać lepiej gdybym wiedziała jak się ubierać i czesać, ale wtedy miałam o tym bardzo słabe pojęcie.

W ciągu pierwszego roku studiów schudłam 25 kg. Głównie przez to, że zaczęłam się przemieszczać (zamiast spędzać większość czasu w domu) i że mało jadłam. Całe dnie spędzałam na uczelni i w komunikacji miejskiej, na jedzenie na mieście nie miałam pieniędzy, a szykowanie sobie czegoś do zabrania wydawało się wtedy mało istotne i mało sensowne. Jadłam głównie zbożowe ciasteczka, których opakowanie mówiło, że są prawie dokładnie zbilansowane; poza tym były tanie i lekkie, więc uznałam, że będę jadła ich tyle, ile wynosi moje zapotrzebowanie kaloryczne. Sprytne, co?

W całym tym chudnięciu swoją rolę odegrał też stres, co oczywiście nie było zdrowe. Patrząc na siebie z trzech lat studiów na pielęgniarstwie mam ochotę po prostu przytulić tamtą dziewczynę i powiedzieć jej, że będzie dobrze i że jeszcze nauczy się o siebie dbać. Wtedy nie byłam w dobrym miejscu żeby zrozumieć, dlaczego to jest takie ważne. W ogóle czasem dziwię się, jak przeżyłam tamte trzy lata. Trochę w tym było walki o przetrwanie.

Po skończeniu pielęgniarstwa poszłam na położnictwo. Tam dowiedziałam się o programowaniu metabolicznym. Myśl, że moje odżywianie ma wpływ na zdrowie moich jeszcze nawet niepoczętych dzieci, zmotywowała mnie jak nic innego. Zaczęłam się interesować tematem zdrowego odżywiania, dowiadywałam się coraz więcej na ten temat i coraz więcej zasad udawało mi się wprowadzać w życie. Momentalnie podziękowały mi za to włosy i paznokcie. Teraz myślę, że to, jaki był ich stan zanim zaczęłam się lepiej odżywiać, wskazywało na niedobory.

Zaczęłam chodzić na siłownię i odkryłam, że ruch może dawać mi radość, zaczęłam też pić wodę i dbać o prawidłową postawę. Ale potem znowu zaczęłam tyć. Nic dziwnego – odżywiałam się zdrowiej, ale wciąż nie umiałam oceniać jakich potrzebuję porcji i brakowało mi dobrych nawyków jeśli chodzi o ruch. Po ślubie proces przyspieszył i na początku tego roku miałam BMI na granicy otyłości I stopnia. Choć myślę że było to mniej widoczne i o wiele lepiej się czułam w swoim ciele niż jako nastolatka, pewnie też dlatego, że trochę więcej się ruszałam. Ważyłam się rzadko, cyferki na wyświetlaczu rosły powoli, ale stale. Zaczęłam się poważnie bać, że jeśli nie podejdę do sprawy na serio, to wrócę do punktu wyjścia albo nawet gorzej.

Ściągnęłam sobie wtedy aplikację, którą reklamował mi Facebook. Spodobała mi się idea wyrabiania zdrowych nawyków, bo w końcu o to mi przede wszystkim chodziło. Więc zapłaciłam za cztery miesiące (mnie wydane pieniądze motywują – czasem bardziej, czasem mniej, ale jakiś kop to zawsze jest).

O sukcesie zadecydowało najbardziej to, że zaczęłam liczyć kalorie. Nigdy wcześniej tego nie robiłam i niektóre wnioski były dla mnie sporym zaskoczeniem. Zaczęłam zwracać uwagę zwłaszcza na zawartość tłuszczu – wcześniej niby wiedziałam, że to najbardziej energetyczny składnik pożywienia, ale dopiero liczenie kalorii uświadomiło mi jak wiele mojego „limitu” zużywa łyżka oliwy czy kawałek łososia. Podstępne okazały się też kasze,makaron, strączki, orzechy i owoce.

Zaczęłam się przekonywać, że skoro dana porcja zawiera ilość kalorii którą przewiduje mój limit na dany posiłek, to widocznie taką porcją mogę się najeść. I to jest jedno z najważniejszych osiągnięć w całym tym procesie: uczę się umiaru. Wciąż zdarza się, że mnie ponosi, zwłaszcza gdy przestaję liczyć. Miewam czasem napady typu zjedzenie połowy słoika dżemu czy filiżanki orzeszków, ale mniej mnie to dołuje. Zamiast rozpaczać myślę sobie raczej, że to tylko potknięcie, a jutro będzie nowy dzień i nowe sukcesy. I dużo łatwiej mi się opanować – także wtedy, gdy mam dostęp do dużych, nieporcjowanych ilości jedzenia, np. imprezach. Bardziej cieszę się jedzeniem, a zostawienie czegoś na talerzu nie wydaje mi się już mission impossible.

Dzięki liczeniu kalorii w ciągu ostatnich paru miesięcy pozwoliłam sobie upiec sporo ciast, które wcale nie są fit. Wiedza o energii zawartej w porcji skutecznie mnie powstrzymuje przed zjedzeniem za dużej ilości ciasta, a jednocześnie pozwala świadomie włączyć kawałek w jadłospis. Nawet jeśli miałam kiedyś początki myślenia o niektórych potrawach jako o „złych”, „grzesznych” czy „zakazanych” – teraz jestem od tego wolna. Wszystko można, byle rozsądnie i byle na co dzień stosować zbilansowaną dietę.

Pod względem jakościowym jem zdrowo. Regularność wciąż kuleje – choć na przykład w tej sferze wiedza z aplikacji zdjęła ze mnie presję pięciu posiłków i małej kolacji. Ja lubię jeść po południu, a wieczorem lubię  przygotowywać najlepszy posiłek dnia, bo wtedy na pewno zjem go razem z mężem. A jeśli wpisuję jako przekąski np. jabłko, cukierka i wieczorną łyżeczkę oleju z wiesiołka, to okazuje się, że posiłków może być nawet sześć.
Muszę jednak planować przynajmniej z grubsza co będę jadła danego dnia, zwłaszcza jeśli wieczorem przewidziane jest jakieś bardziej kaloryczne danie, żeby nie okazało się wtedy, że już wyczerpałam swój limit.

Bałam się, że będzie dużo trudniej, że będę głodna, a przede wszystkim, że limitowanie jedzenia nie wystarczy. Tymczasem okazuje się, że jest to najważniejsza część odchudzania – badania mówią że ćwiczenia mogą być wsparciem, ale rzadko dają tak dobre efekty jak ograniczenie podaży kalorycznej. Ale skoro już o nich mowa – w ciągu ostatnich lat pokochałam aqua fitness i spacery, czasem zdarza mi się poćwiczyć w domu. Raczej nie lubię
uprawiania sportu jako takiego, ale staram się umieszczać małe porcje ruchu między codziennymi czynnościami, choć na tym polu mam jeszcze wiele do zrobienia.

Generalnie redukcja wydaje mi się łatwa. Ale jest tak dlatego – i to jest jedna z najważniejszych rzeczy, które mam w tej sprawie do powiedzenia – że bazowałam na wielu wcześniej wyrobionych nawykach żywieniowych, do których przekonałam się ze względu na zdrowie. Już wcześniej nauczyłam się pić wodę, nie dlatego, że mi to smakowało, tylko dlatego, że to jest zdrowe. Nauczyłam się jeść warzywa – z tego samego powodu. Dziś gotuję naprawdę smaczne potrawy oparte na warzywach, ale zaczęłam to robić ze względu na zdrowie, nie wagę. Ograniczałam mięso z tego samego powodu. I słodycze. I białą mąkę. Planuję posiłki (z różnym powodzeniem i regularnością) od początku małżeństwa. Warzyw i owoców jem teraz dużo i umiem je włączać do każdego posiłku. Nie słodzę napojów. Kawę piję w formie dripa i dzięki temu przestałam do niej cokolwiek dodawać. Mam bardzo dużą potrzebę słodkiego, ale zaspokajam ją zwykle przez owoce, bakalie,  domowe wypieki i aromatyzowaną herbatę.

Mój zmysł smaku zmienił się przez ten czas (nie w trakcie redukcji, tylko już wcześniej). Przetworzona żywność (typu kupne ciastka czy fast foody) czasem mnie skusi, ale zwykle potem tego żałuję, bo mało co jest na tyle smaczne żeby wynagrodzić użycie kiepskiej jakości składników i sztucznych aromatów. No i nigdy nie byłam na diecie odchudzającej (pomijając czas, gdy się dałam namówić na dwa tygodnie postu dr Dąbrowskiej). Nie chciałam tego sobie robić i dalej nie chcę. Jestem na redukcji, czyli jem wszystko – tylko w ograniczonych ilościach. Jakie to cudowne uczucie, nie być niewolnikiem swojego podniebienia! Umiejętność opanowania się wyzwala mnie spod władzy zmysłów, a jednocześnie pozwala bardziej świadomie korzystać z przyjemności, jaką daje jedzenie. Staram się nie łączyć go z niczym poza rozmową i podawać posiłki w estetyczny sposób – to także pomaga ćwiczyć umiar i rozpoznawać moment, w którym jestem nasycona.

Latami sądziłam, że nie potrafię sobie powiedzieć „stop”, gdy w zasięgu ręki jest coś smacznego. Latami myślałam, że to dla mnie za trudne i nieosiągalne, że zachcianka jest silniejsza ode mnie. A jednak! Odpowiednia motywacja, którą było polepszenie stanu zdrowia, umiejętność gotowania z użyciem warzyw, dobre narzędzia w postaci aplikacji, odrobina dyscypliny w stosowaniu tych narzędzi i planowanie posiłków – wszystko to
przyczyniło się do stworzenia zdrowej relacji z jedzeniem. A jest nią stara dobra cnota umiarkowania. Ale gdybym wcześniej – we własnym tempie, z własnej woli i z prawidłową motywacją – nie przebyła całej tej drogi do dzisiejszego mojego pojęcia o zdrowym odżywianiu – to redukcja byłaby dla mnie raczej nie do uniesienia, a już na pewno nie byłoby tak szybkich efektów.

I nigdy, ani teraz, ani przedtem, wygląd nie był dla mnie głównym zmartwieniem w kontekście masy ciała. Gorsza sprawność, kiepskie samopoczucie – owszem. Ale nie wygląd.

Ciało jest piękne wtedy, gdy dobrze nam służy.

O autorze

Kinga Lubańska

Kinga Lubańska

Mam na imię Kinga. To zdrobnienie od germańskiego Kunegunda, które tłumaczone jest jako „walcząca o swój ród” lub „bojowniczka rodu”. Kocham swoje imię, nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego; cenię rodzinę jako konkretną grupę społeczną, którą współtworzę, ale także jako instytucję, i jestem gotowa bronić jej zawsze i wszędzie.

Jestem katoliczką i Polką, a także pielęgniarką i żoną lekarza, najlepszego mężczyzny na świecie. Chciałabym mieć dużo dzieci i uczyć je w domu. Na razie nie mam dzieci, więc pracuję, prowadzę dom, noszę sukienki, układam zdjęcia w rodzinnych albumach i piszę komentarze w internecie.
Prowadzę blog Bojowniczka .

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: