Świadectwa

Nawrócony Barabasz

Któż nie pamięta wspaniałej „Pasji” w reżyserii Mela Gibsona? Mało kto jednak wie, że na planie filmowym jej powstawaniu towarzyszyły najprawdziwsze cuda.

Czy jedno spojrzenie może zmienić człowieka? Historia Pietro Sarubbiego, Barabasza z „Pasji”, to materiał na scenariusz filmowy. Sarubbi, jeszcze do niedawna – jak sam siebie określa – profesjonalny grzesznik, dawał także w Polsce świadectwo swojego nawrócenia. Ten aktor, reżyser, wykładowca reżyserii filmowej i telewizyjnej, jest często zapraszany przez różne wspólnoty, ośrodki i parafie na całym świecie. Pod koniec Wielkiego Postu spotykał się z młodzieżą w Warszawie, Łodzi, Sokołowie Podlaskim i w Ełku.

GNIEWNY I ZBUNTOWANY

– Od dziecka czułem w sobie ogromną złość i gniew. Byłem typowym samotnikiem, nie grałem z innymi chłopakami w piłkę, na ogół siedziałem sam w pokoju, w którym lubiłem czytać książki. Często chodziłem do lasu, żeby tam podpatrywać zwierzęta – opowiada Pietro Sarubbi. – A kiedy podrosłem, moja złość była jeszcze większa. Niesamowicie psociłem, często biłem kolegów, przez co ciągle byłem wzywany przez dyrektora szkoły na dywanik. W dodatku miałem złe relacje z rodzicami. W końcu uciekłem z domu z cyrkiem, bo chciałem wreszcie poczuć się prawdziwie wolny. Jednak policja odnalazła mnie i odprowadziła do domu – wyznaje Sarubbi.

Rodzice zapisali Pietro do nowej szkoły, z której wkrótce uciekł. Powtarzało się to kilka razy, aż skończył w poprawczaku.

– Żadna szkoła nie chciała mnie potem przyjąć. Jedynym miejscem, w którym mogłem się uczyć, był ośrodek prowadzony przez księży salezjanów. Tutaj po raz pierwszy jeden z księży popatrzył na mnie z miłością. Nawet kiedy broiłem, mówił, że nic złego się nie stało. Tylko jemu udawało się zgasić mój gniew. To właśnie on pokazał mi szkolny teatr. Kiedy wchodziłem na jego deski, czułem się szczęśliwy. Wtedy zrozumiałem, że moim powołaniem jest praca aktorska – opowiada aktor.

Kiedy przygotowywał się do zawodu, spotkał Tadeusza Kantora i Jerzego Grotowskiego, których pamięta do dziś. Po skończeniu szkoły aktorskiej rozpoczął karierę. Występował w teatrze, wkrótce też w programach telewizyjnych.

– We Włoszech stawałem się coraz bardziej znany, miałem coraz więcej pieniędzy, fanów i kobiet, które bardzo szybko stawały się moimi narzeczonymi. Nie brakowało mi niczego, ale gniew, który w sobie nosiłem, nie przechodził, a nawet rósł we mnie. Byłem szczęśliwy tylko w teatrze, a kiedy schodziłem ze sceny, znowu byłem smutny. Zacząłem pić. W kinie grałem postacie negatywne, czarne charaktery, więc nawet kiedy przychodziłem na plan filmowy pijany, nie robiło to żadnej różnicy. Świat kina i filmu jest bardzo dziwny. Im bardziej jesteś rozpuszczony i niepoukładany, tym jesteś bardziej atrakcyjny. Byłem więc perfekcyjny dla kina. Choć potem miałem już stałą partnerkę i dwoje dzieci, to często się z nimi awanturowałem. Kłóciłem się także z moimi sąsiadami – opowiada Pietro Sarubbi.

Współpracował ze sławnymi aktorami i reżyserami, a jednak wciąż był nieszczęśliwy, czegoś mu brakowało. Wtedy jeszcze nie wiedział czego.

TELEFON OD GIBSONA

– Film „Kapitan Corelli”, w którym grałem razem z Penélope Cruz i Nicolasem Cage’em, obejrzał Mel Gibson i postanowił zaproponować mi rolę w swoim nowym filmie. To było marzeniem mojego życia. Pamiętam, że zadzwonił do mnie, kiedy wraz z rodziną byłem na wakacjach nad morzem. Odebrała moja mama, która nie rozumie angielskiego, więc nie była w stanie się dogadać. Po kilku minutach zadzwonił jeszcze raz. Wkrótce potem spotkaliśmy się w Rzymie. Byłem przekonany, że będę grać w filmie gangsterskim. Okazało się jednak, że produkcja ma opowiadać o męce Chrystusa i o apostołach – wspomina aktor.

Z tych spraw Pietro znał jedynie liczbę apostołów, nic więcej. Nie interesowała go w żadnej mierze męka Chrystusa, ale to, ile zarobi na swojej roli oraz do ilu filmów w Ameryce zostanie potem zaproszony.

– Kiedy Mel Gibson zaprosił mnie po raz drugi i zdradził, że będzie to film o apostołach, powiedziałem, że całe życie marzyłem, żeby zagrać św. Piotra. Jednak reżyser zaproponował mi rolę… Barabasza. Nie chciałem się na to zgodzić, uważałem, że jest za mała i nie przyniesie mi dużych zarobków. Gibson przekonywał mnie przez godzinę. To było dziwne, bo jeśli aktor odmawia reżyserowi, rozmowa kończy się od razu. A Mel nie przestawał. W końcu zgodziłem się, bo widziałem, ile serca on wkłada w ten film. Rozpoczęły się przygotowania do „Pasji” – opowiada Sarubbi.

JEDNO SPOJRZENIE

Scena z Barabaszem trwa zaledwie 3 minuty. Ale nagrywana była przez 3 tygodnie. – Na początku na planie zachowywałem się jak typowy aktor. Asystentka musiała za mną nosić krzesło, kapcie i ciepłą herbatę. We Włoszech, jeśli aktor chce być sławny, musi być kapryśny – mówi Pietro. – Tym większe wrażenie zrobił na mnie aktor grający Jezusa. Był zanurzony w całej postaci, przekonywał mnie jego profesjonalizm. Wtedy pomyślałem, że może i ja tak samo skoncentruję się na swojej roli i zagram ją z poświęceniem – opowiada.

Łańcuchy, którymi był skrępowany jako Barabasz, raniły jego ciało, pojawiała się krew. Kiedy w trzecim tygodniu nie były już potrzebne, bo Barabasz został uwolniony, reżyser poprosił go, aby odchodząc sprzed oblicza Piłata, popatrzył w oczy Jezusa.

– Miałem być prawdziwym Barabaszem, który nie zna Jezusa. Myślałem, że w jego spojrzeniu zobaczę gniew, złość i wyrzut, a tymczasem ujrzałem dobroć. Patrzyłem w te oczy przez minutę. I wtedy poczułem, że stało się coś wyjątkowego, ale nie umiałem tego wytłumaczyć – opowiada filmowy Barabasz.

– Powtarzaliśmy tę scenę jeszcze kilkanaście razy, ale potem już tego nie doznałem. Kiedy wieczorem wracałem na nocleg, widziałem ciągle ten wzrok, dobre, czułe oczy, które zadawały mi pytanie. Jeszcze wtedy nie znałem na nie odpowiedzi.

Kiedy po zdjęciach Sarubbi wrócił do domu, nie miał z kim porozmawiać o tym, co wydarzyło się na planie. Gdy jednak dziennikarze pytali go o rolę Barabasza, wciąż mówił tylko o tym jednym spojrzeniu.

KOLACJA Z BARABASZEM

Aż pewnego dnia do aktora zadzwonił pewien ksiądz i powiedział, że chciałby z nim porozmawiać. Od razu zgodził się na propozycję kolacji, która miała odbyć się za miesiąc.

– Pojechałem do parafii i byłem niesamowicie zaskoczony, gdy na spotkaniu pojawiło się około 200 osób. Zobaczyłem także wielki napis „Kolacja z Barabaszem”. Ksiądz poprosił mnie, abym opowiedział o swoim niepokoju, o tym jednym spojrzeniu. W czasie dyskusji powiedziałem, że choć mam już trójkę dzieci, to żyję ze swoją partnerką bez ślubu. Wtedy siedzący obok starszy ksiądz popukał się w głowę: „Co Ty sobie wyobrażasz, mieć dzieci bez ślubu kościelnego?”. Wcześniej skutecznie unikałem drażliwych tematów – zdradza Pietro.

Od tej kolacji zaczęła się jego droga nawrócenia, zaczął zastanawiać się nad tym, co dzieje się w jego życiu. – Bardzo ciężko jest być chrześcijaninem w pojedynkę. Dopiero w grupie zobaczymy, czym jest życie chrześcijańskie. Każdy powinien być świadkiem wiary dla siebie i innych, musimy sobie pomagać w wierze. „Pasja” na wielu z nas wywarła bardzo silne wrażenie. Ja zacząłem mówić publicznie o swoim nawróceniu dzięki temu filmowi i zapłaciłem za to wyrzuceniem ze świata filmu – zdradza Pietro – jednak nie potrafię nie mówić o tym, co wydarzyło się w moim życiu, o tym jednym spojrzeniu Jezusa.

NAWRÓCONY MĄŻ

Simone, Francisca Maria, Rocco, Angela i Giacomo Riccardo to dzieci aktora i jego żony Marii, z którą pobrali się w 2003 r.
Wcześniej Pietro, jak sam przyznaje, otwarcie kpił sobie z uroczystości ślubnych.

– Nie miałem pojęcia, że moja mama i żona modliły się w intencji mojego nawrócenia. Dziś wszyscy jesteśmy szczęśliwi, że jesteśmy blisko Boga. Modlimy się wspólnie, czytamy Pismo Święte. Niestety nie żyje już mój tata. Bez wiary ciężko byłoby pogodzić się z jego odejściem. Pod koniec życia zdążył zobaczyć moją przemianę i powrót do Boga – podkreśla aktor.

Teraz Pietro, w ramach Roku Wiary, szykuje spektakl o św. Piotrze i wciąż na nowo podejmuje swoją przemianę serca. – Przygotowując się do każdego spotkania, nawracam się, bo w oczach ludzi, którzy mnie słuchają, widzę na nowo Chrystusa – wyznaje Pietro Sarubbi.

Artykuł ukazał się w miesięczniku Fronda.

Foto: Archiwum prywatne Pietro Sarubbiego

O autorze

Ewelina Steczkowska

Dziennikarka z wykształcenia i z powołania. Publikuje w tygodniku "Idziemy", w miesięczniku "wSieci Historii" oraz prowadzi poranne pasmo w Telewizji Republika. Wcześniej współpracowała z tygodnikiem "ABC" oraz "Frondą". Pasjonatka historii.

1 Komentarz

Leave a Reply

%d bloggers like this: