Relacje

Wessani do wirtualu

Mówi się dużo o wszelkiego rodzaju uzależnieniach, nałogach, które dotykają ludzi. Wiele z nich są stare jak świat. Są też takie, które powstały dzięki zdobyczom techniki i postępowi. Mam tu na myśli internet. Nie jest to tylko uzależnienie dotykające dzieci i młodzież.

Internet może wyrządzić duże szkody rodzinie. Dlaczego? Kanalizuje ludzkie potrzeby bycia z innymi, „wśród ludzi”, w społeczności, w grupie. Możemy należeć do wielu grup ludzi myślących podobnie. W tych grupach ciągle coś się dzieje, dyskutujemy, wstawiamy komentarze. Wchodzimy do chatroomów, zawieramy wirtualne przyjaźnie. Jest fajnie… Każdy tam jest miły, wita Cię serdecznie, nie widzisz jego wad. Z czasem te „spotkania” stają się dla nas ważniejsze niż te realne, z ludźmi z Twojego otoczenia. W realu jest trudniej. Musisz komuś spojrzeć w oczy, wszystko dzieje się wolniej, do tego dochodzą namacalnie doświadczane ludzkie wady, przywary. Bliscy zaczynają Cię denerwować. Zaczynasz tęsknić za światem wirtualnym, gdzie ludzie Cię „lajkują”, gdzie Ty „lajkujesz” innych. Jest cacy! To w większości, choć nie tylko, dotyczy pań. Panie lubią rozmawiać, flirtować, komunikować się dużo częściej niż panowie. Panowie natomiast internet wykorzystują w bardziej „szczytnych celach”. Jest to dla nich skarbnica wiedzy, prasówka. Są zorientowani w polityce, jeszcze cieplutkie wiadomości tak lokalne, jak i globalne pochłaniane są na bieżąco. Do tego dochodzą ciekawe filmiki youtube i inne atrakcje w sieci. Można w ten sposób stworzyć własny świat? Można. I to bardzo łatwo, wręcz niespostrzeżenie.
Ogromną „pomocą” dla światłych poszukiwaczy wiedzy, dla surferów po netowych łączach stały się smartfony i tablety. Nie trzeba „odpalać” kompa, wystarczy wcisnąć ikonkę w telefonie i świat wirtualny Cię wsysa na długo.

Dlaczego się tego tak czepiam? Godziny spędzone przez męża, żonę, ojca, matkę na siedzeniu w necie są nie do nadrobienia. Zaniedbania świata realnego są przerażające. Często spotykany widok ojca z synem w poczekalni do doktora, gdzie każdy z nich wchodzi we własny świat na własnej komórce, zamiast pogadać o różnych sprawach. Rodzinka wybiera się na wspólny obiad do restauracji. Wchodzą zadowoleni rodzice, syn, córka. Zajmują miejsca, zamawiają dania i, to, co najbardziej uderza to cisza. Obracasz się w ich kierunku, a oni obecni ciałem, zapatrzeni każdy we własny tablet i komórkę. Ot, świąteczny, niedzielny obiad. Takie wspólne wyjścia są jałowe. Dzieci, obserwując rodziców wielbiących komórkę, uczą się od nich jak należy żyć. Zanikają wspólne rozmowy, żarty, śmiech, a nawet kłótnie…

Czego nasze dzieci nauczą swoje? Tego samego! To bardzo częsty obrazek i w domach i w miejscach publicznych. Kto ma uczyć dzieci życia, kto ma omawiać z nimi nurtujące ich pytania, problemy? 40 letni „18-latek” z czata w grze on-line? Gdzie syn ma szukać odpowiedzi? W Wikipedii i forach internetowych? To jest chore. Kształtujemy chore cyberspołeczeństwo, którego kręgosłup moralny coraz bardziej się wypacza. Tracimy czujność i wrażliwość na bliźniego, który idzie obok, siedzi obok, żyje obok. Wiem o czym piszę, bo nie raz poczułam zasysającą moc neta, ale zrozumiałam, że jest to kradzież. Okradam własną rodzinę z czasu, który powinnam im poświęcać. To rodzina powinna kanalizować Twoje potrzeby. Jeśli tak nie jest, to to zmień!

Foto: Maurizio Pesce/Flickr/CC BY 2.0

O autorze

Krystyna Łobos

Krystyna Łobos

Żona, matka dwóch synów i córki. Z wykształcenia filolog i piarowiec. Rzecznik Orszaku Trzech Króli w Rzeszowie. Perfekcjonistka na odwyku. Woli pisać niż mówić. Lubi włóczyć się po górach, słuchać ludzi, czytać powieści fantasy oraz dobre komiksy. Uwielbia rodzinne seanse filmowe i długie rozmowy z mężem.
Na Facebooku prowadzi stronę Siemamama

Leave a Reply

%d bloggers like this: