Wiara

Biedny Brat Bonifacy (XVI)

A oglądał już Ojciec film? – zapytał Gutek z II C.

Oglądałem wczoraj siatkówkę: Polska – Brazylia, czyli starcie Orłów z Kanarkami – odpowiedział Brat Bonifacy, ale w tonie jego głosu można było odczuć, że niespecjalnie wierzy w skuteczność swojej wymijającej riposty.

Mam na myśli „Kler”, drogi Ojcze – Gutek ponowił natarcie.

Brat Bonifacy westchnął, co było jego stałą praktyką. Być może było to tzw. pobożne westchnienie, a może po prostu przełknął jakieś mniej pobożne słówko. Westchnął i popatrzył uważnie w oczy Gutka. Gutka-orła? Gutka-kanarka? Gutka-Ko-Gutka…? Tak, tak, takiego gagatka, padalca bez serca i zimnego drania wyhodował na własnej piersi! No bo Gutek przez kilka dobrych lat służył do mszy, ale po ukończeniu gimnazjum stał się Konradem, to znaczy z ministranta przemienił się w maksistranta anarchistyczno-nihilistycznego.

A ty oglądałeś ten plugawy film? – zapytał grobowym głosem.

A i owszem – odpowiedział młodzian, niczym Sherlock Holmes, snujący w obecności doktora Watsona swoje kryminalne dywagacje. Albo lepiej: dywagacje detektywistyczne.

Ktoś jeszcze widział to bezbożne dzieło? – fuknął mnich.

W klasie uniósł się las rąk. Nawet Alicja, najpobożniejsza z pobożnych, zaliczała się do widzów. Cóż w tym dziwnego, wszak po latarnią najciemniej.

To wyraźnie załamało duchownego, który zaczął walczyć z dziennikiem elektronicznym, ze słynnym Smokiem Librusem, który najpierw nie pozwala się zalogować, a potem robi problemy z wpisaniem frekwencji. Kolejny dowód antyklerykalizmu? Niekoniecznie, po prostu Brat Bonifacy – biedaczysko kochane, poczciwe i szlachetne – nie wiedział, co robić. Czy wybuchnąć Jeremiaszową lamentacją nad upadkiem wiary i moralności w Narodzie (i to na stulecie odzyskania niepodległości!), czy może ironicznie skomentować wszystko z miną sceptycznego Koheleta („Wszystko ma swój czas: jest czas kręcenia głupich filmów i czas…”, no właśnie, jaki jest ten inny czas?). A może rzucić jakimś cytatem z Papieża? Albo sentencją z Ojców Kościoła? W klasie unosiła się chmura niepokoju, oczekiwanie na odpowiedź przybrało formę chrząknięć, jęknięć, sapnięć i pomruków. Zdecydowanie należało działać. Robić cokolwiek, wygłosić patetyczne Poza Kościołem nie ma zbawienia, albo przynajmniej Wszyscy pójdziecie do piekła, albo chociażby Zapiszmy temat: Nawet choleryk może zostać świętym – historia życia św. Hieronima. Tymczasem Brat Bonifacy milczał. Pierwsza piłka setowa, a on nic. Druga piłka setowa, a on dalej nic. Piłka meczowa…! Za chwilę będzie po filipku, czyli po kanarku!

Niedaleko pada jabłko od jabłoni – powiedział wreszcie mnich. I wszystkim kamień spadł z serca. Plasnęło, jakby kamień młyński uderzył w morskie fale. Brat Bonifacy przemówił, więc wolno odwołać koniec świata. Młodzież odetchnęła i już chciała zapisać jakąś sentencję z Hieronima – chociażby „Kto nie odeprze pokusy natychmiast, jest już w połowie zwyciężony” – gdy Bonifacy rozpoczął swoje kontrnatarcie. Nie była to szarża szwoleżerów, żaden tam „Fort Kurek”, jak w finale z Brazylią, ale jednak…

Niedaleko… albo jaki ojciec, taki syn! – wpatrzony w sufit rozpoczął prehistoryczne wywody.

O tym, że od prawie trzydziestu lat w Polsce wydawany jest antyklerykalny tygodnik, którego redaktor był rzecznikiem prasowym rządu w stanie wojennym. Że w połowie l. 90-tych nakład pisma osiągnął 700 tys. egzemplarzy, co daje 2-3 miliony czytelników. Że tydzień w tydzień miliony Polaków wchłaniały ten syf, karmiły się trucizną bezbożności i nienawiścią do Kościoła. A wszystko to jeszcze przed epoką hejtu i hejterów. A wiadomo, kto karmi się syfem, nie zostanie Syzyfem! (tutaj Bonifacy podniósł w górę palec wskazujący, jakby Syzyf był jakimś świętym albo przynajmniej błogosławionym). Że prawdziwy Syzyf dźwiga swój ból egzystencjalny, ten kamień młyński własnego losu, a Wielbiciel Syfu wprost przeciwnie – ciska kamieniami nienawiści we wszystko, co pełne dobroci i szlachetności.

I pewno mówiłby pobożny katecheta jeszcze przez godzinę, gdyby nie Gutek.

Ale się ksiądz podpalił, niczym ten Dionizos, który z pochodnią szukał człowieka w biały dzień – zagutnął pojednawczo. To znaczy zagadał na zgodę. Żeby rozindyczonego uspokoić. Żeby nie było potem stanów przedzawałowych i innych stanów.

Diogenes, a nie Dionizos – poprawiła Alicja, najpobożniejsza z pobożnych i najmądrzejsza z mądrych. A potem dodała z szelmowskim uśmiechem:

Ojcze, nasz drogi Ojcze, ależ Ojca wkręcili! Czarne protesty, Nergale i inne „Klery” to nie są nasze klimaty. Nie mamy czasu na takie głupoty, przecież Ojciec dobrze wie… Obiecaliśmy Biskupowi, że wystawimy musical o Helence Kmieć.

Brat Bonifacy… zrobił minę smutnego kanarka. I wreszcie się uśmiechnął

O autorze

ks. Stefan Radziszewski

ks. Stefan Radziszewski

Urodzony w 1971 r., dr hab. teologii, dr nauk humanistycznych, prefekt kieleckiego Nazaretu; miłośnik św. Brygidy Szwedzkiej i jej Tajemnicy szczęścia oraz Żółtego zeszytu św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Czciciel s. Wandy od Aniołów.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: