Wiara

Czego uczę się od mojego dziecka

Pan Jezus powiedział, że kto nie stanie się jak dziecko, ten nie wejdzie do królestwa niebieskiego (por. Mt 18,3; Łk 18, 16b–17). Więc albo jesteś jak dziecko, albo nie jesteś zbawiony. Proste, prawda? Tylko co to tak naprawdę znaczy? Chyba dopiero kiedy zostałam mamą, zaczęło do mnie trafiać, jakie w istocie jest dziecko. I jak można to przenieść na moją relację z Bogiem. Wiele uczę się w tym względzie od mojego syna, ale tu napiszę tylko o dwóch – najważniejszych dla mnie – rzeczach. Z nadzieją, że jest to może śmiałe, ale nie wywrotowe.

 Latem pojechaliśmy nad morze. Pogoda dopisywała, więc przed południem chodziliśmy na plażę. Bawiliśmy się z naszym dwulatkiem w wodzie, graliśmy z nim w piłkę, robiliśmy babki z piasku. Dbaliśmy, żeby był nasmarowany kremem z filtrem, miał osłoniętą głowę, wystarczająco pił, coś zjadł, zdrzemnął się w cieniu, kiedy był zmęczony. Po południu szliśmy na obiad, tyle że trzeba było szybko kończyć posiłek, bo nasz syn się niecierpliwił. Przecież kolejne atrakcje czekają! Wizyta w sklepiku z zabawkami, wesołe miasteczko i bujaki na monety, wreszcie przejażdżka elektrycznym autkiem. No, to chyba teraz możemy pójść na kawę? Ależ skąd! Nasz syn chce na plac zabaw! Więc idziemy tam z kawą na wynos i popijamy ją między huśtawką, zjeżdżalnią i drabinkami. Takie wakacje.

Nie jestem psychologiem dziecięcym, ale z moich obserwacji wynika, że mniej więcej około drugiego roku życia dziecko zaczyna coraz bardziej… chcieć. Chcieć wszystkiego. Natychmiast. Do tego nie ma jeszcze zdolności empatii, a pewne społeczne normy zachowań będzie gotowe przyswajać sobie dopiero za jakiś czas. Więc to jego chcenie jest na dodatek bardzo bezwzględne, nieustępliwe i… niekończące się. I z tym całym swoim wielkim chceniem ufnie i bez skrępowania idzie do rodziców. No bo niby do kogo ma iść? Starsze czy dorosłe dziecko zastanawia się, czy nie chce za dużo albo za często. Docenia to, co dostało. Rozumie, że i rodzicom się coś należy. Ale małe dziecko – nie!

Tymczasem w wychowaniu religijnym, w kościelnym nauczaniu często podkreśla się, że niedobrze jest na modlitwie tylko prosić. Traktować Pana Boga jak dobrą wróżkę czy automat do spełniania życzeń. Powinno się też albo nawet przede wszystkim chwalić Go i Mu dziękować. I ja wcale nie uważam, że roszczeniowa postawa wobec Pana Boga (ba, wobec kogokolwiek!) jest dobra. Nie chcę podważać znaczenia uwielbienia czy dziękczynienia. Myślę, że człowiek, widząc się obdarowanym przez Boga, dorasta do tego, by Go chwalić i Mu dziękować. Ale czasem chyba boimy się odważnie prosić. Odczuwamy niepotrzebne skrupuły. Głupio nam tak ciągle czegoś chcieć. Obawiamy się, żeby nie przesadzić. Jakby z grzeczności, asekuracyjnie, choć bez przekonania dorzucamy: jeśli taka jest Twoja wola. Nie, nie, wcale nie krytykuję zdania się na Bożą wolę. Chcę tylko uwydatnić to, co tak bardzo mnie porusza, kiedy patrzę na moje dziecko – i myślę o mojej relacji z Bogiem: nie bój się iść do Niego z całym swoim wielkim chceniem! Co z tego, że chcesz wiele? Że to duże rzeczy? Jeśli czegoś pragniesz, bardzo pragniesz, nawet jeśli dotąd już tyle dostałeś, to komu masz o tym powiedzieć, jak nie kochającemu Rodzicowi?

Oczywiście, nie dajemy naszemu synowi wszystkiego, czego chce. Nie zawsze spełniamy jego prośby natychmiast. A on się z tego powodu czasem buntuje, ale szybko mu przechodzi. I przyjmuje to, co ofiarowujemy mu w zamian (nie kupimy kolejnej zabawki, pobawimy się tą, którą masz; nie pojedziemy jeszcze raz na karuzeli, ale pójdziemy popatrzeć na morze; odstawimy już elektryczne autko, pojeździmy znów innego dnia). I przyjmuje to z całą otwartością. I się tym cieszy. A potem – jeśli znów czegoś chce – to znów przychodzi z tym do nas. Nigdy się nie zraża. Bóg też nieraz nie daje nam wszystkiego, o co prosimy. Albo nie daje nam tego od razu. Ale przecież zawsze daje coś w zamian. Tylko czy umiemy to przyjąć i się tym cieszyć (może to właśnie oznacza zdanie się na Bożą wolę)? A jednocześnie nie zniechęcać się i wciąż na nowo prosić Go o rzeczy, których pragniemy?

I druga rzecz: małe dziecko przychodzi do rodziców ze wszystkim. Kiedy jest głodne, obudzi się w nocy, nie umie sobie z czymś poradzić, chce się czymś pochwalić, narobi w pieluchę albo się uderzy. Ale też – i o to mnie zawsze rozbraja – kiedy nabroi. I wie albo przynajmniej podejrzewa, że nabroiło. Skarcone, zwykle płacze i jest trochę wystraszone. Ale co wtedy robi? Przychodzi się przytulić. Na przeprosiny? Na zgodę? Nie sądzę. Raczej po to, by poczuć, że i tak jest kochane. Albo dlatego, że cokolwiek się dzieje, najbezpieczniej schować się w ramionach mamy albo taty.

Najważniejszym owocem całej formacji duchowej, którą odbyłam, jest nie to, że przestałam grzeszyć. Wcale nie! Dzięki niej po prostu wiem, do Kogo i po co z tym iść. A moje dziecko wciąż mi o tym przypomina. Tak, nabroiłeś. Ale nie tłumacz się, nie próbuj „udobruchać” Boga. Tylko się przytul. Poczuj się bezwarunkowo kochany. Poczuj się bezpiecznie.

 

Foto: Quinn Dombrowski/Flickr/CC BY-SA 2.0

O autorze

Magdalena Cicha-Kłak

Magdalena Cicha-Kłak

Z wykształcenia – polonistka, z zawodu – redaktor wydawniczy, z konieczności – znawca amator zdrowej kuchni (od 20 lat choruje na stwardnienie rozsiane, które obecnie leczy głównie dietą). Przez krótki czas studiowała także teologię. Odbyła formację ignacjańską (ćwiczenia duchowne św. Ignacego) i na co dzień stara się żyć tą duchowością. Pasjonatka książek, haftu krzyżykowego i dobrego jedzenia. Żona i mama.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: