Dzieci

Msza z udziałem dzieci

Są różne postawy dzieci w Kościele podczas Mszy Świętej. Kiedyś Anna Brzostek pisała o tym na naszym blogu. Ale ja tym razem przyczepię się do czegoś innego. Co jeśli dzieci do tego Kościoła nie docierają? Nie, nie… jeszcze nie czas na imprezy 🙂 Zwyczajnie, dzieci zostają pod Kościołem.

Dlaczego? Z wygody, bo pod Kościołem mogą bezkarnie biegać, szaleć, jeździć na rowerze (!!!), grać w piłkę… Trzeba zrobić wszystko, żeby dzieci nie odczuły przymusu… Tylko czy to o to w tym wszystkim chodzi? Żeby tak wszystko ładnie i gładko minęło?

Gdzie dzieci mają nauczyć się prawidłowych postaw? Przecież jeśli uczymy dzieci posługiwania się nożem i widelcem, to robimy to przy stole, podczas posiłku, a nie trenujemy samego machania rękami na sucho. Dzieci, żeby się czegokolwiek nauczyć, muszą mieć wzór do naśladowania. A wzorem dla nich jesteśmy my, rodzice. Wiadomo. Nie zawsze wszystko robimy dobrze, nie we wszystkim jesteśmy najlepsi, ale starajmy się. To od nas zależy jakim człowiekiem będzie nasze dziecko. I nie twierdzę, że niewchodzenie do Kościoła w czasie Mszy Św, zrobi z dziecka bandytę… Bez przesady…

Tylko zastanówmy się, czego my sami oczekujemy, potrzebujemy. Czy chcemy być częścią Kościoła, chcemy w pełni uczestniczyć we Mszy Św. czy zwyczajnie przyszliśmy, bo trzeba odbębnić niedzielny obowiązek? Jeśli choć trochę czujecie, że to co dzieje się na ołtarzu ma dla Was znaczenie, wejdźcie do świątyni, pokażcie dzieciom, tłumaczcie… Nie od razu staną obok Was, nie od razu będą w stanie bez wiercenia się, rozglądania, stękania spędzić spokojnie tę godzinę… Wy też pewnie niewiele będziecie pamiętać z czytań, z homilii – pewnie co dziesiąte słowo… Oby. Ale po pewnym czasie zobaczycie, że warto było, że słyszycie co piąte, co trzecie słowo, że jesteście w stanie się skupić w trakcie tej godziny… że Wasze dzieci słuchają… uczcie ich właściwych postaw… bo bylejakości w dzisiejszym świecie mamy aż nadto.

Photo: wolfgangfoto / Foter / CC BY-ND

O autorze

Honorata Baran

Honorata Baran

Żona i mama trójki dzieci. W wolnych chwilach scrapuje i szyje. Lubi piec, gorzej z gotowaniem, ale i z tym sobie radzi :) Szczęśliwa. Z założenia :) Ten typ tak ma :)

4 komentarze

  • My mamy możliwość uczestnictwa we Mszy z udziałem dzieci na chórze. Łatwiej okiełznać malucha i coś da się skorzystać. A artykuł bardzo potrzebny bo im cieplej tym większa pokusa by „odstać swoje” przy ogrodzeniu.

  • No i dobrze ze stoją przed kościołem! Ja tez stoję przed Kościołem kiedy musze bo właśnie TAM mogę przeżyć Msze bez stresu ze moje dziecko bedzie komuś przeszkadzać. I nie widzę sensu ani sposobu na nauczenie dwulatka jak sie zachowywać w kosciele. Podrośnie to sie nauczy. Dwulatek ma to do siebie tak jak i trzylatek ze 45 minut nie wytrzyma i tyle. Nie jestem zwolenniczka jeżdżenia na rowerze i nie pozwalam dzieciom hałasować. Ale chodzą sobie, oglądają kwiatki na trawniczku, bawią lalka… Ucze ich na miarę możliwości. czemu mam byc przez to gorsza albo określona jako ktos kto „nie uczy postaw”?? Wiecie jakie u nas sa tłumy na mszy z dziecmi? Szpilki sie nie wciśnie- w takim środowisku ucz dziecko postaw, w niedzielnym ubraniu, w polzgieciu, spocona, w tłumie ludzi, w ostracyzmie zebranych, kiedy dziecko wrzeszczy ze chce do domu I MA RACJE bo ja tez hcv do domu a nie mogę wymagać od dwulatka zeby choć w części pojęło jaki jest sens sterczenia w tym tłumie. Sytuacje sa rożne i nie ma co osadzać ludzi za sam fakt przezywania Mszy sw na dworze. Nie ma w tym nic złego. Pieknanprzyroda słońce na twarzy, wiatr i Słowo Boże. Nie ma w tym nic złego! uważam ze na dworze tez obowiązują reguły zachowania… A niektórzy nie przestrzegają żadnych reguł takze w środku Kosciola…. Wiec bez sensu.

    • Każdy zna swoje dzieci najlepiej i wie jak się zachowują oraz zna „sposoby” które na nie działają.. MY od początku chodziliśmy z dziećmi na Msze, ale nie na dziecięce, gdyz na tych zachowywały się tak jak większośc dzieci, chciały gadać, bawić się, przynosić napoje i zabawki. Chodzimy więc na Msze dla dorosłych i siadamy w pierwszej ławce, wtedy jak dziecko widzi co się dzieje na ołtarzu, łatwiej mu się skupić, można mu wcześniej tłumaczyć co się dzieje na ołtarzu. Wtedy dziecko wie, że jest na Mszy. Może nie od razu będzie się super zachowywać ale to przyjdzie. Jak zdecydowanie przekracza granice, wówczas my wyprowadzialiśmy ale tłumaczyliśmy i wracaliśmy z powrotem. Szybko nasze dzieci załapały o co chodzi. Także dwulatka. Owszem bywają dni , kiedy dzieci mają kryzys i jest trudniej ale to nie znaczy, że rezygnujemy. Dużo chwalimy i jest coraz lepiej.

      • Zależy to też od możliwości jakie daje konkretny kościół – budynek i od zwyczajów. Zależy też od temperamentu i płci dziecka. Oraz ich ilości.
        Ja nie wyobrażam sobie zakłócania Mszy przez wielokrotne wychodzenie i wchodzenie z dziećmi do pierwszej ławki w kościele. Poza tym po pierwszym wyjściu ktoś na pewno zająłby nasze miejsce. Nie chodzę z dziećmi na msze dla dorosłych (chyba że muszę) ponieważ wychodzę z założenia, że dorośli mają prawo do spokojnego przeżywania Mszy. Postępuję zgodnie z Kantowską zasadą „postępuj tak jak byś chciał by stało się powszechnym prawem” Wiadomo że wszyscy rodzice nie mogą przyjść z przedszkolakami czy maluchami i zająć miejsc w pierwszej ławce w Kościele, jest to więc sposób, który trudno komuś doradzać na szerszą skalę…
        Dzięki Bogu niektórzy księża organizują msze dla przedszkolaków – to wielka ulga, fakt że na tej mszy nieraz jest wielki chaos, ale widzę miny rodziców którzy wreszcie mogą pozbyć się poczucia winy że ich dziecko „źle się zachowuje”. Moje dzieci na tych mszach są też inne – odprężone i paradoksalnie mniej sprawiają problemów.
        Oczywiście że każdy ma swoje sposoby – poruszyło mnie tylko przekazane w tym artykule przekonanie o wyższości MOJEGO sposobu, MOICH przekonań, osądzanie że stanie rodziców pod kościołem z dziećmi jest złe, że wynika z wygody – to przykre.
        Oczywiście też trzeba dzieci uczyć – ale nie można stawiać im wymagań przerastających ich możliwości rozwojowe. Dlatego można nauczyć malucha w wieku np 2 lat żeby nie krzyczał w kościele, ale nie można wymagać by siedział całą mszę, gdy akurat MUSI biegać. Trzeba mieć świadomość że dziecko po prostu rośnie.. Za rok, dwa będzie już zupełnie inaczej, będzie czas na tłumaczenie, na ciche siedzenie i na inne takie fajne sprawy.
        Poza tym naprawdę rodzice są nieraz tak zmęczeni i umęczeni, że dla nich przeżycie tej mszy bez większych stresów jest jak łyk świeżej wody – siedzą sobie na ławeczce przed kościołem, spoglądają na przechadzające się dziecko, które przygląda się innym dzieciom i coś tam sobie robi i mogą wysłuchać Słowa Bożego, odpocząć, pomodlić się. Będąc z dzieciakami (małymi) wewnątrz kościoła nigdy nie jestem w stanie powtórzyć słów czytań czy Ewangelii – nie wiem czy o to chodzi. Czasem w niedzielę jestem tak zmęczona i wypruta – nie chcę by ktoś mówił, ze siedzę na ławeczce na dworze „z wygody” – siedzę, bo czuję że jeszcze jedno dźwignięcie dziecka, jeszcze jedno szarpnięcie, jeszcze jedno zamarudzenie i zwariuję i zamorduję je albo sama wybuchnę.
        Myślę że lepiej by było, gdyby autorka pozytywnie przedstawiła swoje sposoby, opisała jak z dziećmi siedzi w kościele i jak im tłumaczy dając przykład – może ty by było inspirujące. Bez ogólnikowego klasyfikowania rodziców na tych „złych” „wygodnych” i „bylejakich” na zewnątrz i tych „świetnych” co siedzą w środku i z cierpliwością anioła wszystko tłumaczą, wchodzą, wychodzą, trzymają dziecko na kolankach, a ono jest grzeczne też jak ten niebieskooki aniołek-cherubinek na obrazku od pierwszej Komunii. Ja tego nie kupuję.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: