Historia

Pęczek stokrotek

Poldzio przez czternaście miesięcy ukrywał ich we lwowskich kanałach. Gdy 27 lipca 1944 roku wyprowadził dziesięcioro ocalałych, stłoczonym wokół gapiom powiedział z dumą: „To są moi Żydzi, to jest moja praca”.

tak-rodzinie– Wiesz co, Poldziu? – mała dziewczynka w starym, kiedyś zielonym, obszarpanym sweterku pociągnęła za rękaw kurtki siedzącego koło niej lwowskiego kanalarza. – Tak bym chciała…
Wstążka na jej włosach przekrzywiła się i w bladym świetle karbidówki wyglądała jak wielka brudna ćma.
– Tak, Krysiu? – spytał łagodnie młody jeszcze, ale już prawie łysy mężczyzna o silnej kwadratowej szczęce i jasnych uśmiechniętych oczach.
– Chciałabym choć jeszcze raz powąchać kwiatki.

Następnego dnia mężczyzna czołgał się jak zwykle dwa kilometry rurami kanałów do niewielkiej niszy pod kościołem Matki Boskiej Śnieżnej, by przynieść swoim przyjaciołom chleb i margarynę. Prócz tego, specjalnie dla niej, niósł w zębach… pęczek stokrotek.

Leopold Socha był dzieckiem lwowskiej ulicy – baciarem, jak mówiło się o takich szelmach i złodziejaszkach. Pełen fantazji i brawury, bezczelny wręcz miglanc wykorzystywał nadarzające się okazje: tu jakiś sklep jubilera, tam parę „fantów grajfniętych” z mieszkania państwa doktorostwa, a raz nawet włamanie do banku. Swoje łupy ukrywał w melinach jednego z podziemnych odpływów Pełtwi. Lwowskie kanały i ich zawiłości były jego drugim domem. Nadeszły jednak czasy trudne. 23 września 1939 roku rozpoczęła się sowiecka okupacja Lwowa. Żeby nie wyjechać „na białe niedźwiedzie”, należało mieć „bumażkę” o zatrudnieniu. Leopold Socha stał się więc etatowym pracownikiem kanałów miejskich. Co tam robił i czy robił cokolwiek, do dziś pozostaje zagadką. Grunt, że Sowieci przestali się go czepiać.

Ostateczne rozwiązanie

Od wybuchu wojny do miasta napływały nieprzeliczone tłumy Żydów uciekających z Generalnej Guberni. Jeszcze przed wojną mieszkało ich 150 tysięcy. Kiedy 29 czerwca 1941 roku Ukraińcy witali kwiatami dzielnych wyzwolicieli z Wehrmachtu, Żydzi pojęli, że nadciąga ich koniec. Do wiosny 1943 roku, gdy Niemcy zapowiedzieli „Endlösung der Judenfrage” (ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej), w swoistym obozie pracy na terenie getta pozostało niewiele ponad pięć tysięcy mieszkańców. Część z nich jednak sama zapragnęła stanowić o własnym losie. W domu przy ul. Zamarstynowskiej 120 powstawał podkop do sieci kanałów miejskich. Grupą dowodził Ignacy Chiger – przed wojną bogaty właściciel ekskluzywnego sklepu odzieżowego przy ul. Kopernika 12. Pod koniec maja 1943 roku 21 uciekinierów zeszło w cuchnącą fekaliami czeluść. Kanały były ogromne. Należało jednak zachować ciszę. Niemcy przy najmniejszym podejrzeniu wrzucali do włazów granaty. Po kilku godzinach zdarzyło się coś, co mogło zniweczyć nadzieje uciekinierów – spotkali ludzi, kanalarzy: Leopolda Sochę, Stefana Wróblewskiego i Jerzego Kowalowa.

Podziemny anioł

Leopold_Socha

Leopold Socha, fot. Wikipedia

Strach jednak szybko minął, kanalarze postanowili im pomóc, mimo że groziła za to kara śmierci dla całej rodziny. Z początku był to układ czysto handlowy. Dzień opieki miał kosztować 500 zł, czyli 100 dolarów. Za tę cenę kanalarze mieli znaleźć miejsce schronienia, załatwić buty gumowe, deski, piecyk na benzynę, plany kanałów i inne przybory oraz codziennie dostarczać żywność. Poldzio – jak Chiger zwracał się do Leopolda – brał opłatę codziennie po przyniesieniu posiłku. Kiedy Żydom skończyły się pieniądze, nie zaprzestał dostaw. Odmówił też przejęcia precjozów ze skrytki w byłym domu w getcie, którą wskazał Chiger. Lwowski baciar miał zasady. Najtrudniej było mu utrzymać pozory wobec swoich kolegów. Nie chciał, by zostawili go samego. Chodził więc na drobne i grubsze robótki, handlował na czarnym rynku. Zdobyte pieniądze przekazywał Chigerowi, by ten wypłacał dolę jego kolegom. Sam podjął decyzję, że nie opuści „swoich Żydów”. Zaczął traktować ich jak rodzinę.

Z początku ulokował ich w kryjówce pod kościołem Matki Boskiej Śnieżnej w sporej niszy, dokąd dotrzeć można było tylko zwężającymi się do 40 cm rurami. Codziennie czołgał się prawie dwa kilometry tą trasą, by dostarczyć im okruchy życia. W drodze powrotnej zabierał ze sobą cuchnącą i zawszoną odzież i bieliznę, którą prała jego żona. Gdy włamał się do ekskluzywnego magazynu „Nur für Deutsche” i ukradł eleganckie koszule, jego Żydzi „ubierali się w najlepszą odzież, jaką Niemcy mogli kupić w okupowanej Polsce”. Przynosił im świece na piątkowe szabasy i ziemniaki na święto Paschy, czasem papierosy albo trochę wódki i kanapki z szynką, które zjadał razem z żydowskimi dziećmi niezwyczajnymi jej smaku, jak gdyby byli na majowym pikniku.

Pod Matką Boską Śnieżną

Najważniejszą sprawą było bezpieczeństwo. Jako nadzorca kanałów Socha był wynajmowany przez Niemców do przeszukiwania podziemi, jednak prowadził ich zawsze jak najdalej od miejsca, gdzie „mieszkali” jego przyjaciele. Zdarzały się też groźne momenty. Kiedy Niemcy odkryli kryjówkę pod kościołem Matki Boskiej Śnieżnej, przeprowadził swoich podopiecznych do innej, pod kościołem Bernardynów. Nie wszyscy z grupy wytrzymali wszechobecny smród, ciemność, robactwo i szczury. Część z obłędem w oczach rzucała się do włazów, by choć na chwilę zaczerpnąć świeżego powietrza. Zastrzelili ich czyhający na górze Niemcy. Część utonęła podczas dużych opadów deszczu. Po czternastu miesiącach 27 lipca 1944 roku Leopold Socha wyprowadził z kanałów dziesięcioro ocalałych: Ignacego, Paulinę, Krysię i Pawełka Chigerów, Edmunda Marguliesa, Genię Weinbergową, Halinę Wind, Jakuba Berestyckiego, Chaskiela Orenbacha i Klarę Keler. Stłoczonym wokół gapiom powiedział z dumą: „To są moi Żydzi, to jest moja praca”.

Leopold Socha nie chciał pozostać w sowieckim Lwowie. W bydlęcych wagonach, wraz ze „swoimi Żydami” i innymi repatriantami, pojechał do Gliwic, by tam zrealizować swoje najskrytsze marzenie – prowadzenie lokalu gastronomicznego. Założył „Bar lwowski”. Nie cieszył się jednak długo nowym życiem. Zginął tragicznie, potrącony przez sowiecką ciężarówkę wojskową 12 maja 1946 roku, ratując życie swojej córce Stefanii. Świadkowie zdarzenia relacjonowali, że gdy leżał na bruku, jego krew przez metalową kratę spływała do kanału.

Foto: darkday/Flickr/CC BY 2.0

O autorze

Andrzej Łukasiak

Andrzej Łukasiak

Publicysta, grafik, historyk, miłośnik Polski szlacheckiej, fantasy i muzyki lat 50. i 60., współautor systemu fabularnego "Dzikie Pola", szczęsliwy mąż, ojciec sześciorga dzieci.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: