Małżeństwo

Sport ekstremalny

Rodzina, małżeństwo to są sporty ekstremalne. Ludzkie góry, gdzie lina i czekan nie pomogą. Ania i Radek uprawiają ten survival z pasją od 10 lat.

Narzeczeństwo to czas uczenia się siebie. Było trudno?

tak-rodzinieAnia Stańczak: Czas narzeczeński był dla nas burzliwy. Zupełnie nie wiedzieliśmy, od której strony zacząć, żeby się poznać. Co zrobić, żeby się dogadać. Radek bardzo często wspomina zdarzenie, kiedy powiedział mi coś, a ja to sobie zinterpretowałam po swojemu, trzasnęłam cholewkami butów jak Napoleon, odwróciłam się, wsiadłam do pociągu i pojechałam do mamy.

Radek Stańczak: Było tak, że musiałem cedzić każde słowo, bo inaczej moja dziewczyna odwracała się na pięcie i już nie było rozmówcy. To był dla mnie szok, ale i sygnał, że to jest ten temperament, którego szukam. Byliśmy sobą zafascynowani. Początek naszego małżeństwa to był niezwykły czas. Nie mieliśmy pieniędzy, nie było dzieci, telewizor oddaliśmy wujkowi. Wszystko robiliśmy razem. Po kolacji gadając, szliśmy myć zęby. Po półtorej godzinie okazywało się, że zęby niewymyte, pasta zginęła, a my gadamy, gadamy, gadamy. Przechrzaniliśmy tyle czasu, że można byłoby doktoraty napisać, kiedy my siedzieliśmy i gadaliśmy.

Jesteście małżeństwem od 10 lat. Wciąż lubicie ze sobą rozmawiać?

A: Bardzo lubiliśmy ze sobą rozmawiać. Mieliśmy mnóstwo nieprzespanych nocy, żeby wszystko omówić, ale nigdy ich nie unikaliśmy. Szłam na uczelnię z worami pod oczami.

R: Najgorsze jest to, że tak jest do dzisiaj (śmiech). Wtedy byliśmy młodzi, człowiek się zdrzemnął w pracy. Teraz jest znacznie trudniej…

A: Jakiś czas po ślubie poruszył nas przykład małżeństwa, które postanowiło nigdy nie iść spać pokłócone. Jeszcze bardziej nas to utwierdziło w tym, żeby rozmawiać. Jeżeli pójdzie się spać, to rano nie ma czasu, żeby porozmawiać, a później się zapomina…

R: … i zostaje coś nierozwiązanego, co leży między nami i przeszkadza.

Gdy wychodzicie do pracy, tęsknicie czy odpoczywacie od siebie?

R: Od początku szkoły średniej moim marzeniem było mieć rodzinę. Różne ważne decyzje typu: zawód, praca, szkoła, hobby kręciły się wokół tego. Nie poszedłem do pracy jako kierownik budowy, bo mógłbym co chwilę być gdzie indziej. Tamta robota mnie fascynowała, czułbym się jak ryba w wodzie, zarządzając przestrzenią i ludźmi, ale pracuję jako projektant po to, żeby być w domu. Efekt jest taki, że w ciągu 10 lat tylko 4 noce spędziliśmy oddzielnie, będąc nota bene na rekolekcjach 5 km od siebie.

A: Pracujemy w domu. Dla nas rozmowa jest czymś naturalnym. Lubimy, kiedy jest przyjemna, ale czasami jest niełatwa i oboje nie wykręcamy się od niej. Kiedy mówię Radkowi o swoich trudnych sprawach, wtedy on czuje, że mam do niego zaufanie. Bardzo dojrzewamy w tych naszych rozmowach. To długi proces. Począwszy od strachu, buntu, lęku po rozmowy, które mają wspólny cel.

Co jest tym celem?

A: Świętość.

Jan Paweł II powiedział: „Celem małżeństwa jest wspólna droga do świętości przez budowę komunii osób”. Myślę, że w dzisiejszych czasach boimy się słowa „świętość” – wydaje się takie przytłaczające…

A: … nieosiągalne.

To Wam przyświeca od początku?

R: Pobraliśmy się w dość trudnych warunkach. W rodzinie i wśród znajomych były kryzysy małżeńskie. Byliśmy przerażeni, ale naszą twierdzą było małżeństwo moich dziadków. Uchwyciliśmy się jej i trzymaliśmy, nabierając wiary, że się da. Według mnie to byli święci ludzie. Nigdy nie było ich widać kłócących się. „Kaziek, my na starość to się kłócić nauczymy” – mówiła babcia, bo pod koniec życia spierali się, kto pierwszy umrze. Na pewno tam w niebie są razem.

A: Zawsze chcieliśmy być święci, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy z wartości słowa „świętość”. Chcieliśmy być razem, być dobrym małżeństwem, być szczęśliwi. Wydawało nam się, że kiedy już nie będziemy się kłócić i będziemy sobie dawać radę w różnych trudnych sytuacjach, to będziemy się nadawać do nieba. Nie wyobrażaliśmy sobie świętości jako cierpienia, poświęcenia, ofiary, trudu.

R: Ale nie siedzieliśmy w niedzielne popołudnia w fotelach, zastanawiając się, co tu zrobić, żeby być świętymi (śmiech).

A: Czujemy się dobrze i czujemy się szczęśliwi, będąc razem, mając taką rodzinę, takich siebie i takie doświadczenia za sobą. To nas umacnia. Mamy cel: świętość.

R: Zawsze się śmieję, kiedy panowie rozmawiają o potrzebie realizacji siebie poprzez sporty ekstremalne. Rodzina, małżeństwo to są sporty ekstremalne. Ludzkie góry, gdzie lina i czekan nie pomogą.

A: Od początku mieliśmy trudne doświadczenia z dziećmi. To była nasza próba przetrwania. Wszystkie miały kolkę, Antoś przez 9 miesięcy – dzień i noc.

R: Moja żona nic nie jadła, nie spaliśmy, Antek wrzeszczał. Po 9 miesiącach okazało się, że przespaliśmy zaledwie 6 odcinków pięciogodzinnych bez przerwy.

Dobrze Wam razem?

R: Ważną rzeczą jest SZACUNEK dla tej kosmicznej odmienności. Dzień po ślubie budzą się razem planety, które są zupełnie inne. Ta odmienność nie jest do okiełznania, nie do rozpracowania w rok. My jesteśmy ze sobą 12 lat, 10 lat po ślubie i ja ciągle w tej Ance coś odkrywam. To jest nieprawdopodobne! Bez szacunku nie da się tego odkryć.

A: Bez szacunku nie da się tego zaakceptować. Nawet nie zrozumieć, tylko przyjąć tę odmienność na całe życie. Ostatnio zdaliśmy sobie sprawę, że nie chcemy być tacy sami, że nie chcemy zmieniać niektórych rzeczy w sobie. Inność jest do zaakceptowania i jest potrzebna.

R: Mnie szacunku nauczyli dziadkowie. Kiedy dziadek był tak schorowany, że różne rzeczy się z nim działy, babcia nie dała złego słowa o nim powiedzieć. Jak syn albo wnuk rzucił jakąś uwagę, mówiła: „Pamiętaj, bez niego by cię nie było”. I koniec rozmowy, brała dziadka pod pachę i szurali kapciami do pokoju. Ona zawsze broniła swojego męża.

A: Nas bardzo wzmocniły warsztaty małżeńskie. Nauczyliśmy się obrony współmałżonka w trudnej sytuacji, najpierw przed sobą. Dzięki temu nasze nocne rozmowy trochę się skróciły.

Mówicie sobie o wszystkim czy nie?

A: Po wielu doświadczeniach doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy mówić sobie o wszystkich ważnych sprawach. To wzmacnia nasz związek, mamy do siebie większe zaufanie.

R: Zaufanie i czystość serca, intencji, myśli jest płaszczyzną, na której można coś zbudować. Bez tego nie da się przejść kolejnego progu, otworzyć kolejnych drzwi. To jest droga do wolności. Zaufanie zawsze między nami było, natomiast faceci często muszą z czystością popracować, niezależnie, czy jest to czystość fizyczna czy czystość intencji. To jest sport ekstremalny. W naszym związku zostawiamy sobie bardzo dużo wolności.

Dzieci patrzą na Was i…

A: Czasem się zastanawiamy, czy jesteśmy normalni czy nie… Znajomi dziwią się, że po 4 latach jeszcze domu nie wykończyliśmy i żarówki wiszą na kablach. Ale my patrzymy na nasze dzieci, które są bardzo wrażliwe i po których jak na dłoni widać czas, który im poświęciliśmy, i ten, którego z jakiegoś powodu dla nich zabrakło. Kiedy się przytulamy z Radkiem, to dzieci lecą do nas, łapią nas za nogi i wołają: „Mama, tata, mama, tata!” i zawsze się bardzo cieszą.

R: Małżeństwo i rodzina to nasza pasja! Ostatnio przytuliłem w kuchni Anię, a 3-letni Wojtek, podnosząc łyżkę, zawołał: „Kochają się!”.

A: Jesteśmy z mężem jednym ciałem, ale i jednego ducha. Bardzo uzupełniamy się duchowo. Radek jest mocny. Kiedy ja czuję słabość, to przychodzi do mnie ten jego mocny duch. Mój duch z kolei jest taki, że umie całkowicie zdać się na Pana Boga, a kiedy Radek ma trudność, to on właśnie tego potrzebuje.

R: Nasze duchy łażą razem.

Ania i Radek Stańczakowie, małżeństwo od 10,5 roku, rodzice Antka (9 l.), Gabrysi (6 l.) i Wojtka (3 l.). Ania (34 l.) jest familiologiem, gra na pianinie. Radek (37 l.) jest inżynierem, z zamiłowania muzykiem, gra na gitarze. Muzykują wraz z dziećmi. Od czasów akademickich związani z warszawską wspólnotą Woda Życia. Wolontariusze Fundacji Pomoc Rodzinie w Łomiankach. Mieszkają w Grodzisku Mazowieckim.

Foto: Marta Dzbeńska-Karpińska

O autorze

Marta Dzbeńska-Karpińska

Marta Dzbeńska-Karpińska

Z wykształcenia politolog i manager, z wyboru fotograf i dziennikarz. Autorka książki i wystawy „Matki: mężne czy szalone?” Żona i mama trójki dzieci. Fanka czarno-białej fotografii analogowej. Bardzo lubi ludzi, spacery i muzykę, a niekiedy także gotowanie.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: