Wiara

Co się dzieje? – Miłosierdzie!

Choć wciąż pragniemy sprawiedliwości, to bardziej jeszcze
potrzebujemy Bożego miłosierdzia, byśmy nie  byli…
niemiłosierni.

Choć słowo „miłosierdzie” kojarzy się nam trochę sentymentalnie ze współczuciem, empatią czy litością, to bliższe jest ono przebaczeniu, które wcale tak łatwe i proste nie jest. Bo ktoś może być sam dla siebie i więźniem, i celą, i strażnikiem, do końca o tym nie wiedząc. A im teraz mniej groźne jest więzienie, im łagodniejsze bywają wyroki, im większa jest (zdawałoby się) wolność, tym bardziej sam człowiek buduje sobie niewidzialne więzienie i coraz grubsze kraty. Spętany bywa lękami, obsesjami, uzależnieniami, ale gorsze jest zniewolenie serca nie nazwaną i nie wyznaną winą, zapiekłymi urazami i nienawiścią. Wtedy tak naprawdę to nie można odetchnąć do głębi duszy, popatrzeć swobodnie na świat i ludzi, zrobić to, co się chce i może, gdy serce wciąż przykurcza niemożność powiedzenia jednego słowa… Ale o tym już w opowiastce.

To było w murzyńskim kościele, gdzie trwała już chyba drugą godzinę Msza, jak zawsze głośna, żywiołowa i barwna. Po odśpiewaniu i odtańczeniu „Ojcze nasz”, rosły misjonarz wyciągnął do tłumu ramiona i zawołał „Przekażcie sobie znak pokoju”. Ludzie się trochę wymieszali, jedni ściskali sobie ręce, inni brali siebie w ramiona. Wrócili na miejsca, ale misjonarz na coś czekał. Patrzył w kąt, gdzie nie tak daleko od siebie stały dwie murzynki z kamiennymi twarzami. Wszyscy wiedzieli od wielu już lat, że te dwie siostry omijają siebie i patrzą na siebie wilkiem, choć chyba nikt prócz nich nie pamiętał powodu tej zadawnionej urazy, która rosła w nich z latami. Misjonarz wskazał na nie palcem i powiedział: „A wy co? Wy dwie przekażcie sobie znak pokoju.” Zapadła cisza. Kobiety stały patrząc w ściany bez ruchu. – „Mówię wam jeszcze raz – ryknął misjonarz – przekażcie sobie znak pokoju, bo będziemy tak długo czekać, aż sam Duch Święty rozkruszy skamieniałe wasze serca!” Cisza była taka, że zdawało się, iż i owady nawet zamarły, bo wszyscy zamarli w bezruchu i oczekiwaniu. I wtedy jedna ta kobieta wybuchła spazmatycznym szlochem, a ta druga rzuciła się w jej stronę. Ogarnęły siebie ramionami, jakby jedna chciała wgarnąć w siebie drugą. Za chwilę zrobili to ich chyba trochę też zwaśnieni krewni. Zwykle było hałaśliwie na tych Mszach, ale nigdy tak ten lichy kościół nie drżał od płaczu i śmiechu na raz.

Powiedzmy sobie, ilu ludzi chodzi tak skutych w środku siebie… Ilu tak przywykło do zaduchu i mroku swoistej celi w sercu, że nawet już nie wiedzą, jak smakuje głęboki, szczery śmiech i jasne spojrzenie drugiemu w oczy…

Nawet ci, co niby podają komuś rękę, drepczą do obowiązkowej spowiedzi, czasem też coś podobnego w sobie noszą. A trzeba pozwolić płaczowi wtargnąć w głąb serca… Pozwolić sobie na serdeczne: „wybacz”, czy „przebaczam” i nagle okazuje się, że drzwi do celi były otwarte, krata spróchniała, a strażnika diabli wzięli. I wtedy naprawdę Aniołowie cieszą się w niebie, bo Bóg czekał na to ze swoim miłosierdziem, przebaczeniem i wyzwoleniem dla zaciśniętych jak piąstki serc. Bóg sprawiedliwy – jak powtarzamy w Głównych Prawdach Wiary – ale o wiele bardziej miłosierny.

Trzeba wziąć tę prawdę o Jego Miłosierdziu w siebie głęboko, by nie marnować tej najcenniejszej z łask. Jezus bowiem tak powiedział do św. Siostry Faustyny: „Napisz: Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech, ale kiedy żałuje, to nie ma granicy dla mojej hojności, jaką mam ku niej. Miłosierdzie moje ogarnia ją i usprawiedliwia. Miłosierdziem swoim ścigam grzeszników na wszystkich drogach ich i raduje się serce moje, gdy oni wracają do mnie. Powiedz grzesznikom, że żaden nie ujdzie ręki mojej. Jeżeli uciekają przed miłosiernym sercem moim, wpadną w sprawiedliwe ręce moje. Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję się w tętno ich serca, kiedy uderzy dla mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie i daję im, czego pragną.”

Powiedzmy bowiem sobie: Czy można sprawdzać czyjąś miłość, testując jej wytrzymałość na ból, poniżenie, zdradę, obojętność? Każdy wie, że nawet miłość matek ma jakieś granice wytrzymałości. Serce można (?) kłuć, kaleczyć, ale któraś z kolejnych ran może być śmiertelna. – „Tak nie można!” – powie ktoś kochający, ale ktoś, kto w sobie samym zabił miłość, będzie nadal cynicznie wystawiał na coraz cięższą próbę miłość, być może jedynej na świecie kochającej go istoty. Jest w tym coś nie tylko okrutnego, cynicznego, ale i coś samobójczego, jeśli powoli zabija się coś, dzięki czemu się żyje. To przestaje być ludzkie, a zaczyna być demoniczne… Ponoć tam, gdzie nie ma już granic i gdzie brak ich strażników, tam zaczyna być wszystko wolno złu, a coraz mniej wolno dobru. Powinno teraz nas niepokoić coraz częstsze i ostentacyjne przekraczanie granic rozwiązłości seksualnej, igrania ze śmiercią i…kuszenia Boga profanacjami, bluźnierstwami czy cynicznym wykreślaniem Go z kolejnych dziedzin życia. Jakby nie istniały gniew, sprawiedliwość Boża i konsekwencje zła, których nie opisuje tylko literatura, ale i historia.

W ostatniej scenie kuszenia Jezusa na pustyni coś bardzo… dzisiejszego. Jezus zostaje wyprowadzony przez diabła na róg świątyni i kuszony: „Rzuć się w dół, bo napisano, że Aniołowie poniosą Cię na rękach, abyś nie uraził swej stopy o kamień”. Czyli, mówiąc językiem dzisiejszych pokuszeń: „Zaszalej, zatrać się, pozbądź się wszelkich hamulców, przekrocz wszelkie granice prędkości, przyzwoitości, bezpieczeństwa, instynktu samozachowawczego… Spróbuj rzucić się w przepaść narkotycznych czy demonicznych wtajemniczeń, samobójstwa… Po co? – By doświadczyć skoku adrenaliny, diabolicznego buntu przeciw jakimkolwiek ograniczeniom, zasadom, prawom…Przecież, jak powiedział J. P. Sartre: „Bóg ci i tak przebaczy – przecież to Jego zawód”. Jest jednak odpowiedź Jezusa: „Nie będziesz wystawiał na próbę Pana Boga swego”. Czyli jest granica igrania z Panem Bogiem, z miłością, ze śmiercią, z wiecznością. Poza nią jest tylko dziedzina diabła.

Jest taka literacka wersja zakończenia przypowieści o synu marnotrawnym, w której on zbliża się do domu ojca wieczorem i zatrzymuje się, bo opadają go wątpliwości… Czy ojciec mu przebaczy? Czy on przebaczyłby na jego miejscu, jeśli sam sobie wybaczyć nie potrafi? A cały dom, brat? Choć pojawiły mu się łzy, to nagle zwątpił, że może zostać jeszcze pokochany i opadły go samobójcze myśli. Nie miał jednak sił ani, by się zabić, ani by odejść, ani ruszyć do domu. Postanowił spędzić noc pod drzewem… Obudziły go odgłosy wsi, zerwał się, bo poczuł się godnym rzucić się do stóp ojca i błagać o przebaczenie. „Wszedłem w prawdę – mówił do siebie – tej nocy już pojednaliśmy się”. Ruszył do domu, na schodach spotkał jednak brata z zimnym spojrzeniem, który rzekł: „Wróciłeś? A ojciec umarł tej nocy ze zgryzoty. Przez ciebie! Odejdź, bo nikt cię tu nie zniesie. Wziąłeś swoją część, więc idź i nigdy nie wracaj.”

„Łaska jest łaską i może być zabrana”. Łaska, to inaczej miłość…Żeby mogła być ona bezgraniczna, nie można ani nazbyt jej testować, ani przekraczać granic jej wytrzymałości…To nie skoki na bungee! – To jest kuszeniem Boga, wystawianiem na próbę siebie i swojej wieczności. A ona nie jest diabła warta…

Nie wiadomo jak długo czekało będzie na nas Boże Miłosierdzie, aby o nie prosić i je przyjąć… Ale także aby stawać się coraz bardziej miłosiernymi, czyli współczującymi, litościwymi, przebaczającymi, bo czyż można inaczej?

Photo credit: USAFRICOM via Foter.com / CC BY-NC

O autorze

br. Tadeusz Ruciński

Brat szkolny (Zgromadzenie Braci Szkół Chrześcijańskich), autor książek dla dzieci i dorosłych, redaktor czasopisma 'Anioł Stróż", czasem kaznodzieja i rekolekcjonista.

Leave a Reply

%d bloggers like this: