Relacje

Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą

Prosty telefon czy pytanie raz na jakiś czas z zapytaniem „Co u Ciebie?”, krótka rozmowa, może być cenniejsza niż cokolwiek innego. Czasem może ocalić życie.

Tak, brałam udział w „wyścigu szczurów”… I to od wczesnych lat młodości. Najpierw, w szkole podstawowej, codzienne zajęcia dodatkowe, potem niezliczone wolontariaty, jeszcze podczas studiów dwumiesięczny staż za granicą w jednym z największych dzienników na świecie, własne projekty międzynarodowe, praca w luksusowym magazynie biznesowym. Czy było warto? Jestem tego mniej pewna niż tego czy było warto stać się tą ostatnią z ostatnich, którą zostałam potem…

Odkąd psychika pod wpływem uporczywego stresu odmówiła posłuszeństwa, a było to dokładnie 10 lat temu pojawiły się w moim życiu chwile, czasem godziny, niewyobrażalnego wprost cierpienia poprzez ból związany z usłyszaną diagnozą, która miała być „ad mortem defecatum” i opustoszenie myślenia, potem całe lata mozolnych prób odbudowywania zrujnowanych umiejętności komunikacji z ludźmi, następnie myśli natrętne i ksobne uniemożliwiające proces swobodnego myślenia. Czy miałam momenty, gdy nie chciało mi się żyć? Miałam, na szczęście ziołowe tabletki nasenne, które sobie kiedyś przy takiej okazji zaserwowałam były połknięte w zbyt małej ilości… Miałam tej nocy bardzo wyraźny w swej wymowie sen, który sprawił, że nigdy nie powtórzę takiej próby. Cierpienie trwało dalej, ofiarowałam je w modlitwie za dwie bliskie mi osoby, a dalej żyłam już przeczytaną gdzieś tam (nie)przypadkowo w Internecie maksymą św. Augustyna „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. W końcu zaczęłam chodzić do klubu dla osób doświadczających podobnych problemów, dzięki czemu wystąpiłam na kilku konferencjach i podjęłam pierwsze zatrudnienie krótkoterminowe, potem brałam udział w wielu różnych zawodowych projektach unijnych dla osób niepełnosprawnych, które pojawiały się kolejno jak grzyby po deszczu.

Kluczowym w tych wszystkich aktywnościach było doświadczanie dobra – przede wszystkim od rodziny, ale też od pracowników służby zdrowia, pracodawców, współpracowników, pośredników pracy, wreszcie od samych chorujących podobnie jak ja, a skończywszy na uśmiechniętych anonimowych współpasażerach w autobusie czy tramwaju pytających o drogę. Nigdy nie zapomnę słów jednej z moich przełożonych: „To niesprawiedliwe, że taka fajna dziewczyna tak zachorowała”. Zawsze pamiętać będę również pracę recepcjonistki w Biurze Zarządu jednej z największych sieci sklepów z żywnością ekologiczną w Polsce. Byli to ludzie na wysokich stanowiskach. Wszyscy odnosili się do mnie w szacunkiem i sympatią. Wcześniej, zanim zachorowałam nie sądziłam, że przy takim stanie umysłu można mieć takie doświadczenia. Wisienką na torcie okazał się w tym wszystkim mój wyjazd na międzynarodową konferencję na Florydę, umożliwiony mi przez klub dla osób doświadczających kryzysów zdrowia psychicznego. Tym samym zrealizowałam swoje największe marzenie, które ze względów finansowych pewnie nie byłoby nigdy możliwe do wykonania. A co by się stało, gdyby moje życie zakończyć na etapie tamtego kryzysu egzystencjalnego? Nie wspomnę już o potępieniu, którego mogłabym doświadczyć. Przede wszystkim: nie zanurzyłabym się w tej fali Dobra, nie poznałabym wspaniałych bratowych, nie bawiłabym się z moimi bratankami i bratanicami, co daje tyle radości. Nie zdobyłabym nagrody w konkursie literackim, nie tańczyłabym i nie rozmawiałabym na pamiętnym Sylwestrze z sympatycznymi panami z wolontariatu salezjańskiego, nie rozwijałabym różnych relacji z ludźmi, nie sfotografowałabym miejsc, które uważam za piękne i warte utrwalenia, nie obejrzałabym kilku dobrych filmów, nie przeczytałabym tych wspaniałych książek, nie doświadczyłabym tych mniejszych i większych cudów, mogłabym tak wymieniać i wymieniać.

Nie spodziewałam się, powtarzam: nie spodziewałam się, że w codzienności można odnaleźć tyle dobra. Poznałam je dzięki swojej niepełnosprawności. Nie mówię, że jest zawsze cukierkowo, bo nie jest, każdy to wie, a ja tym bardziej. Stygmatyzacja, choć mniejsza niż w poprzednich wiekach, oczywiście jest i zadaje czasem ból. Ale na pytanie: Czy warto było/jest cierpieć, by to wszystko zobaczyć? Moja odpowiedź brzmi: Tak!!!

Na bazie moich dziesięcioletnich już przeżyć związanych z chorobą pozwolę sobie o apel: osoby niepełnosprawne czy to fizycznie, psychicznie, intelektualnie naprawdę nie oczekują aż tak wiele od społeczeństwa, a jednak niekiedy im tego brakuje. Chodzi o to by je traktować tak samo uprzejmie jak innych, nie ignorować. Prosty telefon czy pytanie raz na jakiś czas z zapytaniem „Co u Ciebie?”, krótka rozmowa, która może się z tego pytania wywiązać może być dla nich cenniejsza niż cokolwiek innego. Czasem może ocalić życie.

Anna

List przesłany do naszej Redakcji.

Foto: electricnude/Flickr/CC BY-SA 2.0

O autorze

Redakcja

Redakcja

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: